Kalendarz Poznański 1908
Moja prababcia Marianna osiedliła się w Poznaniu w 1908 roku. Jak wyglądało jej życie? Jaki był też Poznań w tamtych latach? Kim byli ludzie, których spotykała na ulicach tego miasta? Jakie sprawy ich interesowały? Poznaj Poznań lat 1888-1914.
24 października
23 października
22 października
Ślady mąki na cygarach i nocna strzelanina. Chwaliszewo nr 3, 4 i 5 – cz. II
Niedziela 10 kwietnia 1910 roku zapowiadała się pogodnie i słonecznie. Na ulicach widać było przechodniów, którzy zostawili już w domowych szafach ciężkie zimowe futra i palta, a niektóre panie nawet sięgnęły po letnie kapelusze. Zanim jednak mieszkańcy Poznania zdążyli ruszyć tłumnie na wycieczki do podmiejskich ogrodów „firmament w coraz gęstsze począł przyoblekać się chmury, z których zupełnie niespodzianie spadł drobny połączony z gradem.” Nagle miast wiosennej pogody zapanował dokuczliwy chłód, potęgowany jeszcze przez silny wiatr. Niewielu się cieszyło taka pogodą, jednak pan Piojda, restaurator, z pewnością rozpogodził swoje oblicze. – Taka pogoda z pewnością zatrzyma ludzi w mieście, a to dla restauratora oznaczało większy ruch w interesie. I nie omylił się. Z samego rana czekali już na niego stali bywalcy restauracji, mieszczącej się przy chwaliszewskim trakcie pod numerem 5.
– O… zarobimy dzisiaj
– pomyślał zapewne Piojda. W piątek właśnie odbyły się wybory uzupełniające do
rady miejskiej i niespodzianie wygrał kandydat ruchu ludowego, emocje jeszcze nie opadły, więc będzie się sporo dziać w tę niedzielę – restaurator zacierał zapewne ręce w
oczekiwaniu na dobry interes. Wpuścił do
środka marznących w zbyt lekkiej garderobie gości i od razu poczuł niepokój.
Coś się nie zgadzało. Rozejrzał się uważnie.
Na kontuarze leżała przewrócona butelka i wypróżnione do
czysta otwarte pudełko od cygar. Najwyraźniej ktoś lub coś tu grasowało w nocy.
No tak… brakowało kilku butelek wina, likierów, trochę cygar i papierosów. – A niech to. Tu Piojda zaklął szpetnie.
Jakieś 20 marek straty – szybko przeliczył w głowie. – Panowie, nie ruszać mi
tu niczego. Złodziej tu był.
– Panie Piojda –
odezwał się któryś z gości. – Pan tu
masz odciski tego ptaszka na tym pudle. Rzeczywiście. Na wieku pudełka po cygarach widniały widoczne odciski
palców. Podobne ślady widniały też na półkach, na kasetce, w której Piojda
trzymał pieniądze, a którą na szczęście opróżnił poprzedniego wieczora. Stachu,
stały bywalec i sąsiad bezceremonialnie mazgnął paluchem po kontuarze i
posmakował, zanim Piojda zdążył zaprotestować.
– Mąka! – Stachu
stwierdził triumfalnie. – A zatem… chyba mamy złodziejaszka. Tylko który to z
nich?
– Myślisz? – Piojda spojrzał pytająco na sąsiada. Stachu i
kilku gości pokiwało głowami. – Leć Stachu na posterunek. Nie ma co czekać.
Urzędnik kryminalny przybył
pospiesznie. Piojda od razu podzielił się podejrzeniami. Do lokalu zajrzał też
Walter z sąsiedniej restauracji i przybiegł Waldi Günter spod trójki. – U mnie
to już ósmy chyba raz! – sapał podenerwowany Günter. Tyle razy się na niego
sadziłem, robiłem podchody, nocowałem w składzie. I nic. W końcu mamy go! –
Uuuu… u mnie tylko trzy razy, a też nie mogłem wyśledzić tego ptaszka – Walter
aż musiał się przytrzymać się drzwi.
– A może ptaszków? – zapytał
filozoficznie Stachu. O ostatnich włamaniach dużo się gadało, ale najczęściej
straty były niewielkie, więc właściciele okolicznych interesów zwykle machali
ręką i nawet nie zgłaszali kradzieży policji. – Ale teraz… były dowody. I to
jakie!
Mistrz piekarski Kazimierz Stanny
już czekał sfrasowany przed swoją piekarnią. Kazimierzowa, jego żona, bez
ogródek przyglądała się rozwojowi sytuacji z okna na I piętrze domu pod trójką.
Wieści szybko dotarły do zainteresowanych. Pytanie, czy dotarły też do uszu
terminatorów.
– Nie wierzę, że to oni –
westchnął piekarz. – No... ale wysłałem chłopaków po młodzie, by nie szwendali się
tutaj.
– Prowadźcie, Panie Kazimierzu –
urzędnik delikatnie klepnął po ramieniu piekarza. – Im szybciej się z tym
uwiniemy, tym szybciej dojdziemy prawdy.
Sypialnia terminatorów
znajdowała się na zapleczu. Razem z policjantem, do środka weszli oprócz
Stannego, Piojda i Günter. Kazimierzowa z uśmieszkiem niedowierzania patrzyła na gości, stanąwszy w drzwiach
i krzyżując ręce na obfitym biuście.
– Zobaczmy co tu mamy.
Niestety. Pod siennikiem leżały pierwsze
dowody: cygara, papierosy, bibułki. Dalsza rewizja ujawniła też wina, likiery
inne produkty spożywcze i używkowe. – O… to ode mnie – wtrącił Günter.
– Co za wstyd… – załamała ręce
Kazimierzowa. – Co za wstyd… Jak ja ludziom w oczy spojrzę…
Stanny zbladł.
– Już ja im
pokażę, juchty jedne, a z takich uczciwych rodziców… Głową bym ręczył, że to
nie oni…
– Składacie, panowie doniesienie? Trzeba by
spisać dokładnie, co zginęło, kiedy… Dużo tego nie jest… Widać, że chłopcy to
raczej dla siebie…
– Eeee tam… my się z Kazikiem naradzimy, co
dalej z tymi juchtami. Może co lepszego wymyślimy… – Piojda już przeliczył, że
chłopcy zużyli towaru za może dwie marki, resztę się odzyska.
– Już ja ich nauczę moresu. Zakały jedne… –
Kazimierz westchnął. – Niech wpierw odpracują, potem ich na zbity pysk. Ech…
panowie… bierzta co swoje… Walter sprawdź ino, czy to coś twojego się ostało… a
my się naradzim, jak ich ukarać…
– No a ja poczekam na tych
waszych piekarczyków i tak ich trzeba dać do śledczego więzienia. Wyśpiewają
wszystko ptaszki – urzędnik kryminalny wyszedł do piekarni.
20 października
Ślady mąki na cygarach i nocna strzelanina. Chwaliszewo nr 3, 4 i 5 – cz. I
Trzy kolejne chwaliszewskie posesje pod numerami 3, 4 i 5 niegdyś były podobnymi do siebie, niewielkimi domami, zwróconymi szczytami do ulicy Chwaliszewo. Trzy dawne kamieniczki łączyło jednak coś szczególnego – ich losy wciąż się ze sobą dziwnie splatały zarówno poprzez stosunki właścicielskie, ale też różne dziwne przypadki, w których dobrosąsiedzkie stosunki odegrały swoją znaczącą rolę.
Kiszki z kapustą
Później tereny te zostały
zabudowane większymi kamienicami z przeznaczeniem głównie na wynajem. Dziś i po
tamtych budynkach nie ma śladu – zostały zniszczone w czasie II wojny
światowej. Trzy dawne kamieniczki łączyło jednak coś szczególnego – ich losy
wciąż się ze sobą dziwnie splatały zarówno poprzez stosunki właścicielskie, ale
też różne dziwne przypadki, w których dobrosąsiedzkie stosunki odegrały swoją
znaczącą rolę.
A to czwórka i piątka należały do
jednego właściciela, a to ten od trójki wykupił czwórkę i w końcu piątkę, a
potem trójkę i czwórkę kupił inny, tworząc z nich jedną posesję 3-4, a z piątki
powstała już całkiem odrębna kamienica. Zagmatwane nieco, prawda? A jeśli do
tego dodamy ślady mąki, które doprowadzą śledczych z jednej kamienicy do innej,
albo nabój z rewolweru, wystrzelony w lokalu jednej z kamienic, który rani
mieszkańca innej? Może te domostwa miały jednego ducha, jeśliby wierzyć, że
pewne miejsca mają dusze… Ale nie uprzedzajmy faktów… i domysłów…
Fragment fotografii, przedstawiającej ulicę Chwaliszewo w
czasie powodzi 1888 roku – tu widzimy szczytowe domy nr 3 piekarza Antona
Smelkowskiego, nr 4 i nr 5 braci Jonasa i Nathana Weiss, właścicieli
browaru, z szyldem piwiarni Gumprechta Weissa
Skomplikowane kwestie własnościowe
Chwaliszewo Nr3
Trójeczka miała szczęście do
piekarzy. Przez wiele lat należała do Antoniego Smelkowskiego mistrza piekarskiego
i członka bractwa strzeleckiego. Jeszcze w 1879 roku sam Smelkowski mieszkał na
ulicy Szerokiej, zaś parter (o ile nie całość budynku) odnajmował innemu
mistrzowi piekarskiemu Gustawowi Menzlowi. Piekarz Menzel umiera w 1882 roku, i
wtedy, najprawdopodobniej Smelkowski decyduje się sam poprowadzić tutejszą
piekarnię. W 1903 roku umiera sam Smelkowski, a budynek przechodzi w ręce
Józefa Jezierskiego, a jakże także mistrza piekarskiego. Domyślacie się, jakiej
profesji był kolejny właściciel trójki pan Kazimierz Stanny?
Chwaliszewo Nr 4 i 5
Czwóreczka i Piątka miały
szczęście do piwiarni, restauracji, był i warsztat blacharski, a także skład
kolonialny i drogeria. Długi czas tymi nieruchomościami zawiadywali bracia (?) Weissowie: Jonasz i Nataniel Weiss, właściciele browaru, z szyldem piwiarni Gumprechta Weissa. Tu również (pod 5-tką) mieszka senior rodu – rentier Gumprecht Weiss, który umrze tu w 1887 roku, w wieku 88 lat.
kolonialny i drogeria. Długi czas tymi nieruchomościami zawiadywali bracia (?) Weissowie: Jonasz i Nataniel Weiss, właściciele browaru, z szyldem piwiarni Gumprechta Weissa. Tu również (pod 5-tką) mieszka senior rodu – rentier Gumprecht Weiss, który umrze tu w 1887 roku, w wieku 88 lat.
Nie udało mi się jeszcze ustalić,
czy jeszcze za życia Gumprechta, czy zaraz po jego śmierci od Weissów oba
budynki (4 i 5) odkupuje mistrz szewski Michał Borzowski (prowadzący swoją
pracownię obuwia na ulicy Wrocławskiej 37). Jednak nieruchomości 4 i 5 szybko
zmieniają znów właścicieli. Około 1898 roku wędrują one do rąk introligatora
Franciszka Wojciechowskiego (?) – 4, zaś 5 nabywa mistrz blacharski Paweł
Rajnowski, który jakiś czas prowadzi tu swój zakład. Czwórkę kupuje na krótko
Wincenty Welz, którego żoną jest Kazimiera z domu Raczyborska. W jakiś sposób
dom tafia do jej brata? Bo nieruchomość sprzedaje znany w mieście mistrz
sztukatorski Jan Raczyborski. Piątkę mniej więcej w tym czasie nabywa Władysław
Sporny. W tym momencie trójka już od dawna jest w rękach piekarza Józefa
Jezierskiego. Odkupuje on czwórkę i piątkę.
To jedyny, choć krótki okres, gdy
wszystkie trzy kolejne nieruchomości znajdują się w jednym ręku. Jezierski odsprzedaje
jednak parcele z budynkami. Posesję 3-4 zgodnie z piekarskimi tradycjami nabywa
mistrz piekarski Kazimierz Stanny, 5 nabywa jako inwestycję kupiec Suwalski. Uff…
Jakby było mało – właściciel to wcale nie najważniejsza dla historii osoba…
W ludzkiej pamięci nie zawsze
jednak utrwalali się sami właściciele budynków, często większą rolę dla
mieszkańców dzielnicy odgrywali główni najemcy parterowych lokali. Dawniej chwaliszewskie
domki należały głównie do miejscowych rzemieślników i to oni prowadzili swe
interesy po prostu „na swoim”.
Na początku XX wieku stawało się
to jednak coraz mniej oczywiste. Kamienice nabywano jako rodzaj inwestycji. Miały
przynosić zysk zarówno z wynajętych mieszkań o różnym standardzie, jak i lokali
użytkowych. A pamiętajmy Chwaliszewo prowadziło na Tum. Niegdyś była to jedyna
droga łącząca Ostrów Tumski z lewobrzeżnym Poznaniem, toteż na tym szlaku
świetnie sobie radziły sklepiki, piekarnie, jatki rzeźnickie, piwiarnie,
destylacje, restauracje i inne warsztaty usługowe.
Trójka – to wiadomo zawsze
piekarnie: Menzla, Hóhna, Smelkowskiego, Jezierskiego, Stannego, a od ok. 1906
roku działa tu też sklep kupca Waldemara Güntera, który sprzedaje na przykład
słynną przyprawę Maggi.
Sąsiednie nieruchomości miały
mniej szczęścia do stałych najemców, jednak kilku z nich warto wymienić.
Czwórka to przez wiele lat
piwiarnia Weissów, warsztat stolarski prowadzi Leon(?) Gutsche, zakład
krawiecki Stański, jakiś czas jest też restauracja Wierzbickiego. Wierzbicki
miał futro z niedźwiedzia. Wiem, bo w 1910 daje ogłoszenie o jego sprzedaży.
Pod piątką długo działał warsztat
blacharski mistrza Pawła Rajnowskiego, jakiś czas funkcjonowała tu restauracja
Piojdy i drogeria Stanisława Jańczewskiego. Zanim jednak zajrzymy do kolejnych chwaliszewskich kamienic, podzielę się jeszcze dwiema opowieściami.
Zapraszam do czytania kolejnego odcinka, w którym wyjaśnię sprawę serii
włamań z roku 1910.
19 października
Zaloty po poznańsku w 1908 roku, czyli o biednych kawalerach i wychudzonych pannach
Przysłała mi dzisiejszego rankaTaką śpiewkę jedna Poznanianka,Że jak jąłem w okularach czytać,To mię z razu chciała kolka chwytać!
Oj! bo ci cięta osaTa przepióreczka z prosa!Co słowo - zamiast piórekŻądełko a pazurek!
Pisze: "Zbiegła ci ptaszyna w proso -Nie goń za nią ni w butach, ni boso!Bo choćby ci buty matka dała.Poznanianka aniby spojrzała...
O! bo dziś, chłopcze drogi,Nie wabią bose nogi -Czy młoda, czy to stara,Ma golców co niemiara!
Kiedy wyjdziem na ową paradęŁażą przy nas, kiedy cienie blade -I choć nogi stawiają jak tyczki,Każdy chętnie trzyma się spódniczki!
A wszystko obdłużoneI nie stać ich na zonę!Boć żony - to frykasyZa drogie na te czasy!
Toć się widzi, jak w Miejskim OgrodzieChodzą sznurem z laseczkami w chłodzie,A niech która z nas posag dostanieZaraz kopa konkurentów stanie!
Bo dzisiaj młody, staryDo zbycia za talary!Niech tylko ujrzy złotoZaprzeda się z ochotą."
Goniłbym cię, Poznanianko, boso,Gdybyś była po dawnemu, z kosąGoniłbym cię, choćby w mróz siarczysty,Gdybyś miała warkoczyk złocisty!
Oczęta chabry "skrzące"Serduszko gorejące!Oj, nie będę się pytał,Oj! jeno ptaszka chwytał!
Goniłbym cię na wieczne kochanie,Gdybyś była nieco grubsza w stanie!Żeby było za co garścią imać,Żeby było co przy piersiach trzymać!
Bo dzisiaj - człek nie kłamie -Strach dotknąć! nuż lilię złamie!I zamiast kobiecinyzostaną ci... fiszbiny!
Kalendarz Poznański 1908
Subskrybuj:
Posty (Atom)






