30 listopada

Z cyklu "Wielkopolskie gadanie" - miałki talerz


Miałki - płytki
Miałkie talerze i głębokie talerze
Obok fragment reklamy z 1908 roku






Słownictwo z początku XX wieku zawiera mnóstwo germanizmów, ale też wyrazów obecnie nieużywanych. Spróbuję rozwikłać nieco sekretów.

27 listopada

Edward Karge (1853-192) Skład pierwszorzędnych wyrobów metalowych oraz sprzętów kuchennych

Edward Karge (1853-192) Skład pierwszorzędnych wyrobów metalowych oraz sprzętów kuchennych - Szlifiernia z zapędem elektrycznym 1877-1935 ul. Nowa 7-8 (ob. ul. Paderewskiego) BAZAR


Na jesienne słoty niezbędna kokosowa wycieraczka do nóg. W 1908 roku można było zakupić je składzie mistrza szlifierskiego Edwarda Karge.


Skład mieścił się w Bazarze i przetrwał wiele lat, bo nawet po śmierci Edwarda Kargego w 1924 roku, zakład prowadził dalej jego syn Władysław.

22 listopada

Restauracje automatyczne



Usłuż sobie sam! Bez dawania piwnego! – tak reklamowała się pierwsza w Poznaniu restauracja automatyczna.



Początek XX wieku to niezwykły rozwój techniki. Otwierają się liczne fabryki, na ulicach coraz częściej widać automobile, a w powietrze wzbijają się sterowce i pierwsze samoloty. Jedno z najmodniejszych słów to automat. Tu odwieczne marzenie człowieka, by ułatwić sobie życie za pomocą robotów i posłusznych mu mechanizmów. Automaty wdzierają się w życie codzienne. Nastaje moda na restauracje automatyczne. Uwierzysz? W Poznaniu działały aż trzy takie przybytki. 


Pierwsza restauracja Automaten-Restaurant została otwarta 19 marca 1903 roku przy ulicy Berlińskiej 6 (obecna ulica Dąbrowskiego). Klienci mogli się obsłużyć sami, wrzucając do automatu określoną ilość bilonu. Z napoi można był tam nabyć na przykład szklankę piwa, wina, filiżankę kawy, gorącej czekolady, bulionu, ponczu, grogu, likieru, a nawet mleka. Automaty oferowały też zimne i cieple przekąski. Jak donosiła prasa, w ciągu pierwszych pięciu godzin sprzedano tam ponad 2 tysiące różnego rodzaju kanapek! Restauracja jakiś czas później zmieniła nazwę na Residenz-Automat. W ówczesnej prasie narzekano jednak, że nie szanuje się tam polskich klientów – wszystkie nazwy oferowanych posiłków i napojów były podane jedynie w języku niemieckim. Tak przynajmniej było na początku jej działania.





Na kolejny lokal Poznaniacy musieli czekać 5 lat. Były co prawda zapowiedzi uruchomienia kolejnego lokalu w 1907 roku na narożniku ulic Szerokiej (Wielkiej) i Klasztornej, jednak nie znalazłam informacji potwierdzającej otwarcie lokalu w tej lokalizacji. Natomiast 22 listopada 1908 roku została otwarta restauracja Central-Automat przy Starym Rynku 38/39. Kolejny zautomatyzowany lokal zaprosił gości 17 grudnia 1910 roku. Była to restauracja Victoria-Automat, mieszcząca się przy ul. Wiktorii 19 (ul. Mielżyńskiego i Gwarna). Restauracją zarządzałniejaki Franciszek Puffpaff.

 

Zdjęcia: fotopolska.eu

Oprac. na podstawie:

Kronika Miasta Poznania 2003 Nr4 ; Do stołu podano

Kronika Miasta Poznania 2000 Nr4 ; Na frasunek

Informacje oraz ogłoszenia z prasy poznańskiej z lat 1900-1914 [WBC]

 


 

18 listopada

Ślady mąki na cygarach i nocna strzelanina. Chwaliszewo nr 3, 4 i 5 – cz. III. Złowroga mgła.



Większość mieszkańców Chwaliszewa już spała, ruch na ulicy zamierał. Most Chwaliszewski pogrążony był we mgle, która wpełzała cicho na wyspę. Gdzieniegdzie przebijały się nieśmiało przez okna światła z mieszkań, w których komuś przyszło z nieznanych nam powodów pracować lub czuwać. Latarnie już dawno wygaszono, stróże pozamykali bramy domów.

To był wrzesień roku 1911, a dokładniej noc ze wtorku na środę 26 na 27 września. Nieco po północy.

Niedaleko mostu coś jednak się działo w jednym z parterowych lokali. Zza wystawowego okna przemykały jakieś cienie, a w ciszy słychać było pojedyncze stłumione słowa, jakieś szuranie, kroki… Ach tak… to numer trzy… piekarnia Jezierskiego. Tu praca trwa w najlepsze. 

Wysoki smukły mężczyzna, dość młody, poprawił na głowie zielony pilśniowy kapelusz, spod którego wyglądały jasne włosy. Przystanął, aby poprawić czarne sznurowane trzewiki i zaczął obserwować piekarnię. A może nie? Może nadszedł szybkim zdecydowanym krokiem? Wracał z którejś z chwaliszewskich destylarni? Albo od kochanki? Raczej nie… Nie wyglądał na mieszkańca Chwaliszewa, chociaż? Długi gruby nos i wydęte wargi nadawały mu nieco pospolitego wyglądu, jednak przeczył temu elegancki ubiór. Dwurzędowa marynarka w szare paski i takie same spodnie musiały pochodzić od dobrego krawca, a świetnie dobrany brunatny krawat z zielonymi kropkami zdradzał zamiłowanie do starannego doboru stroju. Czyżby pochodził z lepszego stanu? Cóż zatem robił w tej niezbyt bezpiecznej dzielnicy o tej godzinie? Skąd nadszedł? Od tumu, czy może od miasta? A może, jak wielu innych potępieńców, chwilę wcześniej stał na moście, zastanawiając się, czy nie skoczyć? Warta przyciągnęła niejednego, żądnego ulgi w swych duchowych czy bardziej fizycznych cierpieniach. A może kierował nim jakiś ogłuszający impuls, głos, który nakazywał mu poigrać z przeznaczeniem? A może był pod wpływem alkoholu, tego demona, który kusił go do złego? Może miał ochotę tylko komuś dokuczyć i wyciąć sztubacki żart? Jedno jest pewne - miał przy sobie rewolwer. 

Wszedł do piekarni.

Piekarz i jego pomocnicy kręcili się w jej wnętrzu. Ktoś urabiał ciasto, ktoś inny dokładał drew do pieca. W powietrzu unosiły się drobinki mąki, która osiadała na włosach i twarzach, poczerwieniałych od ciepła i wysiłku. W sieni na drewnianej płycie leżały pulchne, nadęte już drożdżami bułki… Zapach surowego ciasta mieszał się z zapachem świeżego chleba. 

Wszystko działo się niezwykle szybko. Jak na obrazkach z kinematografu. Twarze odwróciły się ku przybyszowi. Ktoś powiedział – Panie, to za wcześnie… Chwycił miękkie ciasto, które od razu przyklejało się nieprzyjemnie do jego wąskich i długich palców i rzucił w mówiącego. Jedna bułka, druga, trzecia, czwarta… Robił to niezwykle szybko z jakąś premedytacją. – Panie, co pan… Rzucili się na niego. Wyciągnął broń. Strzelił… Stanęli w nagłym bezruchu, zaskoczeni. Chybił. Znów ruszyli. Mężczyzna wybiegł w kierunku mostu. Ktoś krzyknął – Leć na komisariat. Jeden z czeladników oddzielił się od grupy, reszta ruszyła za intruzem.

Skręcił w lewo, ku Szewskiej. Mężczyźni ciężko sapiąc biegli za nim. Na Szewskiej nagle stanął. Zatrzymali się i oni, rozglądając się niepewnie po sobie, co dalej zrobić… Było ich więcej, ale on miał nadal rewolwer, pamiętali o tym. Stali więc, czekając co zrobi. Ta chwila, zdaje się, przeciągała się w nieskończoność. Żaden z nich nie śmiał się ruszyć. Z tyłu nadbiegł policjant.

Mężczyzna zauważył go, sięgnął znów po broń i zdesperowanym ruchem, skierował broń ku swej skroni, naciskając spust. W ciszy ulicy zdawało się, że echo wciąż się odbija od ścian kamienic, podczas gdy ciało bezwładnie opadło na bruk.

------------------------------------------

Kim był? Nie wiem… na razie nie znalazłam odpowiedzi. Znaleziono przy nim dwie fotografie i kartkę, na której ołówkiem skreślone było nazwisko Wąsowicz, Buk, Poznań. A Chwaliszewo pewnie jeszcze długo wspominało to tragiczne wydarzenie.



 

10 listopada

Rogale świętomarcińskie na lubowników czekają

Współczesny klasyczny świętomarciński rogal to ten z nadzieniem z białym makiem, najlepiej jeszcze z certyfikatem oryginalności. Ech…. A tu prawnuczka może pozazdrościć Mariannie. W jej czasach wybór był zdecydowanie większy. 

Kto by nie spróbował rogali z masą migdałową, „punchową” [!], marcepanową, orzechową, makową, migdałową? Rogale kosztowały od 5 fenigów do nawet 5 marek. Ciekawe, od czego to zależało? Od wielkości, czy może od ilości, w której się je kupowało? 

U Pfitznera można było nabyć także słodką gęś, bo ta słynna kawiarnia i cukiernia proponowała też (w miejsce piaskowych babek) gąski pieczone z wiedeńskiej masy naturalnej wielkości sztuka 1,50 i 3,50 marki, a także gąski marcepanowe w brytfannie, sztuka od 10 fenigów do 50. 

No to czas pomyśleć, gdzie kupicie świętomarcińskiego rogala :)