01 lipca

Bulwar Kleemana i lipcowa nawałnica z 1914 roku



Kojarzycie nazwę Bulwar Kleemanna?

Dzisiaj wyjątkowe zdjęcia nadbrzeża Warty tzw. bulwaru Kleemanna w czasie napraw szkód, wyrządzonych przez nawałnicę w 1914. Zdjęcia są przeze mnie podkolorowane i nieco „wyciągnięte” dzięki czemu widać więcej szczegółów. Zamieszczę też zdjęcia w oryginale bez mojej ingerencji.


To dawny fragment nadbrzeża Warty w pobliżu mostu Chwaliszewskiego. W XIX wieku grunty w okolicach Szyperskiej niejaki Kleemann zabudował spichlerzami oraz budynkami mającymi obsługiwać ruch towarowy na Warcie. Z całej grupy zabudowań najbardziej charakterystyczny było ceglane obmurowanie brzegu, które jeszcze wiele lat po sprzedaży tego gruntu miastu nazywano właśnie bulwarem (lub bulwarkiem) Kleemanna.

Ze względu na zachowanie pochyłości terenu było to dogodne miejsce do ładowania towarów na barki i statki i spławianie drewna. Zimą zrzucano tutaj śnieg, zebrany z ulic miasta. Nie było to bezpieczne miejsce, nie tylko ze względu na portowe knajpy i sąsiedztwo tzw. Podwórza Barlebena, gdzie zbierała się mieszanina nożowników, nocnych ciem i innych przedstawicieli miejskiego półświatka. Sam bulwar ze względu na swoją funkcję ładowniczą nie był zabezpieczony, a stromy brzeg był niejeden raz przyczyną wypadków. A to w czasie wichury w 1873 roku zwiało wóz do przeprowadzek do rzeki, uszkadzając zacumowany tam statek, a to koń pewnego spedytora wpadł do rzeki z wysokości 6 metrów (na szczęście nic mu się nie stało i przepłynął na drugi brzeg). Zdarzały się też przypadki, że ze stromego nadbrzeża wpadł i człowiek. Nie brakło też samobójców, chociaż pobliski Most Chwaliszewski był  w tych smutnych statystykach przed bulwarem Kleemanna.

W 1896 r. miasto zakupiło nieruchomości Kleemanna.  Uporządkowano nieco teren, burząc niektóre stare domy i szopy, a także działającą tam wiele lat knajpę „U Sperlinga”. Część terenu została wydzierżawiona przedsiębiorstwu spedycyjnemu Hartwig, część pozostała w gestii miasta, które chciało mieć kontrolę nad tymi gruntami w związku z planami ogroblenia Warty.



Ceglane pochyłe nadbrzeże narażone było silny wpływ erozji i zarastanie chwastami, które rozsadzały umocnienia. Narzekano na to już w 1852, że „bulwar tak kosztownie wybudowany około pana Kleeman(n)a gruntów, cierpi przez zaniedbanie, a wierzch jego już osiadła darń zielona, po której wilgoć szerząc się szczerby tworzy w murach”.  Chociaż zapewne kolejni zarządcy terenu remontowali nadbrzeże, tak by można było z niego korzystać, w 1914 roku doszło do katastrofalnego zniszczenia w czasie lipcowej burzy. Wyjątkowej mocy ulewa spowodowała paraliż miasta, zalanie piwnic i mieszkań, a grad dochodzący do wielkości jaj gołębich pokrył przez chwilę place i ulice miasta. Mocno oberwał właśnie bulwar Kleemanna. Część muru na odcinku 30 metrów zapadła się, a spadający gruz zniszczył berlinkę szkuciarza Lehmanna.

 

Źródło ilustracji: Posener Provinzialblätter 1914 r.

A tu więcej informacji na temat samej nawałnicy z poznańskich gazet:









A o pobliskim Podwórzu Barlebena pisałam tu:

 „Osławione podwórze Barlebena – siedlisko mętów poznańskich” (poznan1908.blogspot.com)

02 czerwca

Czerwiec w Poznaniu


Czerwiec?


To oczywiście chrabąszcze, a raczej ich dalsze „rojenie się”. Kiedyś chrabąszczy bywało znacznie więcej, ale i więcej drzew w centrum Poznania. Najbardziej dokuczliwe były właśnie na przełomie maja i czerwca. Dziś stają się rzadkością, kiedyś były dokuczliwą plagą. Zbierano je w tym okresie by nie dopuścić do niszczenia roślinności przez pędraki. Zbiory owadów były tak imponujące, że wymyślano, co można zrobić z taką ilością owadów. Nawet były próby wykorzystania ich w postaci nawozu, a we Francji…. gotowano zupę z chrabąszczy.
Czerwiec to ciąg dalszy zabaw w podmiejskich ogrodach za miejskimi bramami : na Dębinie, Miasteczku, w Villi Flora, a nawet w Puszczykowie. Te czerwcówki zwykle były bardziej upalne, więc Poznaniacy coraz częściej, choć jeszcze nieśmiało zażywali kąpieli w łazienkach miejskich, ale i to najczęściej po świętym Janie. Wcześniej kąpiel była niebezpieczna i czekano, aż święty ochrzci wody. No i czekano z niecierpliwością na Wianki – zabawy urządzane nad Wartą postrzegano jako wyraz przywiązania do starodawnych słowiańskich, a na dodatek polskich tradycji. Bywało, że zaborca zabraniał tych obchodów, co tylko wzmagało przekorę polskiego żywiołu. Ludność niemiecka za to bawiła się podczas (często urządzanych właśnie w czerwcu) Margaritentag/ Blumentag (Dzień Margaretek, Dzień Kwiatka). Wówczas ulice zapełniał rój młodych panien, ubranych w białe suknie, sprzedających białe margaretki w ramach akcji charytatywnych. Panowie z dumą płacili pięknym dziewczętom za sztuczne kwiatki, pozwalając wpiąć je sobie (kwiatki nie dziewczęta) w butonierki. W całych Niemczech (ale także w Poznaniu) zbierano w ten sposób datki dla wojennych inwalidów, na żłobki, biedne dzieci. Ta niemiecka tradycja dotarła nawet do Warszawy, gdzie też chętnie bawiono się w rozdawanie kwiatków. Natomiast w Poznaniu Polacy krytycznie przyjmowano nowe święta, postrzegając w nich narzędzie germanizacji. Jednak już w czasie I wojny światowej próbowano na swój sposób organizować Dzień Kwiatowy, sprzedając nie margaretki czy stokrotki, ale zakopiański (postrzegany jako bardziej polski) symbol – szarotkę.
W czerwcu zwykle też przypadały Zielone Świątki i Boże Ciało. Dla katolickiej i polskiej ludności miasta udział w procesji był nie tylko duchowym przeżyciem, ale i patriotycznym. Przez miasto przechodziły więc tłumy Poznaniaków, a przekupki sprzedawały wprost z wiklinowych koszy (od magla) tradycyjne poznańskie rury (zwane również trąbami). Koniec czerwca to już też przygotowania do przeprowadzek świętojańskich, chociaż tutaj czekano z nimi zwykle do jesiennych wakacji świętomichalskich.
#czerwiec #dawnetradycjePoznania #BożeCiało #Wianki #ŚwiętegoJana #rurypoznańskie #DzieńKwiatka #Blumentag #dawnyPoznań #czerwcówki #łazienkimiejskie

20 maja

Litfasy czyli słupy ogłoszeniowe w Poznaniu




Dziś nazwa litfas została nieco zapomniana, a i same słupy ogłoszeniowe, choć nadal używane, wydają się dość przestarzałą formą reklamy. A warto pamiętać, że Poznań był miastem, w którym dość szybko zaczęto naśladować ów niemiecki wynalazek, a słupy ogłoszeniowe odgrywały ważną rolę w życiu miasta i jego mieszkańców. Najlepiej ilustruje to opowieść, przytoczona przez redaktora Dziennika Poznańskiego w 1927 roku:

Wesoła historia o litfasie i niedoszłym samobójcy.
Ze względu na przeprowadzenie komunikacji tramwajowej z Placu Wolności na ulice Podgórną, przerabia się tamtejsza odnogę Aleji (sic!) Marcinkowskiego, między innemi rozwalono w gruzy potężny litfas (słup miejski), na którym czytaliśmy różne obwieszczenia i komunikaty. W sobotę o godzinie 12-tej w nocy, pewien zawiany jegomość klęczał u stóp rozwalonego litfasu i wolał rozpaczliwie ku niebu:
- Boże! Kazałeś zniszczyć historyczna pamiątkę, ten słup miejski, na którym wyczytałem w 1914 roku o wypowiedzeniu wojny, z którego dowiedziałem się o ogólnej mobilizacji, a w czasie walk powstańczych przed „Bazarem", kryłem się za niego. Dziś... litfasie kochany leżysz w gruzach. A przecież ja, obywatel T. N. chciałem się na tobie powiesić i wywołać ogólną sensację. A ty... nie doczekałeś się tej radości, albowiem zbrodnicza ręka zniszczyła cię... o litfasie... Kochany litfasie... teraz już nie mam się gdzie powiesić, wobec czego skazany jestem na męczarnię aż do samej śmierci.
Mówiąc to. zatkał jak dziecko, wycierając gorące łzy spływające po śniadych policzkach. W ten sposób Magistrat uratował życie jednemu obywatelowi i ojcu rodziny.

Wróćmy jednak do początków.

Ilustracja Polska 1931 Nr 35
Wynalazek słupów ogłoszeniowych przypisuje się Ernestowi Litfassowi (1816-1874), niemieckiemu wydawcy i drukarzowi. Wcześniej w miastach afisze teatralne i ogłoszenia umieszczane były wszędzie: na domach, plotach i wszelkich powierzchniach, nadających się na ten cel. Litfass wpadł na pomysł, jak uporządkować ten chaos reklamowy w Berlinie, a przy okazji zarobić. 5 grudnia 1854 r. otrzymał on koncesję na ustawienie specjalnych kolumn, przeznaczonych do „publikacji” bezpłatnych rozporządzeń władz i policji oraz komercyjnych ogłoszeń prywatnych. Pierwszy slup ogłoszeniowy postawiono 15 kwietnia 1855 roku. Wkrótce słupy Litfassa (niem. Litfaßsäule) zaczęły się pojawiać jak przysłowiowe grzyby po deszczu także w innych niemieckich miastach. Oprócz klasycznych słupów ogłoszeniowych, na ten cel przebudowywano też pisuary i miejskie studzienki. Moda na słupy ogłoszeniowe pojawiła się i w innych miastach europejskich. We Francji słupy nazywane są colonnes Morris po Gabrielu Morrisie, drukarzu, który uzyskał koncesję na tę formę reklamy w 1868 roku.


A Poznań? Rok wcześniej niż w Paryżu (!), bo w 1867 roku właściciele drukarń – panowie Schott, Marks i Rose zwrócili się do magistratu o „pozwolenie wystawienia 20 słupów do przylepiania afiszów w różnych częściach miasta za opłatą 1 do 1 ½ tal. rocznie za każdy słup.” Niestety – wówczas magistrat, posiłkując się opinią komisji budowlanej, decyduje się podanie odrzucić, obawiając się, że „postawienie słupów byłoby przeszkodą w komunikacyi”. 
Pierwszy berliński litfas, BF. G. Nordmann, litografia z 1855 roku [Wikipedia]


Dopiero w 1876 roku, czyli po blisko 10 latach, doszło do realizacji przedsięwzięcia. Wówczas pozwolenie na postawienie słupów otrzymał Julius Schott, właściciel drukarni. Szacowano, że „koszta urządzenia tych slupów wynosić będą około 9000 marek”. Schott otrzymał koncesję na 15 lat, płacąc miastu 3 marki od każdego słupa rocznie.

Litfas przy jatkach chlebowych na Starym Rynku,
 przylegające do budynku Wagi Miejskiej przed 1890 rokiem
 [fragment], MKZ w Poznaniu, [CYRYL]
Regulamin korzystania z litfasów przygotowała policja, ustalając „opłatę od przybicia plakatu na wszystkich słupach […] na czas 24 godzin” na 1 ½ do 6 marek, stosowanie od jego wielkości. Wszelkie zarządzenia urzędowe były zwolnione od opłat. Od tego roku zaczął jednocześnie obowiązywać zakaz umieszczania ogłoszeń na publicznych placach, ulicach i drogach, poza litfasami. Jedynie właściciele gruntów, czy najemcy lokali , przeznaczonych dla publiczności, mieli możliwość umieszczać na swoich posesjach „doniesienia, dotyczące własnego ich interesu”. Wspomniany regulamin ten ustalał też dokładnie wymiary dopuszczanych ogłoszeń, czas dostarczenia ogłoszeń (do godziny 8 wieczorem), przy zastrzeżeniu, że doniesienia władz mają być umieszczane na słupach bezzwłocznie, zaś afisze teatralne w czasie dwóch godzin od dostarczenia do kantoru wyznaczonego przedsiębiorstwa (tzn. do siedziby firmy J. Schotta).

Te pierwsze litfasy, trzeba przyznać, nie grzeszyły urodą. Były dość proste w formie, a nawet toporne. Jeden z tych słupów możemy zobaczyć na fotografii ze zbiorów Miejski Konserwator Zabytków w Poznaniu (udostępnione w repozytorium CYRYL), przedstawiającej jatki chlebowe na Starym Rynku, przylegające do budynku Wagi Miejskiej przed 1890 rokiem. Najprawdopodobniej koncesja ta została przedłużona.

Litfas przy składzie A. Szczerbinskiego
na Starym Rynku [fragment],
[aukcje internetowe]
W 1898 firma Schott ustawiła w Poznaniu nowe slupy, sześć z nich, jak donosił Dziennik Poznański miało zostać ustawionych do początku grudnia ówczesnego rok. Litfasy były modernizowane kilka razy. Po prostych i płasko zakończonych słupach pojawiły się nieco subtelniejsze, nakryte spiczastym hełmem, zwieńczonym kulą na szczycie. Taki właśnie slup widnieje na pocztówce, przedstawiającej Stary Rynek. Litfas znajdował się on przed domkiem budniczym, w którym mieściła się firma A. Szczerbiński (skład mydła, świec i szczotek). Wydaje mi się jednak, że te słupy pochodzą z jeszcze wcześniejszej modernizacji, niż z 1898 roku.

Pomimo narzekań na współpracę z polskimi przedsiębiorcami, firma Juliana Schotta dość długo posiada monopol na zarządzanie słupami ogłoszeniowymi w mieście. Po śmierci głównego właściciela (w 1895 r.?) najprawdopodobniej jego następcy jeszcze bardziej zaniedbują interes. Sypią się liczne skargi na nierzetelne wykonywanie powierzonych usług. W 1900 roku z anonsowania spektakli na litfasach rezygnuje Teatr Polski, zawiadamiając za pośrednictwem Dziennika Poznańskiego : „Powodem tego jest nieporządek, jaki w tym kierunku panuje. Niejednokrotnie afisza na słupie wcale nie było, czasami zaś wisiały afisze z całego tygodnia, co utrudniało informowanie się, wreszcie niektórych słupów nie zaszczycano wcale afiszami”. Przy okazji dzierżawcy miejskich słupów zarzucano „zniewolenie duchem hakatystycznym”. Wkrótce kolejne firmy rezygnują z „afiszowania się” na miejskich litfasach, w tym Zarząd Towarzystwa Ogrodu Zoologicznego poniecha tej formy zawiadomień o koncertach, odbywających się na terenie zoo. 

Litfas z różą wiatrów na Rynku 
Śródeckim [fragment], Koncern 
Ilustrowany Kurier Codzienny
- Archiwum Ilustracji, [NAC]
W 1901 roku miasto wystawia nowe słupy, z których pierwszy pojawia się naprzeciw Hotelu Rzymskiego. Jednocześnie magistrat szuka kolejnego dzierżawcy. Ostateczny wybór pada właśnie na Towarzystwo „Ogród Zoologiczny”. Odtąd słupy nazywano nieraz „słupami Jaeckla” od nazwiska Roberta Jaeckela, prezesa wspomnianego towarzystwa. Nowe kolumny wykonała Fabryka Wyrobów Cementowych „T. Neukrantz”. Na górze słupy zwieńczono ozdobnymi zębami w postaci czegoś na kształt krenelażu. Daszek przypominał teraz pręgowany stożek, zakończony kulą z różą wiatrów. Na zdjęciu zaś w pełnej okazałości dawny litfas ze Śródki. Kilka słupów tego rodzaju zachowało się do dzisiaj w Poznaniu.

Nowy dzierżawca utrzymuje stare ceny slupów, pomimo, że przybywa mu obiektów „do zaopiekowania się”. Do Poznania przyłączono bowiem przedmieścia: Jeżyce, Łazarz, Wildę.

Na Łazarzu pojawiły się one już w 1897 roku, wpierw w pięciu najbardziej ruchliwych miejscach, w tym na narożniku ulic Sielskiej i Głogowskiej, gdzie zabytkowy litfas stoi do dzisiaj. Jeżyce mogły się cieszyć litfasami rok wcześniej. Ze względu na lokalizację w tzw. drugim rejonie fortecznym, gmina musiała się zobowiązać do natychmiastowego ich usunięcia w przypadku mobilizacji. Jeżyckim dzierżawcą został kupiec Stanisław Chmielewski, który zobowiązał się płacić za rok dzierżawę gminie jeżyckiej 30 marek.

Jakie informacje pojawiały się na litfasach? Przede wszystkim na słupach pojawiały się rożne zarządzenia władz miejskich, zawiadomienia policji (na czerwonych plakatach) oraz afisze teatralne, plakaty informujące o koncertach i widowiskach cyrkowych. Informowano zatem o szczepieniach dzieci na ospę (1884). W 1905 roku magistrat poznański z obawy nad ryzykiem rozszerzania się cholery w Poznaniu, na czerwonych afiszach przypominał o zakazie korzystania z wody z Warty i konieczności gotowania wody przed użyciem wody. Dwa lata później, z bardziej prozaicznego powodu, bo ze względu reparację rur, rozprowadzających po Poznaniu wodę źródlaną, miejski Zakład wodociągów przypominał, że jeśli ktoś zmuszony jest dobierać wodę rzeczną do spożycia, powinien ją koniecznie przegotować. 
Kolce, 1901, rys. Franciszek Kostrzewski


W styczniu 1908 roku prezes policji poznańskiej informował, że „lód wybierać można z Warty powyżej kanału miejskiego, dalej z Cybiny, z zalanych łąk dębińskich w pobliżu placu wyścigowego, jako też ze stawu w Górczynie. Lód, wybierany z wód poza tutejszym obwodem policyjnym, przywozić wolno do Poznania tylko za poświadczeniem władzy policyjnej. Dalej przestrzega prezes policyi publiczność przed używaniem lodu lub wody z niego, ponieważ lód nie jest czysty i zawierać może różne zarazki”.

Nie mniej ważne były ogłoszenia o obowiązku wstawienia się na tzw. generalną wstawkę do wojska i tzw. wojskowe kontrolki. Miejskie wybory, też nie mogły obyć się bez akcji afiszowej.

Za pośrednictwem afiszów powiadamiano na wykonaniu wyroków śmierci. Tak przynajmniej było w sprawie sensacyjnego procesu w sprawie o zabójstwo w 1906 roku. Dwaj żołnierze: Geppert i Rosiński zostali skazani na śmierć za zabicie w okolicach Ostrowa gospodarza Glapy i okaleczenie jego syna. W tak drastyczny sposób, za pośrednictwem czerwonych afiszy, poinformowano także w 1906 roku o wykonaniu kolejnego wyroku śmierci na dziedzińcu poznańskiego więzienia. Tym razem ścięto kowala Franciszka Kramera z Chojna pod Wronkami za zastrzelenie leśniczego.

Na litfasach pojawiały się też sprawy mniejszego kalibru, jak plakaty, nawołujące mieszkańców Poznania do współzawodnictwa w upiększaniu kwiatami ogrodów przed domami, balkonów i okien (1908 r.), ale przede wszystkim afisze teatralne, ogłoszenia ówczesnych teatrzyków, kabaretów, podmiejskich ogrodów, itp. Informacje drastyczne przeplatały się z lekkim repertuarem, przeznaczonym dla małowybrednego odbiorcy.

Może trudno się dziwić, że jeden z ówczesnych poradników, dotyczących dobrych manier zalecał, żeby „panienka uczciwa też, idąc […] sama ulicą, nie powinna zatrzymywać się przed ogłoszeniami na słupach, przed afiszami czy wystawami. Można było się było w ten sposób nie tylko naczytać o kwestiach, nieprzeznaczonych dla młodych oczu, ale narazić na mało wybredną zaczepkę, a nawet zostać okradzionym.


Kolce 1900 r.



Redaktorzy gazet często narzekali na różne niedociągnięcia dzierżawców słupów, kaleczenie języka polskiego w tłumaczonych inseratach, czy błędy drukarni. Z jednej strony była to walka z coraz bardziej nasilającymi się tendencjami germanizacyjnymi w Księstwie Poznańskim, z drugiej – trzeba mieć świadomość, że litfasy były pewną formą konkurencji dla tradycyjnych gazet. W Wielkopolsce co prawda kupcy rzadko korzystali z reklamy na słupach, ale inni przedsiębiorcy (restauratorzy, właściciele podmiejskich ogrodów, itp.) skracali swoje anonsy prasowe do niezbędnego minimum, informując zazwyczaj, że reszta szczegółów znajdzie się na afiszach. Największe zarzuty jednak pojawiały się wówczas, gdy zarządzenia miejskie, czy inseraty na słupach pojawiały się wyłącznie w języku niemieckim lub języku polskim, niestarannie tłumaczonym, co traktowano jako wyraz pogardy wobec polskiej publiczności. Niemało dostało się twórcy ogłoszenia, które pojawiło się na litfasach w 1903 roku o następującej treści: „jeszcze nigdy takie coś (!) w Poznaniu nie było. Prawie 3000 stuk wyndzonych wiepszowych synek i żywe gesi bęndą na strzeleskiem platzu od niedzieli dnia 31 maja do niedzieli 7 czerwca dzięnie lozowaną. Loz koztują tylko 10 fen.”. Redaktor Dziennika Poznańskiego bezlitośnie wtedy drwił: „ Czyż to nie oburzające, że pierwszy lepszy obleci świat, polujący na wypróżnienie kieszeni polskich podczas igrzysk na Miasteczku, kaleczy tak haniebnie piękny nasz język?” Inna sprawa, że jarmarczne budy podczas strzelań poznańskiego bractwa kurkowego, były nieraz przedmiotem krytyki ze strony polskich dziennikarzy.


Niezwykle trudna była praca rozklejacza afiszy. Większość afiszy musiała się pojawić w dość krótkim czasie na wszystkich słupach, a jednocześnie trzeba było usuwać stare plakaty. Ich zbyt gruba warstwa mogła się odspoić od słupa, a poza tym… stanowiła też zagrożenie. W 1895 roku w Berlinie podczas święta Sedanu od ogni sztucznych, zapalił się słup ogłoszeniowy. Gruba warstwa pokrywających go papierowych plakatów przy silnym podmuch wiatru zamienia litfas w „słup gorejący”, niebezpieczny dla tłumu bawiącego się na ulicy.
Rozklejacz plakatów na Placu Królewskim, fragment pocztówki


W Poznaniu zaś miał miejsce smutny wypadek świadczący o tym,  jak bardzo praca rozklejacza afiszy mogła być nawet niebezpieczna. W 1902 roku przy ulicy Seekta (obecnej Solnej) referendariusz rejencyjny v. Massenbach, zaciągnięty na ćwiczenia wojskowe jako oficer rezerwowy dostał pomieszania zmysłów. „Wystrzelił z okna do naklejacza afiszów na słupach i zranił go ciężko w rękę.”. Następnie sam popełnił samobójstwo.

Poznań był jednym z pierwszych miast, w którym pojawiły się słupy ogłoszeniowe. Bardzo szybko w ślad za Poznaniem poszło Gniezno, gdzie już w 1885 roku właściciel drukarni Lange dostał zgodę na ustawienie 10 słupów na terenie miasta. W Warszawie taka decyzja zapadła w 1890 roku, z tym, że ostateczne miejsca pod słupy wyznaczano jeszcze w 1893 roku. W Krakowie jeszcze w 1913 roku narzekano na brak odpowiednich miejsc na afisze, które szpeciły nadal ploty, mury kamienic, drzewa, itp., apelując o ustawienie litfasów w mieście.


1000 marek nagrody, litografia, czasopismo Die Gartenlaube, 1888.[Wikipedia]


Opracowano na podstawie wzmianek z ówczesnej prasy [Polona, WBC], materiałów z KMP, Zdjęcia: CYRYL, NAC, aukcje internetowe

Rysunki Kolce, Wikipedia,

#słupyogloszeniowe #litfasy #reklama #reklamawpoznaniu #zoo #magistratpoznanski #poznanskapolicja #jezyce #lazarz #schottjulian #robertjaceckel #poznan1908

29 kwietnia

Zeppelin nad Rynkiem Wildeckim

Posener Provinzialblätter  1914, Nr. 20

Sterowce miały odegrać swoją wielką rolę w czasie nadciągającej wówczas wojny światowej, więc zarówno armia niemiecka, jak i cywilni obywatele pruscy (także niemieccy mieszkańcy Poznania) nie szczędzili funduszy na budowę kolejnych statków powietrznych. Wraz z katastrofami kolejnych dzieł hrabiego Zeppelina proporcjonalnie rosła ofiarność lojalnych obywateli Prus.

W Poznaniu powstała nawet hala sterowcowa, której nikłe pozostałości możemy oglądać w pobliżu obecnej Alei Solidarności. Halę zbudowano w 1913 roku. Przede wszystkim miał tu stacjonować sterowiec Zeppelin Z.4. Dziś jednak chcę Wam zaprezentować odnalezione w prasie niemieckiej zdjęcie sterowca nad… Rynkiem Wildeckim. Zazwyczaj sterowce widzimy na poznańskich pocztówkach, jednak zwykle nie są to oryginalne zdjęcia lotów tych wielkich statków napowietrznych nad miastem, a po prostu bardziej lub mniej zręczne fotomontaże. A wstawiono obrazek sterowca na tle pejzażu miasta, a to balon ze sterem (jak dawniej nazywano sterowce) unosi się na tle Wieży Górnośląskiej, a to nad Ceppelinhalle. Tym razem, w kwietniu 1914 roku, zaledwie na kilka miesięcy przed wybuchem I wojny światowej do Poznania zawitał Z.V. Nie była to, co prawda, pierwsza wizyta sterowca (jako takiego) w naszym mieście, ale tym razem fotograf uwiecznił (najprawdopodobniej) rzeczywisty widok, który, jak sami przyznacie, musiał zapierać dech w piersiach dawnym Poznaniakom.

4 kwietnia 1914 roku, w południe

„przelatywał nad miastem naszem balon zeppelinowski „Z 5”, który o godzinie pół do 10 przed południem wzniósł się w Johannisthalu pod Berlinem, podejmując setną podróż. Balon w gładkim biegu okrążył miasto dwukrotnie i poszybował potem na plac stacji lotniczej w Ławicy pod Poznaniem, gdzie wylądował. Po krótkim wypoczynku wyruszył w podróż powrotną do Johannisthalu, dokąd przybył krótko po godzinie 6 popołudniu” – donosiło jedno z poznańskich pism. 


W innych gazetach możemy wyczytać, że lot był jubileuszowy i sterowiec z tej okazji był przybrany chorągiewkami i zielenią, a w dwóch gondolach podróżowało około 20 osób, chociaż „co do [ich] nazwisk zachowano tajemnicę”. Co ciekawe… w notkach prasowych wspomina się o Ławicy (gdzie rzeczywiście już od roku 1913 funkcjonowało lotnisko, a które dziś jest najstarszym czynnym portem lotniczym w Polsce), a na drugim zdjęciu z tego samego źródła widzimy… halę sterowców na Winiarach. Oczywiście, zakładam możliwość, że sterowiec odwiedził obydwa miejsca... chociaż? Czy w czasie tak krótkiego lotu i pobytu opłacało się wprowadzać takiego olbrzyma do hali?

Posener Provinzialblätter 1914, Nr. 20

 

Do tematu sterowców i balonów poznańskich z pewnością jeszcze wrócimy.

#dawnyPoznań #historiaPoznania #poznańskielotnictwo #sterowiec #sterowcewPoznaniu #halasterowców #zeppelin #historiapoznańskiegolotnictwa #awionautyka #balony #balonyzesterem #Ławica #zeppelinhall #cepelinhalle





19 marca

Zajrzymy czasem w lata trzydzieste...

Miejsce chyba każdemu Poznaniakowi znajome :) Niestety - o piesku podpis zdjęcia nie wspomina ;) "Kabryoletka model ,,Polski Fiat 518” przy niej oparta urocza artystka Teatru Polskiego p. Zasadzianka w płaszczu podróżnym z materjału angielskiego z kołnierzem i mankietkami skórzanemi z magazynu Malinowski, Stary Rynek. — Kapelusik brązowy z firmy Janiszewska, ul. Nowa. — Buciki zamszowe bardzo modne z firmy Guzejka, Pasaż Apollo. — Pudło do kapeluszy — walizka i torebka z firmy Czysz, ul. Szkolna. Kwiaty z kwiaciarni W. Kaźmierczak, ul. Fredry 1. Zdjęcia atelier ,,Rubens" — Plac Wolności"




Ciekawi mnie ta willa? Chopina? Wieniawskiego? Noskowskiego? Sołacz? Ktoś rozpoznaje? Oryginalny podpis pod zdjęciem: "Wspaniała limuzyna ,,Polski-Fiat 518“ z uroczą artystką p . Zasadzianką z Teatru Polskiego. Sukienka z zielonego crep-marocain z firmy ,,Femina" ul. Fredry. — Czółenka z bronzowej (!) skórki z magazynu Grzegorzewski, Plac Wolności. — Kapelusik z brązowego filcu z firmy Janiszewska, ul. Nowa. — Pudło do kapeluszy z firm y Czarnota, ul. Pierackiego. — Walizka, neseser i torebka skórzana do podróży z firmy Czysz — ul. Szkolna.
------------


Źródło: Rewia Mód 1935
-----------------
Encyklopedia Teatru Polskiego:

"ZASADZIANKA Ada, właśc. Adelina Gertruda Zasada, 1° v. Nowomiejska, 2° v. Relska (10 III 1913 Berlin - 2 II 1967 Szczecin), aktorka. Była córką piekarza, Stanisława Zasady i Heleny z Ma­tysiaków, żoną kier. kina i agencji koncertowej w Poznaniu, Juliana Nowomiejskiego (od 1939), po­tem aktora Zdzisława Relskiego. Od 1919 miesz­kała w Poznaniu. Po zdaniu matury we Włocławku wstąpiła w 1931 na scenę T. Nowego w Poznaniu. W 1932-37 występowała tam w T. Polskim, a także w kabaretach - Różowa Kukułka i Klub Szyderców pod Kaktusem. " więcej: Ada Zasadzianka ::: Osoby ::: Encyklopedia teatru polskiego


10 marca

Dorożką po dawnym Poznaniu



Wodopój dla koni przy pomniku Hygiei, ul. Marcinkowskiego.
Wielkopolska Ilustracja 1928r.
Dorożki, chociaż nie były najtańszą formą przemieszczania się, były bardzo popularne. Miały kilka miejsc postoju. Oczywiście najwięcej zwykle ich stało na Dworcu Głównym (Hauptbahnhof) oraz przy Tamie Garbarskiej (Gerberdamm). W centrum miasta też były wyznaczone miejsca postojowe dla dorożek na przykład przy Placu Wilhelmowskim (Wilhelmplatz Plac Wolności) – obok głównej policji i teatru niemieckiego, na ulicy Rycerskiej (Ritterstrasse –  Ratajczaka), na Jeżycach. W 1903 roku  podjęto decyzję, że przy Placu Wilhelmowskim postój dorożek zostanie ograniczony do przystanku przy Bibliotece Raczyńskich, a jak zgryźliwie zauważył dziennikarz "Postępu" "by widoku Fryderyka III nie zasłaniały". (Chodzi o nieistniejący monument, przedstawiający cesarza, wystawiony w 1902 roku).


Cena za przejazd była kontrolowana za pomocą zegara taksometrowego, więc można było sprawdzić, czy przypadkiem dorożkarz nie próbuje żądać za kurs za dużo. Często jednak się zdarzało, że klienci przez omyłkę płacili więcej niż dorożkarz żądał. Działo się to szczególnie często podczas nocnych kursów, co wiele przecież tłumaczy. Jednak albo kary za zatrzymanie niesłusznie naliczonej taksy były duże, albo poznańscy dorożkarze byli nad wyraz uczciwi, bo potulnie zanosili niezasłużone nadpłaty na policję. Wzmianki o podobnych zdarzeniach są bowiem bardzo częste w ówczesnych gazetach.  Dorożki i konie musiały przechodzić co jakiś czas swoiste "badania techniczne". Policja sprawdzała sprawność pojazdów, czystość a także zdrowie koni. Większość poznańskich dorożkarzy bardzo dbało o swoje koniki. Niemniej jednak Towarzystwo Ochrony Zwierząt premiowało najlepszych woźniców: "wypełniających wiernie swe obowiązki i otaczających szczególną opieką ich pieczy powierzone konie". Dużą konkurencją dla dorożek stały się tramwaje, szczególnie gdy nastał czas elektryfikacji poznańskiego transportu miejskiego. Większość dorożek należała do Polaków, dlatego, gdy w tramwajach zlikwidowano w 1900 roku polskie napisy, nawoływano, żeby bojkotować niemieckie przedsiębiorstwo kolei elektrycznej i chodzić po mieście na piechotę lub korzystać z dorożek. 
Dorożkarskim koniom zawsze towarzyszyły wróble, które mogły zawsze liczyć na odrobinę owsa, "futru", jak mawiali dorożkarze. Pewną ciekawostką jest fakt, że dorożkarze byli bardzo zabobonni, i tak na przykład w 1928 roku, po urzędowym przenumerowaniu dorożek, najwyższym numerem było 83, mimo, że w rzeczywistości było ich 82. Nikt nie chciał bowiem pechowej trzynastki.  

Koło studzienek poznańskich musiało się także znaleźć koryto dla koni. Przez jakiś czas wodopój znajdował się przy posągu Hygei przy Alejach Marcinkowskiego (dopiero od 1971 roku studzienka znajduje się przed Biblioteką Raczyńskich). Jak pisał jeden z redaktorów Wielkopolskiej Ilustracji:


Powoli pojawiały się także taksówki, ówcześnie jeszcze nazywane „dorożkami automobilowymi”. Przewodnik z 1909 roku wspomina o… czterech takich pojazdach, których każdy miał swoje miejsce postoju. Owe „wozy automobilowe” można było znaleźć przy teatrze niemieckim, na Starym Rynku, na dworcu głównym i przy Hotelu Rzymskim (Hotel de Rome). Wraz z popularnością taksówek samochodowych powoli znikały dorożki z ulic Poznania. Podobny proces miał miejsce także w innych miastach, co zwykle działo się za przyzwoleniem władz, które nawet przymuszały dorożkarzy do zmiany profesji. Już w 1913 roku w Berlinie zabrano się do wycofywania z ruchu dorożek konnych. Przedsiębiorca za wycofanie 10 dorożek otrzymywał jedną koncesję na taksówkę. W Poznaniu podobny proceder miał miejsce i tak na przykład w czasie PeWuKi. Kto wykupił koncesję na dorożkę konną - otrzymywał jednocześnie pozwolenie na dwie automobilowe. Koncesję można było z zyskiem odsprzedać, więc dorożkarze sprzedawali je często, wycofując się z fachu. W 1928 roku zaniechano wydawania nowych koncesji.


Dorożkarstwo przestało być opłacalną profesją. Automobilowe dorożki potrzebowały tylko benzyny, kiedy były w ruchu. Dorożki konne... cóż... koń potrzebował "futru", nawet jeśli nie jeździł. Na domiar złego dorożkarze płacili nadal wysokie podatki, w pewnym momencie znacznie wyższe niż właściciele taksówek.  W 1928 w lipcu było  już zaledwie 135 pojazdów, zaś sześć lat później, w 1934 roku, po ulicach Poznania jeździło (a raczej stało na postojach) zaledwie 82 dorożek.  Nie na wiele zdały się akcje, by ocalić ten zanikający fach. W 1934 roku zorganizowano na przykład "Dzień Propagandy Dorożek Poznańskich". Nowoczesność wyparła konie z miasta. 

01 lutego

Opatrywanie okien, poznański stolarz-wynalazca i kit, który zadecydował o życiu pewnego prałata

 


Czy wiecie na czym polegało opatrywanie okien na zimę?

Oczywiście nie chodzi o zaklejanie okien plastrem, czy innymi materiałami opatrunkowymi, chociaż dużo w tym „opatrywaniu” rzeczywiście kleju, a dokładnie kitu. Tak dużo, że czasem okna dawniejszych Poznaniaków zaklajstrowane bywały na amen. Przynajmniej na kilka miesięcy.

Dziś wiatr nam nie hula przy byle przeciągu, ani nie gwiżdże poprzez szpary okienne. W erze nowoczesnych okien plastikowych zapominamy nawet o gumowych i gąbkowych samoprzylepnych uszczelkach, które jeszcze niedawno były potrzebne przy bardziej tradycyjnych drewnianych oknach. Dawniejsze okna sprawiały jednak niemało problemów. Używany do uszczelniania kit trzeba było wymieniać, bo po jakimś czasie się kruszył i przestawał spełniać swoją rolę. Poza tym, dawniejsza konstrukcja okien nie zapewniała odpowiednią izolacji od zimna. Udogodnieniem było zastosowanie okien dubeltowych, czyli podwójnych, ale długo jeszcze dzielono okna na mniejsze kwatery, bo taka konstrukcja ułatwiała wstawianie i ewentualną wymianę mniejszych szyb. Drewniane ramy po prostu nie mogły udźwignąć ciężaru wielkich szyb. Stad też na starych zdjęciach częściej widać okna podzielone. 


Okna na Starym Rynku nad winiarnią Leopolda Goldenringa, w czasie obchodów Provinzial-Sangerfest in Posen 1887 , fragment [WBC]

Poznański stolarz-wynalazca i jego „okno przyszłości”

O tym, jak wielkiej rewolucji wymagały zwykłe okna najlepiej świadczy wynalazek poznańskiego (!) stolarza Adolfa Possekela, zamieszkałego przez jakiś czas na ulicy Zwierzynieckiej. Swój wynalazek nazwał on oknem przyszłości.  A chodziło o to, że według innowacyjnej, jak na ówczesne czasy, konstrukcji można było zlikwidować wszelkie wewnętrzne wzmocnienia (tzw. krzyże czy słupy okienne), a okno można było wyposażyć jedną taflę szyby, tak aby „światło dzienne całym swym otworem bez rzucania cieni ramnych wpadać może do pokoju”. Okno Possekela pozwalało uchronić się też od tak zwanego „zugu” (czyli przewiewu, ale to słowo raczej znane wszystkim Poznaniakom). Niestety nie udało mi się zbyt wiele dowiedzieć o tym naszym zapomnianym wynalazcy i jego.  Wyjechał do Berlina, opatentował swój wynalazek w Austrii, wynalazł również okno ewakuacyjne, którym można było uciec na wypadek pożaru, a które wystawił na specjalistycznej wystawie pożarnictwa w 1903 roku w Londynie. Może warto by ktoś powędrował szlakiem tego wynalazcy, któremu najwyraźniej dopiekł chłód na ulicy Zwierzynieckiej?

 

Mrok i chłód za miejskimi oknami

Wróćmy jednak do okiennych dylematów prababki.  Wiemy, że wpuszczały one mało światła, co w rozbudowującym się mieście, zwykle czteropiętrowych kamienic, mogło być uciążliwe.  W ciasnej, miejskiej zabudowie do najlepszych, bo położonych na pierwszym piętrze mieszkań światło słoneczne docierało z utrudnieniem. A pamiętajmy, że długo oświetlano mieszkania lampami karbidowymi, naftowymi i świecami.  Nawet wprowadzenie elektrycznego oświetlenia nie dawało wcale takiego efektu, do jakiego jesteśmy dziś przyzwyczajeni. Ówczesne żarówki nie miały dużej mocy.  Wykorzystywano odpowiednie kształtem abażury, by światło skupić w określonym miejscu, by nie rozpraszało się „bezużytecznie” po całym pomieszczeniu.   Cóż – cerowanie skarpetek w takim oświetleniu lub czytanie nie było komfortowe, ale jesienią czy zimą nie było możliwości wykonania wszystkich domowych prac za dnia i przy naturalnym świetle.  Najgorzej mieli jednak mieszkańcy budynków odpodwórzowych, mających mieszkania oknami skierowanymi do wnętrz studniowych podwórek.  A lokatorzy suterenowych ciasnych klitek? Chociaż Poznań akurat nie obfitował w dużą ilość półpiwnicznych mieszkań, ale i takie się zdarzały, szczególnie na ulicach o dużym kącie nachylenia. Więcej naturalnego światła docierało do niedrogich mieszkań na trzecim lub czwartym piętrze frontowych budynków, jednak tu bardziej dokuczały przeciągi. Do tego węgiel trzymano w piwnicy i trzeba było codziennie dźwigać węgle po mniej lub bardziej wygodnych schodach.  A i im wyżej, tym ostrzej przez wszystkie szpary wdzierał się lodowaty wiatr. Warto przyjrzeć się starym zdjęciom, jak wiele poznańskich okien wyposażanych było w słomkowe (?) zasłony, dodatkowe markizy i inne zewnętrzne rolety. Latem chroniły one przed nadmiernym słońcem, zimą stanowiły dodatkową izolację przed utratą ciepła.

Po prostu – bywało zimno, mrocznie i depresyjnie.


okna ma Świętym Marcinie 43? (destylacja Wilhelma Ludwiga) w czasie obchodów Provinzial-Sangerfest in Posen 1887, fragment [WBC]

W ruch idzie kit… i gwoździe

To co można było zrobić, to dobrze „zaopatrzyć” okna na zimę. W ruch szedł przede wszystkim kit. Ten wyrabiano ręcznie lub kupowano w drogerii. W Poznaniu kit kupowano na przykład w drogerii Czepczyńskiego, na Starym Rynku.

Przepis na kit

Słowniczek przemysłowy, zawierający krótkie objaśnienia najpospoliciej w przemyśle używanych wyrazów. autorstwa Tytusa Budzynowskiego

Tygodnik Ziemianin,przepis na kit z 1870 roku

Nie myślcie tylko, że kitowanie polegało na wypełnianiu szczelin. Tzw. zapatrywanie (opatrywanie) okien na zimę często kończyło się po prostu zaklajstrowaniem nie tylko szpar, ale całych okien. Czasem zostawiano tylko maleńki lufcik, aby móc wywietrzyć pomieszczenie. Dopiero po wielu miesiącach, na wiosnę, podczas mycia okien dopiero usuwano kit i otwierano okna na oścież. Bardziej zapobiegliwi… sięgali nawet po gwoździki, którymi zabijano okna na amen. W ruch szły też wszelkiego rodzaju uszczelniacze: mech, filc ze starych kapeluszy, warkocze plecione z słomy, wata, woreczki, wypełnione szmatkami i co tam komu wpadło do głowy.  



Lekarze i higieniści bardzo potępiali takie praktyki, słusznie zwracając uwagę, że takie dokładne uszczelnianie i brak wentylacji są szkodliwe dla zdrowia. Właśnie w braku wietrzenia pomieszczeń upatrywano większej podatności na infekcje, choroby zakaźne, w tym także na influenzę, czyli grypę. Do tego perswadowano, że „zgniłe” powietrze wolniej się ogrzewa, niż świeże (o wyższej zawartości tlenu), że powietrze w pomieszczeniu musi się mieszać (ciepłe spod sufitu, zimne przy podłodze), czego nie ułatwia zbytnie zakitowanie i tym bardziej zwyczaj nieotwierania okien w czasie zimnych miesięcy.

Ileż jest domów, w których nie tylko okna szczelnie zamykają, zalepiają, ale nawet zabijają na zewnątrz gwoździami, ażeby broń Boże, nie zaleciał najmniejszy wiaterek! Dziwne pojęcia tych ludzi o zdrowotności i higienie! Czyż może człowiek dobrze wyglądać żyjąc bez świeżego powietrza?

Poradnik dla młodych osób w świat wstępujących: ułożony dla użytku tychże/przez Wielkopolankę. Twórca: Wanda Reichsteinowa, 1891


Gdyby nie odbił kitu na wiosnę, czyli anarchiści, którym w „zbrodniczym zamachu” przeszkodziła piękna pogoda

Skoro już wiemy, co nasi przodkowie wyrabiali z tymi oknami możemy przejść i w pełni zrozumieć historię, która wydarzyła się w kwietniu 1892 roku w kujawskim Kościelcu. Prałat Alfred Poniński dał się uwieść pięknej wiosennej pogodzie i w przeddzień zamachu kazał usunąć kit z okien. Ratując się ucieczką przez okno, ksiądz Poniński został co prawda ciężko zraniony kulami rewolwerowymi, a napastnicy ponieśli śmierć w wyniku samosądu dokonanego przez przybyłych z pomocą okolicznych mieszkańców. Zresztą poczytajcie relację z Dziennika Poznańskiego.

relacja z Dziennika Poznańskiego, 1892

Gdyby wspomnieni berlińscy anarchiści na dzień zamachu wybrali wcześniejszą datę, zapewne by prałat nie uszedł z życiem, bo okna byłyby zakitowane (nomen omen) na amen, no i sami uniknęliby nędznego losu.  A przy okazji prałat Poniński kilka razy o mało nie został arcybiskupem. Więcej o tej postaci możecie przeczytać np. tu: http://www.koscielec.pl/Koscielec/osoby-kosc/osoba25.htm

I jeszcze dodamy kilka ozdóbek

Okna tzw. dubeltowe, czyli podwójne oprócz kitu wypełniano też piaskiem, mchem lub wałeczkami z waty. Zbyt szczelne okna generowały sporo wilgoci, którą piasek lub mech miały za zadanie zatrzymać.  Parowanie szyb bywało wówczas częstym utrapieniem. Czasem parapety wyposażano w rowek, w którym gromadziła się woda. Może gdzieś w jakimś starym pałacu lub kamienicy zobaczycie jeszcze takie rowki?

Skrzętne gospodynie, opatrując okna, wykorzystywały okazję do ich udekorowania, oprócz mchu przybierając okno jesiennymi liśćmi, trwałymi owocami, kasztanami, kamykami. Tam, gdzie konstrukcja pozwalała takie skrzynkowe, wewnętrzne okno otwierać do wewnątrz, można było jeszcze w trakcie zimy całość uzupełniać innymi, świeżymi ozdobami. Dawne, podwójne okna nieraz miały wewnątrz tyle przestrzeni, że można było w nich nawet przechowywać żywność i służyły nawet czasem jako podręczna chłodnia.

"Dobra Gospodyni"


A swoją drogą, moja babcia, rocznik 1905 bała się wręcz panicznie cugu/przeciągu. Czyżby to było echo tamtych czasów sowicie kitem zapchanych?

 

okna Placu Królewskiego (ob. Cyryla Ratajskiego) z albumu Kunstverein Posen 1890, fragment [WBC]

 


09 stycznia

Sanna na rodelkach, czyli sport saneczkowy w Poznaniu





Rodle, rodelki to gwarowa, nieco już zapomniana, nazwa sanek. Pochodzi ona z języka niemieckiego – od Rodel. Co ciekawe, używano jej na początku XX wieku przede wszystkim do określenia drewnianych saneczek, bo w ogłoszeniach prasowych wyraźnie rozróżniano metalowe (żelazne) sanki od drewnianych (Rodel).

Kiedy pojawiły się sanki i od kiedy „saneczkowano się” (jak ówcześnie mówiono) w Poznaniu? To zimowe zajęcie musiało być tutaj bardzo popularne od wieków, świadczy o tym znaleziona przez archeologów na Zagórzu kościana płoza sanek dziecięcych o długości 30 cm.

Anons Domu Towarowego Kajetana Ignatowicza z 1911 roku


Na przełomie wieku XIX i XX wystarczyło trochę śniegu, by na mieście pojawiła się zaraz liczna dzieciarnia z sankami, próbując zjeżdżać ze wszystkich okolicznych górek, a nawet ze stromych poznańskich ulic, jak na przykład Podgórną w kierunku placu św. Piotra. Bardziej odważni (i lekkomyślni) wiązali cichaczem sanki do wozów, karet i dorożek. Z braku górek – dzieci woziły się nawzajem. Ta rozrywka była też niebezpieczna, bo ze względu na brak śniegu wykorzystywano do zabawy zamarznięte stawy, a nawet Wartę. Tu łatwiej prowadziło się saneczki, ale i niebezpieczeństwo pęknięcia lodu pod takim pojazdem było ogromne. Zabraniano więc takich zimowych igraszek, szczególnie na zamarzniętych zbiornikach wodnych, dopóki policja nie wydała pozwolenia na wejście na lód. Wraz z coraz większym ruchem ulicznym (wszakże pojawiały się już pierwsze automobile i na wielu ulicach kursowała elektryka, czyli tramwaje), zabroniono nie tylko jazdy po stromych miejskich ulicach, ale nawet… prowadzenia sanek.
Aby zapobiec wypadkom i jakoś „zorganizować” te zimowe igraszki (nie tylko dzieci zresztą) Dyrekcja Ogrodów Miejskich w 1907 roku przekształciła duży plac zabaw dla dzieci w okolicy Teatru Wielkiego. Dosadzono tam wówczas drzewa, posiano trawę, a na dość stromym zboczu (wówczas o wysokości względnej 8 metrów) zbudowano tor saneczkowy. 

Koloryzowana fotografia z Kuriera Poznańskiego z 1933 roku


Co ciekawe, już w pierwszych latach I wojny światowej - policja zabroniła tam zjeżdżać osobom powyżej 14 roku życia! Dlaczego? Czy starsi powodowali więcej wypadków, nie zachowując wystarczającego rozsądku w czasie zabawy? A może nieco światła rzuci tutaj tekst (co prawda blisko dwadzieścia lat starszy, ale dokładniej opisujący, co się działo na górce za Teatralką) z Gońca Wielkopolskiego z 1931 roku?



Kolejny tor saneczkowy powstał w 1909 roku na Cytadeli za zgodą władz wojskowych, a miasto wzięło na siebie część kosztów. Jednak na samym początku, aby korzystać z rodelbahnu (kolejki saneczkowej) w zagajeniach Kernwerku trzeba było wykupić specjalną legitymację za 10 fenygów. W późniejszym czasie chyba zniesiono ten obowiązek, jednak władze wojskowe utyskiwały, że amatorzy sanek nie trzymają się wyznaczonych torów. Sypały się srogie mandaty dla mniej zdyscyplinowanych. Problemem było także korzystanie przez saneczkarzy z dróg kołowych, prowadzących od cmentarzy do Cytadeli. Zamieszanie i wyślizgiwanie drogi miało nieraz przykre następstwa dla wojskowych koni, które kaleczyły się, upadając skutkiem poślizgu na takiej drodze.

Ilustracja z Pracy z 1914 roku


Około 1913 roku w lasku golęcińskim uporządkowano teren w części należącej do miasta. Przerzedzono drzewostan, poszerzając stare i tworząc nowe ścieżki do spacerów, zlikwidowano dopływ ścieków z pobliskiej gorzelni. Miejsca bagniste zniwelowano, stwarzając dogodne tereny dla całorocznych przechadzek dla mieszkańców Poznania. Na naturalnym wzniesieniu powstał wówczas tor saneczkowy. Był on wysoki, o drewnianej konstrukcji i pozwalał ponoć na bardzo długie zjazdy.

Saneczkowicze przy ul. Jarochowskiego w 1949 roku

 
Inne popularne miejsca saneczkowe znajdowały się na Szelągu, czy na ulicy Saperskiej. Tam na wysokiej skarpie, koło koszar saperów wojskowi urządzili dla dzieci trzy tory saneczkowe.

Ilustracja z Pracy z 1914 roku


Oczywiście rodelbany (Rodelbahn – niem. kolejka saneczkowa) powstawały także poza Poznaniem, szczególnie w miejscowościach, licznie odwiedzanych przez Poznaniaków w wolne dni, jak na przykład w Puszczykowie.




Nie bez znaczenia dla rozwijania saneczkowego sportu miał… spadek znaczenia poznańskich fortyfikacji. Zniesienie fortów nie oznaczało jednoczesnego niwelowania terenu. Górki i stoki pozostałe po fortyfikacjach (a nawet tereny zlikwidowanych cmentarzy) stawały się z czasem atrakcyjnym miejscem zabawy. W centrum „modnym” miejscem był na przykład Grolmann. Sama zresztą też „saneczkowałam” na stokach pofortyfikacyjnych - akurat na osiedlu Kopernika. No... ale to już inna historia.

A Wy? Dokąd chodziliście na rodelki?

Kurier Poznański 1938 r.