22 października

Ślady mąki na cygarach i nocna strzelanina. Chwaliszewo nr 3, 4 i 5 – cz. II



Niedziela 10 kwietnia 1910 roku zapowiadała się pogodnie i słonecznie. Na ulicach widać było przechodniów, którzy zostawili już w domowych szafach ciężkie zimowe futra i palta, a niektóre panie nawet sięgnęły po letnie kapelusze. Zanim jednak mieszkańcy Poznania zdążyli ruszyć tłumnie na wycieczki do podmiejskich ogrodów „firmament w coraz gęstsze począł przyoblekać się chmury, z których zupełnie niespodzianie spadł drobny połączony z gradem.” Nagle miast wiosennej pogody zapanował dokuczliwy chłód, potęgowany jeszcze przez silny wiatr. Niewielu się cieszyło taka pogodą, jednak pan Piojda, restaurator, z pewnością rozpogodził swoje oblicze. – Taka pogoda z pewnością zatrzyma ludzi w mieście,  a to dla restauratora oznaczało większy ruch w interesie. I nie omylił się. Z samego rana czekali już na niego stali bywalcy restauracji, mieszczącej się przy chwaliszewskim trakcie pod numerem 5.  

  – O… zarobimy dzisiaj – pomyślał zapewne Piojda. W piątek właśnie odbyły się wybory uzupełniające do rady miejskiej i niespodzianie wygrał kandydat ruchu ludowego,  emocje jeszcze nie opadły,  więc będzie się sporo dziać  w tę niedzielę –  restaurator zacierał zapewne ręce w oczekiwaniu na dobry interes.  Wpuścił do środka marznących w zbyt lekkiej garderobie gości i od razu poczuł niepokój. Coś się nie zgadzało. Rozejrzał się uważnie.

Na kontuarze leżała przewrócona butelka i wypróżnione do czysta otwarte pudełko od cygar. Najwyraźniej ktoś lub coś tu grasowało w nocy. No tak… brakowało kilku butelek wina, likierów, trochę  cygar i papierosów.  – A niech to. Tu Piojda zaklął szpetnie. Jakieś 20 marek straty – szybko przeliczył w głowie. – Panowie, nie ruszać mi tu niczego. Złodziej tu był. 

 – Panie Piojda – odezwał się któryś z gości.  – Pan tu masz odciski tego ptaszka na tym pudle. Rzeczywiście. Na wieku  pudełka po cygarach widniały widoczne odciski palców. Podobne ślady widniały też na półkach, na kasetce, w której Piojda trzymał pieniądze, a którą na szczęście opróżnił poprzedniego wieczora. Stachu, stały bywalec i sąsiad bezceremonialnie mazgnął paluchem po kontuarze i posmakował, zanim Piojda zdążył zaprotestować. 

 – Mąka! – Stachu stwierdził triumfalnie. – A zatem… chyba mamy złodziejaszka. Tylko który to z nich?
– Myślisz? – Piojda spojrzał pytająco na sąsiada. Stachu i kilku gości pokiwało głowami. – Leć Stachu na posterunek. Nie ma co czekać.

Urzędnik kryminalny przybył pospiesznie. Piojda od razu podzielił się podejrzeniami. Do lokalu zajrzał też Walter z sąsiedniej restauracji i przybiegł Waldi Günter spod trójki. – U mnie to już ósmy chyba raz! – sapał podenerwowany Günter. Tyle razy się na niego sadziłem, robiłem podchody, nocowałem w składzie. I nic. W końcu mamy go! – Uuuu… u mnie tylko trzy razy, a też nie mogłem wyśledzić tego ptaszka – Walter aż musiał się przytrzymać się drzwi. 

– A może ptaszków? – zapytał filozoficznie Stachu. O ostatnich włamaniach dużo się gadało, ale najczęściej straty były niewielkie, więc właściciele okolicznych interesów zwykle machali ręką i nawet nie zgłaszali kradzieży policji. – Ale teraz… były dowody. I to jakie! 

Mistrz piekarski Kazimierz Stanny już czekał sfrasowany przed swoją piekarnią. Kazimierzowa, jego żona, bez ogródek przyglądała się rozwojowi sytuacji z okna na I piętrze domu pod trójką. Wieści szybko dotarły do zainteresowanych. Pytanie, czy dotarły też do uszu terminatorów.
– Nie wierzę, że to oni – westchnął piekarz. – No... ale wysłałem chłopaków po młodzie, by nie szwendali się tutaj. 
– Prowadźcie, Panie Kazimierzu – urzędnik delikatnie klepnął po ramieniu piekarza. – Im szybciej się z tym uwiniemy, tym szybciej dojdziemy prawdy. 

Sypialnia terminatorów znajdowała się na zapleczu. Razem z policjantem, do środka weszli oprócz Stannego, Piojda i Günter. Kazimierzowa z uśmieszkiem niedowierzania  patrzyła na gości, stanąwszy w drzwiach i  krzyżując ręce na obfitym biuście.
 – Zobaczmy co tu mamy.

Niestety.  Pod siennikiem leżały pierwsze dowody: cygara, papierosy, bibułki. Dalsza rewizja ujawniła też wina, likiery inne produkty spożywcze i używkowe.  – O…  to ode mnie – wtrącił Günter. 

– Co za wstyd… – załamała ręce Kazimierzowa. – Co za wstyd… Jak ja ludziom w oczy spojrzę…
Stanny zbladł.
– Już ja im pokażę, juchty jedne, a z takich uczciwych rodziców… Głową bym ręczył, że to nie oni…
– Składacie, panowie doniesienie? Trzeba by spisać dokładnie, co zginęło, kiedy… Dużo tego nie jest… Widać, że chłopcy to raczej dla siebie…
 – Eeee tam… my się z Kazikiem naradzimy, co dalej z tymi juchtami. Może co lepszego wymyślimy… – Piojda już przeliczył, że chłopcy zużyli towaru za może dwie marki, resztę się odzyska.
 – Już ja ich nauczę moresu. Zakały jedne… – Kazimierz westchnął. – Niech wpierw odpracują, potem ich na zbity pysk. Ech… panowie… bierzta co swoje… Walter sprawdź ino, czy to coś twojego się ostało… a my się naradzim, jak ich ukarać…
– No a ja poczekam na tych waszych piekarczyków i tak ich trzeba dać do śledczego więzienia. Wyśpiewają wszystko ptaszki – urzędnik kryminalny wyszedł do piekarni.

20 października

Ślady mąki na cygarach i nocna strzelanina. Chwaliszewo nr 3, 4 i 5 – cz. I


Trzy kolejne chwaliszewskie posesje pod numerami 3, 4 i 5 niegdyś były podobnymi do siebie, niewielkimi domami, zwróconymi szczytami do ulicy Chwaliszewo. Trzy dawne kamieniczki łączyło jednak coś szczególnego – ich losy wciąż się ze sobą dziwnie splatały zarówno poprzez stosunki właścicielskie, ale też różne dziwne przypadki, w których dobrosąsiedzkie stosunki odegrały swoją znaczącą rolę. 

Kiszki z kapustą

Później tereny te zostały zabudowane większymi kamienicami z przeznaczeniem głównie na wynajem. Dziś i po tamtych budynkach nie ma śladu – zostały zniszczone w czasie II wojny światowej. Trzy dawne kamieniczki łączyło jednak coś szczególnego – ich losy wciąż się ze sobą dziwnie splatały zarówno poprzez stosunki właścicielskie, ale też różne dziwne przypadki, w których dobrosąsiedzkie stosunki odegrały swoją znaczącą rolę. 

A to czwórka i piątka należały do jednego właściciela, a to ten od trójki wykupił czwórkę i w końcu piątkę, a potem trójkę i czwórkę kupił inny, tworząc z nich jedną posesję 3-4, a z piątki powstała już całkiem odrębna kamienica. Zagmatwane nieco, prawda? A jeśli do tego dodamy ślady mąki, które doprowadzą śledczych z jednej kamienicy do innej, albo nabój z rewolweru, wystrzelony w lokalu jednej z kamienic, który rani mieszkańca innej? Może te domostwa miały jednego ducha, jeśliby wierzyć, że pewne miejsca mają dusze… Ale nie uprzedzajmy faktów… i domysłów…



Fragment fotografii, przedstawiającej ulicę Chwaliszewo w czasie powodzi 1888 roku – ­ tu widzimy szczytowe domy nr 3 piekarza Antona Smelkowskiego,  nr 4 i nr 5  braci Jonasa i Nathana Weiss, właścicieli browaru, z szyldem piwiarni Gumprechta Weissa

 

Skomplikowane kwestie własnościowe


Chwaliszewo Nr3

Trójeczka miała szczęście do piekarzy. Przez wiele lat należała do Antoniego Smelkowskiego mistrza piekarskiego i członka bractwa strzeleckiego. Jeszcze w 1879 roku sam Smelkowski mieszkał na ulicy Szerokiej, zaś parter (o ile nie całość budynku) odnajmował innemu mistrzowi piekarskiemu Gustawowi Menzlowi. Piekarz Menzel umiera w 1882 roku, i wtedy, najprawdopodobniej Smelkowski decyduje się sam poprowadzić tutejszą piekarnię. W 1903 roku umiera sam Smelkowski, a budynek przechodzi w ręce Józefa Jezierskiego, a jakże także mistrza piekarskiego. Domyślacie się, jakiej profesji był kolejny właściciel trójki pan Kazimierz Stanny?

Chwaliszewo Nr 4 i 5


Czwóreczka i Piątka miały szczęście do piwiarni, restauracji, był i warsztat blacharski, a także skład
kolonialny i drogeria. Długi czas tymi nieruchomościami zawiadywali bracia (?) Weissowie: Jonasz i Nataniel Weiss, właściciele browaru, z szyldem piwiarni Gumprechta Weissa. Tu również (pod 5-tką) mieszka senior rodu – rentier Gumprecht Weiss, który umrze tu w 1887 roku, w wieku 88 lat.

Nie udało mi się jeszcze ustalić, czy jeszcze za życia Gumprechta, czy zaraz po jego śmierci od Weissów oba budynki (4 i 5) odkupuje mistrz szewski Michał Borzowski (prowadzący swoją pracownię obuwia na ulicy Wrocławskiej 37). Jednak nieruchomości 4 i 5 szybko zmieniają znów właścicieli. Około 1898 roku wędrują one do rąk introligatora Franciszka Wojciechowskiego (?) – 4, zaś 5 nabywa mistrz blacharski Paweł Rajnowski, który jakiś czas prowadzi tu swój zakład. Czwórkę kupuje na krótko Wincenty Welz, którego żoną jest Kazimiera z domu Raczyborska. W jakiś sposób dom tafia do jej brata? Bo nieruchomość sprzedaje znany w mieście mistrz sztukatorski Jan Raczyborski. Piątkę mniej więcej w tym czasie nabywa Władysław Sporny. W tym momencie trójka już od dawna jest w rękach piekarza Józefa Jezierskiego. Odkupuje on czwórkę i piątkę. 

To jedyny, choć krótki okres, gdy wszystkie trzy kolejne nieruchomości znajdują się w jednym ręku. Jezierski odsprzedaje jednak parcele z budynkami. Posesję 3-4 zgodnie z piekarskimi tradycjami nabywa mistrz piekarski Kazimierz Stanny, 5 nabywa jako inwestycję kupiec Suwalski. Uff…

Jakby było mało – właściciel to wcale nie najważniejsza dla historii osoba…


W ludzkiej pamięci nie zawsze jednak utrwalali się sami właściciele budynków, często większą rolę dla mieszkańców dzielnicy odgrywali główni najemcy parterowych lokali. Dawniej chwaliszewskie domki należały głównie do miejscowych rzemieślników i to oni prowadzili swe interesy po prostu „na swoim”. 

Na początku XX wieku stawało się to jednak coraz mniej oczywiste. Kamienice nabywano jako rodzaj inwestycji. Miały przynosić zysk zarówno z wynajętych mieszkań o różnym standardzie, jak i lokali użytkowych. A pamiętajmy Chwaliszewo prowadziło na Tum. Niegdyś była to jedyna droga łącząca Ostrów Tumski z lewobrzeżnym Poznaniem, toteż na tym szlaku świetnie sobie radziły sklepiki, piekarnie, jatki rzeźnickie, piwiarnie, destylacje, restauracje i inne warsztaty usługowe.

Trójka – to wiadomo zawsze piekarnie: Menzla, Hóhna, Smelkowskiego, Jezierskiego, Stannego, a od ok. 1906 roku działa tu też sklep kupca Waldemara Güntera, który sprzedaje na przykład słynną przyprawę Maggi.

Sąsiednie nieruchomości miały mniej szczęścia do stałych najemców, jednak kilku z nich warto wymienić.

Czwórka to przez wiele lat piwiarnia Weissów, warsztat stolarski prowadzi Leon(?) Gutsche, zakład krawiecki Stański, jakiś czas jest też restauracja Wierzbickiego. Wierzbicki miał futro z niedźwiedzia. Wiem, bo w 1910 daje ogłoszenie o jego sprzedaży. 

Pod piątką długo działał warsztat blacharski mistrza Pawła Rajnowskiego, jakiś czas funkcjonowała tu restauracja Piojdy i drogeria Stanisława Jańczewskiego. Zanim jednak zajrzymy do kolejnych chwaliszewskich kamienic, podzielę się jeszcze dwiema opowieściami. 

Zapraszam do czytania kolejnego odcinka, w którym wyjaśnię sprawę serii włamań z roku 1910.


19 października

Zaloty po poznańsku w 1908 roku, czyli o biednych kawalerach i wychudzonych pannach




Przysłała mi dzisiejszego ranka
Taką śpiewkę jedna Poznanianka,
Że jak jąłem w okularach czytać,
To mię z razu chciała kolka chwytać!

Oj! bo ci cięta osa
Ta przepióreczka z prosa!
Co słowo - zamiast piórek
Żądełko a pazurek!



Pisze: "Zbiegła ci ptaszyna w proso -
Nie goń za nią ni w butach, ni boso!
Bo choćby ci buty matka dała.
Poznanianka aniby spojrzała...

O! bo dziś, chłopcze drogi,
Nie wabią bose nogi -
Czy młoda, czy to stara,
Ma golców co niemiara!

Kiedy wyjdziem na ową paradę
Łażą przy nas, kiedy cienie blade -
I choć nogi stawiają jak tyczki,
Każdy chętnie trzyma się spódniczki!

A wszystko obdłużone
I nie stać ich na zonę!
Boć żony - to frykasy
Za drogie na te czasy!

Toć się widzi, jak w Miejskim Ogrodzie
Chodzą sznurem z laseczkami w chłodzie,
A niech która z nas posag dostanie
Zaraz kopa konkurentów stanie!

Bo dzisiaj młody, stary
Do zbycia za talary!
Niech tylko ujrzy złoto
Zaprzeda się z ochotą."

Goniłbym cię, Poznanianko, boso,
Gdybyś była po dawnemu, z kosą
Goniłbym cię, choćby w mróz siarczysty,
Gdybyś miała warkoczyk złocisty!

Oczęta chabry "skrzące"
Serduszko gorejące!
Oj, nie będę się pytał,
Oj! jeno ptaszka chwytał!

Goniłbym cię na wieczne kochanie,  
Gdybyś była nieco grubsza w stanie!
Żeby było za co garścią imać,
Żeby było co przy piersiach trzymać!

Bo dzisiaj - człek nie kłamie -
Strach dotknąć! nuż lilię złamie!
I zamiast kobieciny
zostaną ci... fiszbiny!

Kalendarz Poznański 1908