Moja prababcia Marianna osiedliła się w Poznaniu w 1908 roku. Jak wyglądało jej życie? Jaki był też Poznań w tamtych latach? Kim byli ludzie, których spotykała na ulicach tego miasta? Jakie sprawy ich interesowały? Poznaj Poznań lat 1888-1914.
30 listopada
Z cyklu "Wielkopolskie gadanie" - miałki talerz
Miałki - płytki
Miałkie talerze i głębokie talerze
Obok fragment reklamy z 1908 roku
Słownictwo z początku XX wieku zawiera mnóstwo germanizmów, ale też wyrazów obecnie nieużywanych. Spróbuję rozwikłać nieco sekretów.
27 listopada
Edward Karge (1853-192) Skład pierwszorzędnych wyrobów metalowych oraz sprzętów kuchennych
Edward Karge (1853-192) Skład pierwszorzędnych wyrobów metalowych oraz sprzętów kuchennych - Szlifiernia z zapędem elektrycznym 1877-1935 ul. Nowa 7-8 (ob. ul. Paderewskiego) BAZAR
Na jesienne słoty niezbędna kokosowa wycieraczka do nóg. W 1908 roku można było zakupić je składzie mistrza szlifierskiego Edwarda Karge.
Skład mieścił się w Bazarze i przetrwał wiele lat, bo nawet po śmierci Edwarda Kargego w 1924 roku, zakład prowadził dalej jego syn Władysław.
Na jesienne słoty niezbędna kokosowa wycieraczka do nóg. W 1908 roku można było zakupić je składzie mistrza szlifierskiego Edwarda Karge.
Skład mieścił się w Bazarze i przetrwał wiele lat, bo nawet po śmierci Edwarda Kargego w 1924 roku, zakład prowadził dalej jego syn Władysław.
24 listopada
22 listopada
Restauracje automatyczne
Usłuż sobie sam! Bez dawania piwnego! – tak reklamowała się
pierwsza w Poznaniu restauracja automatyczna.
Początek XX wieku to niezwykły
rozwój techniki. Otwierają się liczne fabryki, na ulicach coraz częściej widać
automobile, a w powietrze wzbijają się sterowce i pierwsze samoloty. Jedno z
najmodniejszych słów to automat. Tu odwieczne marzenie człowieka, by ułatwić
sobie życie za pomocą robotów i posłusznych mu mechanizmów. Automaty wdzierają
się w życie codzienne. Nastaje moda na restauracje automatyczne. Uwierzysz? W
Poznaniu działały aż trzy takie przybytki.
Pierwsza restauracja Automaten-Restaurant
została otwarta 19 marca 1903 roku przy ulicy Berlińskiej 6 (obecna ulica
Dąbrowskiego). Klienci mogli się obsłużyć sami, wrzucając do automatu określoną
ilość bilonu. Z napoi można był tam nabyć na przykład szklankę piwa, wina,
filiżankę kawy, gorącej czekolady, bulionu, ponczu, grogu, likieru, a nawet
mleka. Automaty oferowały też zimne i cieple przekąski. Jak donosiła prasa, w
ciągu pierwszych pięciu godzin sprzedano tam ponad 2 tysiące różnego rodzaju
kanapek! Restauracja jakiś czas później zmieniła nazwę na Residenz-Automat. W
ówczesnej prasie narzekano jednak, że nie szanuje się tam polskich klientów –
wszystkie nazwy oferowanych posiłków i napojów były podane jedynie w języku
niemieckim. Tak przynajmniej było na początku jej działania.
Na kolejny lokal Poznaniacy musieli
czekać 5 lat. Były co prawda zapowiedzi uruchomienia kolejnego lokalu w 1907
roku na narożniku ulic Szerokiej (Wielkiej) i Klasztornej, jednak nie znalazłam
informacji potwierdzającej otwarcie lokalu w tej lokalizacji. Natomiast 22
listopada 1908 roku została otwarta restauracja Central-Automat przy Starym
Rynku 38/39. Kolejny zautomatyzowany lokal zaprosił gości 17 grudnia 1910 roku.
Była to restauracja Victoria-Automat, mieszcząca się przy ul. Wiktorii 19 (ul.
Mielżyńskiego i Gwarna). Restauracją zarządzałniejaki Franciszek Puffpaff.
Zdjęcia: fotopolska.eu
Oprac. na podstawie:
Kronika Miasta Poznania 2003 Nr4 ; Do stołu podano
Kronika Miasta Poznania 2000 Nr4 ; Na frasunek
Informacje oraz ogłoszenia z prasy poznańskiej z lat 1900-1914 [WBC]
19 listopada
18 listopada
Ślady mąki na cygarach i nocna strzelanina. Chwaliszewo nr 3, 4 i 5 – cz. III. Złowroga mgła.
Większość mieszkańców
Chwaliszewa już spała, ruch na ulicy zamierał. Most Chwaliszewski pogrążony był
we mgle, która wpełzała cicho na wyspę. Gdzieniegdzie przebijały się nieśmiało
przez okna światła z mieszkań, w których komuś przyszło z nieznanych
nam powodów pracować lub czuwać. Latarnie już dawno wygaszono, stróże
pozamykali bramy domów.
To był wrzesień roku 1911, a dokładniej noc ze wtorku na środę 26 na 27 września.
Nieco po północy.
Niedaleko mostu coś
jednak się działo w jednym z parterowych lokali. Zza wystawowego okna
przemykały jakieś cienie, a w ciszy słychać było pojedyncze stłumione słowa,
jakieś szuranie, kroki… Ach tak… to numer trzy… piekarnia Jezierskiego. Tu
praca trwa w najlepsze.
Wysoki smukły
mężczyzna, dość młody, poprawił na głowie zielony pilśniowy kapelusz, spod
którego wyglądały jasne włosy. Przystanął, aby poprawić czarne sznurowane
trzewiki i zaczął obserwować piekarnię. A może nie? Może nadszedł szybkim
zdecydowanym krokiem? Wracał z którejś z chwaliszewskich destylarni? Albo od
kochanki? Raczej nie… Nie wyglądał na mieszkańca Chwaliszewa, chociaż? Długi
gruby nos i wydęte wargi nadawały mu nieco pospolitego wyglądu, jednak przeczył
temu elegancki ubiór. Dwurzędowa marynarka w szare paski i takie same spodnie
musiały pochodzić od dobrego krawca, a świetnie dobrany brunatny krawat z
zielonymi kropkami zdradzał zamiłowanie do starannego doboru stroju. Czyżby
pochodził z lepszego stanu? Cóż zatem robił w tej niezbyt bezpiecznej dzielnicy
o tej godzinie? Skąd nadszedł? Od tumu, czy może od miasta? A może, jak wielu
innych potępieńców, chwilę wcześniej stał na moście, zastanawiając się, czy nie
skoczyć? Warta przyciągnęła niejednego, żądnego ulgi w swych duchowych czy
bardziej fizycznych cierpieniach. A może kierował nim jakiś ogłuszający impuls,
głos, który nakazywał mu poigrać z przeznaczeniem? A może był pod wpływem
alkoholu, tego demona, który kusił go do złego? Może miał ochotę tylko komuś
dokuczyć i wyciąć sztubacki żart? Jedno jest pewne - miał przy sobie rewolwer.
Wszedł do piekarni.
Piekarz i jego
pomocnicy kręcili się w jej wnętrzu. Ktoś urabiał ciasto, ktoś inny dokładał
drew do pieca. W powietrzu unosiły się drobinki mąki, która osiadała na włosach
i twarzach, poczerwieniałych od ciepła i wysiłku. W sieni na drewnianej płycie
leżały pulchne, nadęte już drożdżami bułki… Zapach surowego ciasta mieszał się
z zapachem świeżego chleba.
Wszystko działo się
niezwykle szybko. Jak na obrazkach z kinematografu. Twarze odwróciły się ku
przybyszowi. Ktoś powiedział – Panie, to za wcześnie… Chwycił miękkie ciasto,
które od razu przyklejało się nieprzyjemnie do jego wąskich i długich palców i
rzucił w mówiącego. Jedna bułka, druga, trzecia, czwarta… Robił to niezwykle
szybko z jakąś premedytacją. – Panie, co pan… Rzucili się na niego. Wyciągnął
broń. Strzelił… Stanęli w nagłym bezruchu, zaskoczeni. Chybił. Znów ruszyli.
Mężczyzna wybiegł w kierunku mostu. Ktoś krzyknął – Leć na komisariat. Jeden z
czeladników oddzielił się od grupy, reszta ruszyła za intruzem.
Skręcił w lewo, ku
Szewskiej. Mężczyźni ciężko sapiąc biegli za nim. Na Szewskiej nagle stanął.
Zatrzymali się i oni, rozglądając się niepewnie po sobie, co dalej zrobić… Było
ich więcej, ale on miał nadal rewolwer, pamiętali o tym. Stali więc, czekając
co zrobi. Ta chwila, zdaje się, przeciągała się w nieskończoność. Żaden z nich
nie śmiał się ruszyć. Z tyłu nadbiegł policjant.
Mężczyzna zauważył go, sięgnął
znów po broń i zdesperowanym ruchem, skierował broń ku swej skroni, naciskając spust.
W ciszy ulicy zdawało się, że echo wciąż się odbija od ścian kamienic, podczas
gdy ciało bezwładnie opadło na bruk.
------------------------------------------
Kim był? Nie wiem… na
razie nie znalazłam odpowiedzi. Znaleziono przy nim dwie fotografie i kartkę,
na której ołówkiem skreślone było nazwisko Wąsowicz, Buk, Poznań. A Chwaliszewo
pewnie jeszcze długo wspominało to tragiczne wydarzenie.
12 listopada
11 listopada
10 listopada
Rogale świętomarcińskie na lubowników czekają
Współczesny klasyczny świętomarciński rogal to ten z nadzieniem z białym makiem, najlepiej jeszcze z certyfikatem oryginalności. Ech…. A tu prawnuczka może pozazdrościć Mariannie. W jej czasach wybór był zdecydowanie większy.
Kto by nie spróbował rogali z masą migdałową, „punchową” [!], marcepanową, orzechową, makową, migdałową?
Rogale kosztowały od 5 fenigów do nawet 5 marek. Ciekawe, od czego to zależało? Od wielkości, czy może od ilości, w której się je kupowało?
U Pfitznera można było nabyć także słodką gęś, bo ta słynna kawiarnia i cukiernia proponowała też (w miejsce piaskowych babek) gąski pieczone z wiedeńskiej masy naturalnej wielkości sztuka 1,50 i 3,50 marki, a także gąski marcepanowe w brytfannie, sztuka od 10 fenigów do 50.
No to czas pomyśleć, gdzie kupicie świętomarcińskiego rogala :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)





















