01 listopada

Na groby! – Jak Poznaniacy świętowali Wszystkich Świętych i Zaduszki na przełomie XIX i XX wieku?




„Na groby!” – takim zawołaniem często zaczynały się informacje w poznańskich gazetach, zapowiadające przebieg ceremonii na poznańskich cmentarzach. Oszczędni zazwyczaj Poznaniacy w tym dniu nie skąpili akurat pieniędzy, aby iluminacja cmentarzy wypadła wyjątkowo wspaniale. Jak podawał „Dziennik Poznański” w 1890 roku tradycja zapalania świec na grobach pochodziła z Królestwa Polskiego: „Piękny ten zwyczaj warszawski, jak wiadomo, dopiero od mniej więcej lat 10 u nas się przyjął”.

Zasłużeni

Wspominano nie tylko najbliższych, ale odwiedzano również groby zasłużonych dla miasta. „Nie zapomniano także przy tej sposobności – donosił Dziennik Poznański w 1895 roku – o grobach naszych zasłużonych mężów, jak Karola Marcinkowskiego i innych i groby ich rzęsiście oświetlono. Czcić pamięć zasłużonych mężów, czcić pamięć zmarłych, to rzecz bardzo piękna i tego też społeczeństwo nasze przestrzega”.

Procesja Zaduszna i wymianki

Centralnym wydarzeniem dla Polaków był procesja zaduszna, odbywająca się w wigilię Zaduszek, czyli 1 listopada. Brały w niej udział niezliczone tłumy mieszkańców całego miasta. Na przykład, jak podawała prasa w 1885 roku – w uroczystości brało udział około 10 tysięcy ludzi, a w 1903 roku Postęp zauważał: „narodu z całego miasta zgromadziło się na tysiące, że cała Śródka prawie pełną była”.
Ceremonia zaczynała się po południu po nieszporach uroczystymi egzekwiami, odprawianymi w katedrze. Następnie z kościoła parafialnego świętej Małgorzaty (kościoła pofilipińskiego na Śródce) ruszała procesja żałobna na cmentarz świętego Jana. Był to cmentarz parafii tumskiej, położony za bramą Warszawską. Po drodze śpiewano zaduszne pieśni, na miejscu, z tymczasowej ambony księża wygłaszali mowy żałobne, a uroczystość kończyła się poświęceniem grobów, modlitwami za umarłych oraz odśpiewaniem „Witaj Królowo” lub „Serdeczna Matko”.
W same Zaduszki zaś w kościołach odczytywane były wymianki, nazywane też tutaj wymieniankami, czyli wypominki – modlitwy połączone z wyczytywaniem imion zmarłych.

Zabaw z tańcami nie wolno odprawiać

31 października większość niemieckiej ludności Poznania obchodziła Dzień Reformacji. „ Dziś obchodzą Niemcy – lutrzy tak zwane święto reformacyjne, tj. założenia luterskiego wyznania. W dniu tym przed laty 391 Marcin Luther wystąpił z Kościoła katolickiego i przybił na drzwiach kościoła zamkowego w Wittenbergu, gdzie był mnichem 95 tez, w których otwarcie zerwał z wiarą katolicką, a ugruntował wyznanie ewangelickie W Poznaniu ze względu na polską katolicką ludność, obchodzą tutejsi lutrzy, przeważnie urzędnicy, ten dzień uroczyście w zborach nabożeństwami. Dzieci luterskie są od nauki szkolnej zwolnione, a także i nauczyciele, a również katolickie dzieci mimowolnie świętują.” – zauważał w 1908 roku Postęp.
Co ciekawe, jak donosił w 1901 roku  Dziennik Poznański w czasie tych dni obowiązywało rozporządzenie zabraniające organizowania hucznych imprez: Zabaw z tańcami ani prywatnych ani publicznych nie wolno odprawiać […] w dzień Wszystkich Świętych i w dzień Zaduszny. Oprócz tego zakazano w dzień Zaduszny publicznych przedstawień i zabaw publicznych, dozwolone są tylko oratorya itp.” Pewną ciekawostką niech będzie fakt, że już w 1902 roku właśnie 1 i 2 listopada można było zobaczyć w Poznaniu w sali Teatru Apollo przedstawienie pasyjne w „stylu przedstawień obermergauskich”. Chrystusa przedstawiał Leopold Peterka, pod którego kierownictwem odbyły się przedstawienia. Peterka był znanym przedsiębiorcą teatralnym, który podobne przedstawienia pasyjne organizował w wielu miastach (w 1897 roku na przykład we Lwowie). Widowiska odbywały się na wzór Oberammergau, znanego bawarskiego miasteczka, słynnego z wystawianego tam Misterium Męki Pańskiej. Jak zapewniano redaktorów Dziennika Poznańskiego w przedstawieniu nie zachodziło „nic trywialnego, co by razić mogło uczucia katolickie. Dla zachowania powagi nawet wszelkie oklaski są wykluczone”. Ponadto już w Wigilię uroczystości Wszystkich Świętych poszczono i wstrzymywano się od mięsnych potraw.

Iluminacje cmentarne 

Wieczorem 1 listopada Poznaniacy nawiedzali groby bliskich na pozostałych poznańskich cmentarzach. Światełka i lampki kupowano przede wszystkim w ówczesnych drogeriach. Szczególnie Centralna Drogeria Czepczyńskiego (Stary Rynek) , „Uniwersum” Śniegockiego (ulica Rycerska), Nowa Drogeria Chmielewskiego (ulica Wrocławska) i Drogeria Chwaliszewska Offierskiego chwaliły się ich dużym wyborem. Kazimierz Chmielewski polecał także lampki Posnania, palące się 6-8 godzin. Na grobach palono także świeczki, szczególnie tzw. stoczki, czyli cieniutkie świece, zwinięte w charakterystyczny walec, który zapewniał dłuższy czas palenia się. Popularne były kolorowe cylinderki żelatynowe i papierowe, do których wkładano płaskie świeczki, lampki żelatynowe,papierowe i szklane

Bywało, że pieniądze przeznaczane na świece, przekazywano jednak na cele dobroczynne.

Groby strojono również zielenią i kwiatami. Wieńce i dekoracje kwiatowe polecał  Jan Kabat (Półwiejska i Święty Marcin).


„Wieczorem zajaśniały groby świecami i lampkami białemi i kolorowemi, a widok niektórych był prześliczny” [ DZIENNIK POZNAŃSKI 1890]

„Przyjęty u nas od lat kilkunastu zwyczaj oświetlania w dniu tym grobów cmentarnych ogarnął już teraz wszystkie koła naszego społeczeństwa i nic ich zapewne z tej drogi nie sprowadzi. Na którykolwiek udano się wczoraj cmentarz – a mamy ich przecież w okolicy Poznania dziewięć – wszędzie przedstawiał się oczom naszym wspaniały widok. Z bardzo małemi wyjątkami oświetlone były na cmentarzach prawie wszystkie groby, począwszy od najbogatszych, a skończywszy na najbiedniejszych rodzinach, tak że z daleka przedstawiały one jakoby jedno morze świateł. Ruch przy tem wieczorem był nadzwyczaj wielki, szczególnie na cmentarzu św.marcińskim nie można się było formalnie przecisnąć. [ DZIENNIK POZNAŃSKI 1895]

„Groby na cmentarzu tumskim były bardzo ładnie udekorowane i iluminowane. Również i na wszystkich innych cmentarzach pysznie iluminacja wypadła. Publiczności na wszystkich cmentarzach było bardzo dużo, która zanosiła modły za spoczywających w grobach dziadów i pradziadów naszych.” [Postęp, 1900 r. ]

„Cmentarze nasze, dzięki pięknej pogodzie, były wczoraj przepełnione publicznością. Wielu podążyło na nie dla zwyczaju, ale przeważająca większość, by łzę uronić nad mogiłami, kryjącymi zwłoki drogich osób. Na wszystkich siedmiu (!) cmentarzach groby, z nielicznymi tylko wyjątkami, zapłonęły światłem. Niektóre odznaczały się piękną i kosztowną dekoracją, a wyróżniał się pod tym względem mianowicie cmentarz świętomarciński (stary). A na tym cmentarzu podziwiano ogólnie na grobowcu Cegielskich postawione świeżo pomniki nieodżałowanej ś. Pamięci Hipolita Cegielskiego i jego małżonki, przeniesione na cmentarz z ogrodu przy ul. Podgórnej. Tam odnowione, są dziś prawdziwą ozdobą na cmentarzu.” [ DZIENNIK POZNAŃSKI 1900]


„Iluminacja grobów […] przedstawiała wspaniały widok. Łuna światła biła pod same niebiosa”. [Postęp 1901]
„Na grobach jaśniało tyle świateł, że z daleka widać było nad cmentarzami łuny czerwone od świateł”. [ KURIER POZNAŃSKI 1903]
„Na grobach zajaśniały przed wieczorem liczne i rozmaitego gatunku światła, które po zachodzie słońca na niebie zachmurzonem prawie łuną znacznego pożaru się odbijały”. [Orędownik 1904]

„Poznańskie cmentarze […] ze zmierzchem zajaśniały wielką łuną bijącą wysoko w górę od mnóstwa świec i lampek, założonych na grobach. Miejsca wiecznego spoczynku zaroiły się od żywych i zwykła cisza cmentarna przerwana była ruchem i życiem. Na mogiłach swych drogich zanoszono modły ku niebu.” [Postęp 1906]
„Wszystkie inne cmentarze [oprócz świętojańskiego], mianowicie stary farny, stary świętomarciński, nowy farny, nowy świętomarciński i św. Wojciecha nad szosą winiarską zaległy nieprzeliczone tłumy publiczności. Wszędzie groby jaśniały łuną świateł. Pogoda sprzyjała odwiedzającym groby, to też do wieczora panował na drogach podmiejskich ruch ożywiony”. [ KURIER POZNAŃSKI 1906]

„W dniu wczorajszym po południu we wszystkich kościołach odbyły się uroczyste nabożeństwa żałobne przy licznie zebranych wiernych za dusze zmarłe. Z nastaniem zmierzchu na wszystkich cmentarzach katolickich zajaśniało na grobach rzęsiste światło, i wszędzie po cmentarzach uwijały się tłumy publiczności mimo mokrego powietrza. Były to istne pielgrzymki ludów do miejsc świętych. Nadto na wielu grobach złożono piękne wieńce, czcząc przez to pamięć swych najbliższych krewnych lub znajomych. Ile tam rzewnych modłów i cichych westchnień popłynęło wraz z światłem bijącym do góry ku niebu, któżby zliczył? Było to prawdziwe święto umarłych, gdyż miejsca wiecznego spoczynku zwykle puste i spokojne zawrzały wczoraj ożywionem życiem.” [Postęp 1907]




30 października

Sven Hedin w Poznaniu, czyli geograficzne zainteresowania Poznaniaków






Na początku XX wieku wielu Poznaniaków interesowało się geografią. Trudno się temu dziwić, zważywszy, że był to czas wielu odkryć naukowych, ekscentrycznych wypraw, okraszonych szokującymi nieraz relacjami z egzotycznych i dotychczas bezimiennych miejsc na mapach. Coraz to nowsze i szybsze środki transportu (automobile, balony, nowoczesne okręty, pierwsze samoloty) pozwalają dotrzeć do nieznanych dotąd zakątków świata. Upowszechnia się fotografia, rozwija się kino. Poznańskie gazety są też pełne rożnych ciekawostek z dalekiego świata, a za pośrednictwem kinematografów można w końcu odbyć dalekie, choć wirtualne, podróże, prowadzące widzów nawet na odległe kontynenty, uczestniczyć w ważnych światowych wydarzeniach, a nawet zobaczyć skutki okropnych katastrof, takich jak trzęsienia ziemi, tajfuny, wybuchy wulkanów. Książki przygodowe i relacje obieżyświatów sprzedają się jak świeże bułeczki. Czytają je, zarumienieni od emocji mali chłopcy (inna sprawa, że potem niejeden ucieka z domu, marząc o uwikłaniu się w jakąś niebezpieczną awanturę), ale sięgają po nie też zaintrygowani dorośli. Zainteresowanie dalekim światem objawia się zarówno poprzez oglądanie egzotycznych przybyszów z odległych stron w tanich jarmarcznych budach, podczas występów odwiedzających miasto cyrków, w nieustającej popularności kinematografów, które oferowały pokazy "świetlnych, ruszających się fotografii", ale także w czasie bardziej poważnych wystaw, obrazujących na przykład życie na Biegunie Północnym, czy cyklów wykładów, poświęconych geografii. 

Wyjątkowe miejsce wśród tych form spędzania wolnego czasu przez poznańską publiczność, zajmowały bezpośrednie spotkania z podróżnikami. W tamtych czasach takie wykłady stanowiły zarówno rozrywkę dla ciekawej publiki, ale i były formą zarabiania ówczesnych eksploratorów na dalsze wyprawy, badania, wydania książek. Dla przykładu w listopadzie 1909 roku Poznań odwiedził sam Sven Hedin, szwedzki podróżnik i geograf, aby opowiedzieć Poznaniakom o swojej wyprawie do Tybetu. 



Sven Anders Hedin, urodzony 19 lutego 1865 w Sztokholmie, wsławił się głównie jako autor pierwszych szczegółowych map Pamiru, pustyni Takla Makan, Tybetu i Himalajów. Zajmował się również badaniem Jedwabnego Szlaku. W 1909 roku właśnie wrócił ze swojej kolejnej wyprawy. W latach 1905–1909 zdecydował się on bowiem na przejście przez Persję i Indie Brytyjskie do Tybetu. Przypisuje się mu pierwsze w historii badania Transhimalajów (nawet nazywanych później przez jakiś czas Górami Hedina, odkrycie źródeł Brahmaputry, Indusu i Satledźu. 

Nie były to jednak jego jedyne doświadczenia. Wcześniej podczas jednej wypraw odkrył ruiny starożytnego miasta Loulan, docierając nawet do Pekinu. Był też jednym z prekursorów wypraw wysokogórskich, a podczas ataku na szczyt Muztagh Ata osiągnął wysokość 6300 m n.p.m., jednak musiał zawrócić z powodu choroby górskiej. W latach 1899-1902 przeszedł przez Takla Makan aż do Tybetu, a nawet w próbował w przebraniu buddyjskiego mnicha dotrzeć do Lhasy, co niestety zakończyło się niepowiedzeniem. 

Jak widać, życie ówczesnego geografa, bynajmniej nie należało do nudnych. Już w 1902 roku za swe zasługi otrzymał nobilitację, ostatnią przyznaną przez szwedzkiego monarchę. Trudno się zatem dziwić, że wizyta Svena Hedina w Poznaniu wzbudziła spore zainteresowanie, chociaż bilety na spotkanie w Teatrze Apollo były dość drogie. 
Postęp z 3 grudnia 1909 roku tak relacjonował wydarzenie: „W mieście naszem miał przedwczoraj wykład słynny podróżnik szwedzki do nieznanego i niezbadanego kraju tybetańskiego w centralnej Azyi, Sven Hedin. Odczyt odbył się na sali »Apollo« teatru. Sala była zapełniona po brzegi, choć bilety były droższe, jak do teatru polskiego, bo miejsce ostatnie kosztowało 2 mr. Sven Hedin opowiadał przez półtory godziny swą niezwykłą podróż i wiele ciekawych szczegółów przytoczył ze swej podróży, która była ryzykowna i niebezpieczna. Podróż ta, trwała dwa lata, a kosztowała 130 tys. koron szwedzkich. Podróżował on w takim kraju, że przez blizko trzy miesiące nie natrafiono na żadnego człowieka. Zabrał on ze sobą 130 zwierząt tj. koni i mułów i 26 ludzi. Ze zwierząt pozostało mu po trzech miesiącach tylko 6. Odkrył on najwyższe góry na świecie, które są wyższe o 1000 metrów ponad szczyt najwyższej góry europejskiej Montblank.” Wykład był ilustrowany licznymi „fotografiami świetlnymi”. 

Kurjer Poznański apelował przed spotkaniem do pań: „Panie uprasza się, by kapelusze przed wejściem na salę składać zechciały w garderobie”. W tym czasie kapelusze osiągały bowiem tak monstrualne rozmiary, że stały się istną plagą wszelkiego rodzaju imprez towarzyskich. Nawoływano zatem do zdejmowania ich w teatrze, w kinematografach, czy jak widać podczas wykładów naukowych. 
Sven zainteresował publiczność poznańską na tyle, że już w na początku 1910 roku odwiedził miasto powtórnie. W lutym 1910 roku Poznaniacy mogli przysłuchiwać się jego opowieści o podróży do Indii w Sali Akademii Poznańskiej.





02 sierpnia

Chwaliszewo 6 – zapach rzeki, aromat cygar, chleba i restauracja pod Złotym Jeleniem. Część II: Piekarska scheda

W 1905 roku od wdowy Elekeles posesję wraz z domem nabywa chwaliszewski mistrz piekarski Stanisław Wyrembecki. Nowy nabywca mieszka niedaleko, ale pod numer szósty przeprowadza się dopiero kilka lat później – w 1910 roku i będzie mieszkać tutaj aż do swej śmierci w 1931 roku. Wyrembeccy to znany ród piekarski. Na pewno fachem tym parał się już ojciec Stanisława – Andrzej, pochodzący z Bolechowa, a osiadły na Chwaliszewie od 1878 roku (pod numerem 28, później przemianowanym na 27). To on trafił w 1877 roku na listę piekarzy, wypiekających największe bochny w Poznaniu. Za 1 Złotego Polskiego, jak podaje Goniec Wielkopolski, można było u Wyrembeckiego kupić aż dwuipółkilogramowy okaz chleba. „Przegrał” jedynie z innym mistrzem, też z Chwaliszewa, Janem Schenkiem, który oferował za tę samą cenę bochen cięższy o 250g! Wiecie, ile dziś waży przeciętny bochenek? Może jednak lepiej pozostać w błogiej nieświadomości? 

Ojciec Stanisława nie dożył jednak pamiętnej powodzi, zmarł bowiem pięć lat wcześniej w 1883 roku w wieku 53 lat. Tradycje piekarskie były jednak kontynuowane w rodzinie. W ślady ojca poszedł nie tylko najstarszy syn – Stanisław, ale również jego bracia: Edward (zmarł młodo w wieku 27 lat), Nikodem (prowadził piekarnię pod rodzinnym adresem Chwaliszewo 27) oraz Feliks, który wyjechał do Berlina. Za piekarza (Józefa Hoffmanna) wyszła za mąż też siostra Stanisława – Domicella. Hoffmannowie zamieszkali w Głównej. Trudno się dziwić, konkurencja piekarska na Chwaliszewie była spora. 

Wróćmy jednak do Stanisława. Musiał mieć szumną młodość, skoro ojciec w 1881 roku na łamach Dziennika Poznańskiego postanowił przestrzec przed zaciąganiem długów przez 18-letniego Stasia. Czy młodocianego Wyrembeckiego zafascynowały karty, będące w tamtych czasach przyczyną wielu nieszczęść, czy przyczyną niefrasobliwie zaciągniętych długów były inne niedojrzałe zachcianki – tego dziś nie rozstrzygniemy. Może dlatego na ojcowiźnie, czyli w piekarni ojcowskiej, przy Chwaliszewie pod numerem 27 został młodszy Nikodem? Tam mieszka też ich matka Emilia, wdowa po Andrzeju. Dopiero po jej śmierci bracia dzielą chyba rodzinny majątek. Nikodem zostaje pod numerem 27, dokupuje kamienicę od miejscowego rzeźnika i buduje większą kamienicę z piekarnią. Stanisław kupuje natomiast posesję bliżej mostu. 



Stanisław, wprowadzając się pod szóstkę jest już ustatkowanym, żonatym od lat mistrzem piekarskim. Jego żona Marta pochodziła z Gniewkowa z okolic Inowrocławia. W 1912 roku ich jedyna córka Helena wychodzi za mąż za lekarza Bolesława Wilanda. Dwa lata później Stanisław z Martą obchodzą hucznie srebrne gody. Kamienica jest w posiadaniu rodziny do śmierci Stanisława w 1931 roku. Wyrembecki umiera w Gnieźnie, gdzie zapewne gościł u swej córki i zięcia. Kamienica trafi zaś w kolejne ręce. Niemniej ciekawe są losy samych mieszkańców i najemców lokali w kamieniczce pod numerem szóstym. 

Cdn… 

01 sierpnia

Chwaliszewo 6 – zapach rzeki, aromat cygar, chleba i restauracja pod Złotym Jeleniem. Część I: Elkelesowie i szczypinosy



Oto kolejne, nieistniejące miejsce na mapie Chwaliszewa. Następny dom, który nie miał szczęścia przetrwać do dzisiejszych czasów. Zajrzyjmy jednak w te okolice po raz kolejny… może gdzieś tam błąkają się jeszcze cienie mieszkańców kamienicy spod chwaliszewskiej szóstki.

Mamy rok 1888, marzec, może początek kwietnia. Poznań znów nawiedziła Wielka Powódź. Ulica Chwaliszewska zamienia się w rwącą rzekę. Do wielu domów nie ma innego dostępu, jak za pośrednictwem łodzi. Gdzieniegdzie udaje się zbudować drewniane pomosty, pozwalające przemieścić się choćby do sąsiedniego budynku.

Spójrzmy na fragment tego zdjęcia. Przy pomoście wzniesionym wzdłuż budynków z lewej strony widać mężczyznę z długim drągiem. Tak to czółno, najprawdopodobniej jedna z rybackich szkut, jakich zwykle wiele cumuje pod mostem chwaliszewskim. W prawie każdym tutejszym domu mieszkają też rybacy. Rzeka ich żywi, ale Warta bywa okrutna. Teraz wdziera się przemocą do piwnic, zabiera dobytek, odcinając wyspę od reszty świata. Uwijają się w pocie czoła szkuciarze, dowożąc żywność i potrzebne rzeczy. Nie każdy chce opuścić swe mieszkanie. O swe mienie martwią się też właściciele budynków i najemcy parterowych składzików, piekarni, destylacji i warsztatów.

Z okna na parterze domku pod szóstką też się ktoś wychyla. Dom, podobnie jak te w sąsiedztwie, kalenicą jest zwrócony ku ulicy. Pyszni się z daleka ceglaną dachówka, którą właściciel pokrył poszycie. I cóż z tego… teraz woda idzie z dołu ku górze… Żadna pociecha, że dach szczelny… woda i tak zaczyna się panoszyć…

Wyglądająca przez okno postać jednak nie ucieka. Może czeka na wieści, przywiezione przez właściciela czółna? Może czeka na chleb? A może czeka na bliskich, z którymi nie wiadomo, co się stało? Na pomoście też krzątają się dwie postacie. Może to pan Chojnacki, któremu powódź zniszczyła całe wyposażenie składu cygar? Nawet to, co się udało uratować i zanieść wyżej , przesiąkło wilgocią. Mokry tytoń paskudnie zalatuje, ale jeszcze gorzej cuchnie rzeka, która niespiesznie opada. Ponoć na Weneckiej zapadło się domostwo, runął jeden z domów, w gruzach zginęło półroczne niemowlę, a ludzie w desperacji siedzą na dachach. Nie wszyscy chcą się przenosić do baraków, które pośpiesznie przygotował magistrat. Mówią, że sama cesarzowa Wiktoria osobiście przyjeździe pocieszać podtopieńców. I cóż z tego… Przyjedzie, napatrzy się ludzkiego nieszczęścia i wróci do swych pałaców, tych swoich atłasowych poduszek i adamaszków, a tu domy podeszłe wilgocią, stęchlizna znów wgryzie się w mury, nie daj Boże jeszcze jaka choroba z tej rzeki przyjdzie…

------------------

Właścicielem kamieniczki był żydowski fryzjer Wolff Elkeles. Czy stan budowli po powodzi tak nadwyrężył jego zdrowie, czy zmogła go epidemia tyfusu, która nawiedziła Poznań po tragedii? Elkeles zmarł pół roku później , w październiku 1888. Domek odziedziczył? wykupił? jego syn – Rehfeld Elkeles, znany zegarmistrz i optyk. Być może nieruchomość była zadłużona, bo jeszcze w 1889 roku miała iść na subhastę, czyli mówiąc bardziej współcześnie – miała po prostu zostać zlicytowana. Szóstka zostaje jednak w rodzinie Elkelesów.


W swoim sklepie na Placu św. Piotra Rehfeld prowadził sprzedaż genewskich złotych i srebrnych zegarków. Powodzeniem cieszyły się także jego sejfy. A co najważniejsze – tu można też nabyć okulary i pince-nezy. Te ostatnie to binokle, okulary bez uchwytów, a które trzymały się na nosie za pomocą specjalnie wygiętego, sprężynującego elementu, który jednocześnie łączył szkła. Pince-nezy posiadały z jednej strony oczko, aby można było przymocować je za pomocą rzemyczka lub ozdobnego łańcuszka do kamizelki bądź do paska sukni. Świetnie mechanizm binokli oddaje ich francuska nazwa – w wolnym tłumaczeniu pince-nez to szczypi-nos. Z niemieckiego nazywane były także cwikierami (Zwicker).


Interes na szwajcarskich zegarkach, sejfach i okularach najwidoczniej idzie całkiem dobrze, bo Elkeles nie sprzedaje chwaliszewskiej nieruchomości do końca swojego życia w 1902 roku. Sam Rehfeld nie mieszka jednak na Chwaliszewie, ale na bardziej reprezentacyjnej Fryderykowskiej. Prawdopodobnie jednak stawia na chwaliszewskiej, wąskiej parceli nowy budynek, bo w ogłoszeniu z 1897 roku wspomina się jednak o nowej budowli.


Nadal mieszka tu niewiele rodzin, co wskazywałoby, że na początku XX wieku jest jedną z nielicznych parceli przy ulicy Chwaliszewo, której nie zajmuje jednak wysoka, czteropiętrowa kamienica. Nieruchomość jeszcze kilka lat pozostaje pod zarządem wdowy – Reginy Eskeles. Wraz ze zmianą właściciela... zapachnie tu świeżym chlebem...

cdn.


20 lipca

Garnki i butelki czyli Polterabend po poznańsku



Poznaniacy, jak donosiły poznańskie gazety, przyjmowali czasem za swoje niektóre z niemieckich zwyczajów. Jeden z redaktorów "Orędownika", codziennej miejscowej gazety, utyskiwał na takie bezmyślne zapożyczenia z kultury ówczesnego zaborcy, tym bardziej, gdy młodzi ludzie nie tylko bezkrytycznie zaprowadzali nowe porządki, ale niestety też przesadzali. Takim niezwykle hałaśliwym obrzędem było tłuczenie garnków w przeddzień wesela przed domem rodziców panny młodej. W sierpniu 1911 przyszli weselnicy nieco przesadzili na Świętym Wojciechu. Zazwyczaj "gawiedź uliczna zwykła przed mieszkaniem rodziców młodej panny tłuc garnki i tym podobne przedmioty dla zadokumentowania na zewnątrz uroczystości weselnej." Tym razem zgromadzeni tam chłopcy trochę za bardzo przejęli się rolą: "Kilkunastu wyrostków zadokumentowało odbywającą się tam uroczystość przedweselną w sposób trochę za wyraźny, posługując się nie tylko garnkami, lecz i butelkami i jeszcze niebezpieczniejszymi przedmiotami, przy czym powybijali prawie wszystkie szyby w oknach". Wobec tego młoda para wraz z gośćmi zniewoloną była schronić się do tylnych ubikacji, a dalszym wybrykom z ulicy położyła kres policja". 
#wesele#ślub #zwyczajeweselne #obyczajowośćpoznańska #ŚwiętyWojciech






18 lipca

Sezon na owoce - dlaczego prababcia nigdy nie jadła owoców ze skórką

Czy Wasze babcie też obierały Wam jabłuszka? Na pewno robiła to i prababcia, szczególnie jeśli wyczytała w gazecie, że: "Na czasie. Nadchodzi obecnie pora, w której owoc dojrzewa. Uwagę więc zwrócić należy na to, że baczyć trzeba, aby owoc zjadać tylko okrojony z pokrycia. Na gruszkach i jabłkach bowiem znajdują się często czarne ostre plamki, na które nikt nie zważa, a które przecież są powodem różnych dolegliwości żołądka. Stwierdzono bowiem, że plamki te to początki grzyba, szkodliwego organizmowi ludzkiemu. " Tak przynajmniej ostrzegał "Goniec Wielkopolski" w 1900 roku. Podobnie do ostrugiwania owoców nawoływał "Postęp" strasząc "osadami małych ustrojów grzybowych, wpływających na przyrządy trawienia". 



05 lipca

W Poznaniu najlepsze czereśnie są na Starym Rynku. Marianna lubi je tylko lipcową porą.

Poznańskie rojbry obżerające się owocami na ulicach i co gorsza plujące pestkami czereśni czy wiśni wprost na ulicę - to chyba nie był wcale odosobniony widok. Nieco pocieszające, że takimi niewybrednymi manierami wykazywali się także mieszkańcy innych miast, nawet uchodzący za wzór schludności Berlińczycy.







Policja przestrzegała nawet przed procesami "o poranienie" ofiar poślizgu na takiej wyplutej pestce... A jak się okazuje... nie tylko dzieci pluły pestkami





Jakby Was przez przypadek przeniosło w czasie, to pamiętajcie, by patrzeć pod nogi...



29 marca

Podczas przygotowań do świąt

- Wynoś mi się na miasto! bo przeszkadzasz w pieczeniu ciasta! - O, złote serce, żebyś ty tak chciała co dzień piec ciasto!

26 marca

Wielkanoc za pasem!

"Z warsztatu rzeźnickiego przy Jezuickiej ulicy 4 skradziono 50 funtów kiełbasy. Wielkanoc za pasem!" - informuje czasopismo Postęp w marcu 1901 roku.




Także na FB:

25 marca

Proszę mi tu nie chuchać, proszę Pana


Nawet najlepsze tytonie tureckie by nie pomogły, jakby mi Pan tak chuchał tymi papierosami "Dubec", proszę Pana.



Ten post również na FB:





24 marca

Gdy Goplana zwała się Gondą...

















Kto dziś pamięta, że Fabryka Czekolady Goplana dawniej nazywała się GONDA? O oficjalnej zmianie informowała fabryka w sierpniu 1913 roku w Postępie. Z lewej strony reklama z czasopisma Praca z 1912 roku.






Ten post także ma FB:

19 marca

Tymczasem... w Berlinie

To co prawda Berlin, nie Poznań... ale czas zbliżony... Wielu moich krewnych mieszkało tam, podobnie jak i wielu innych Polaków. I na ile poznańskie ulice były podobne do tych berlińskich? Kolor nadaje życie... Film jest opisany jako rok 1900. Myślę jednak, że niektóre ze scen nakręcono jednak bliżej 1914 roku, tuż przed I wojną światową.

12 lutego

Z cyklu: „Poznańskie rozrywki” – Lionel- Człowiek Lew w Poznaniu


W 1909 roku poznańską publiczność zelektryzowała wiadomość – w Poznaniu pojawi się Lionel – Człowiek-Lew.
Niewybredne rozrywki
W dawniejszym Poznaniu nie brakowało rozrywek. Oprócz wcale nie rzadkich koncertów ówczesnych światowych wirtuozów instrumentalnych, gwiazd scen operowych czy nawet orkiestr znanych filharmonii, czyli jak byśmy dziś powiedzieli dziś przedstawicieli kultury wysokiej, niemniej bogata była oferta kulturalna zaspakajająca mniej wyrafinowane gusta. Poznaniacy wszelkich stanów chyba niechętnie przesiadywali w domach, skoro liczne restauracje ogrody i teatrzyki prześcigały się, ściągając do Poznania słynnych ówczesnych celebrytów. Nie omijały Poznania cyrki, zespoły taneczne, kapele śpiewacze, ale także różnorodne osobliwości, o których dziś wspominamy z zażenowaniem, gdyż zarabianie pieniędzy na cudzych nieszczęściach, deformacjach i chorobach współcześnie wydaje się nam okrucieństwem.
Trzeba jednak mieć równocześnie świadomość, że dla wielu osób, dotkniętych chorobami, czasem takie życie w roli obwożonej po świecie osobliwości, było w tamtych czasach i tak lepszym losem niż wstydliwe trzymanie w ukryciu przez rodziny, często połączone z poniżeniem, a i nieraz z przemocą. Nie było wtedy społecznej świadomości wielu chorób, możliwości leczenia, rehabilitacji, możliwości wsparcia ze strony państwa, itd. Może i dlatego występy dawały takim ludziom sposobność zarobienia na siebie, a nieraz i nawet życia w dostatnich warunkach. Nieraz i tak atrakcyjnych, że zdarzali się oszuści, którzy korzystając z naiwności ludzkiej, sami fałszowali kalectwo, udając osoby poszkodowane przez los, by zapewnić sobie dostatnie życie? A przecież widzów i ciekawskich nie brakło. Nie bądźmy jednak zbyt okrutni dla przodków, że bawiły ich tak niewyrafinowane rozrywki. Po prostu ówczesna mentalność była nieco inna, a tłumy waliły na wszelkie występy sióstr syjamskich, bab z brodą, czy karłów. Poznaniacy też ulegali ciekawości i występy takich trup cyrkowych cieszyły się dość dużym powodzeniem. W 1909 roku w Poznaniu pojawił się Lionel – Człowiek-Lew.
 
Zanim jednak dotarł do Poznania
Stefan/Szczepan Bibrowski, czyli wspomniany Lionel, nazywany człowiekiem o lwiej twarzy urodził się w 1890 roku w Wilczogórze w parafii Belsk[1] jako syn Michała i Benedykty z domu Kołyś[2]. Dziś wiemy, że był chory na hipertrichozę. To schorzenie, polegające na nadmiernym owłosieniu ciała, do dziś nazywane bywa syndromem wilkołaka. Taka przypadłość nie wróżyła dobrze dla młodego chłopca. Ponoć kupił go od rodziców niemiecki przedsiębiorca Meyer. Czy rzeczywiście miała miejsce taka transakcja? Niektóre źródła wspominają, że chłopiec miał wtedy zaledwie 4 lata. Wydaje się, że pod opiekę cyrkowego impresaria mały Stefan dostał się później, bo jeszcze w 1898 roku badała go specjalna komisja lekarska, o czym wspomina Przegląd Piśmiennictwa Lekarskiego Polskiego za Rok 1898. W opisie co prawda mowa o chłopcu 5 i pół-letnim, jednak możliwe, że rodzice celowo lub nieświadomie (co nie było wcale rzadkie w tamtych czasach) zaniżyli wiek dziecka.
 
 

 Przedsiębiorca cyrkowy umożliwił chłopcu dość dobrą edukację, gdyż posługiwał się ponoć sprawnie kilkoma językami. Jego ujmujące obycie, dobrze skrojone ubrania ponoć robiły duże wrażenie na widzach. Na licznych zachowanych wizerunkach, pocztówkach czy reklamach ukazywano go z książką, co zapewne miało podkreślać kontrast pomiędzy „dzikim wyglądem” a wysoką inteligencją. Tak też jest na poznańskiej reklamie, zamieszczanej w lokalnych gazetach.
 Występy Lionela
Zanim jednak Lionel pojawił się w Poznaniu zdążył już zdobyć nieco sławy. Na pewno wystąpił w Kijowie:
 
 
 
 
I w Łodzi w 1900 roku:
 
 Poznańskie występy Lionela
W styczniu 1909 roku Lionel wraz z całym zespołem rozrywkowym Trottoir Roulant przybył do Poznania. Karuzela i inne obiekty stanęły, jak podawały gazety „przed Bramą Berlińską, naprzeciw pałacu cesarskiego” – na początku XX wieku był tam bowiem wolny nieużytkowany plac, nadający się do organizowania takich imprez, tak jak bardziej współcześnie, obecne stare koryto Warty, które przez wiele lat też pełniło podobną rolę. W rzeczywistości, w 1909 roku nie było już Bramy Berlińskiej – rozebrano ją przecież kilka lat wcześniej. Zanim jednak ten teren zagospodarowano często był on wykorzystywany jako miejsce stawiania namiotów cyrkowych czy objazdowych teatrów.
 
Lionelowi towarzyszył Trottoir Roulant
23 stycznia 1909 o godzinie 8 swoje podwoje otworzył dla Poznaniaków Trottoir Roulant. Wejście kosztowało 30 fenigów dorosłych, zaś dla dzieci zaledwie 10 fenigów, przy czym pierwsza jazda była w cenie, za kolejne trzeba było zapłacić.
Czym było owe rozsławione Trottoir Roulant? Było to po prostu wesołe miasteczko, którego największą atrakcją, od której cała wędrowna trupa zaczerpnęła nazwę była karuzela Haase’go. Był to najprawdopodobniej ruchomy trotuar, połączony z ruchomymi schodami. Ogłoszenia mówiły o: „elektrycznej skoncentrowanej kolei stopniowej”.
 
 
 
Sama zaś „karuzel inżyniera Haasa” była zainspirowana zapewne „ruchomym chodnikiem”, który został zaprezentowany w Paryżu, zaledwie 9 lat wcześniej podczas Światowej Wystawy. Podobnie jak w przypadku paryskiej atrakcji pisano tutaj o trzech prędkościach poruszania się. Tak wyobrażano sobie przyszłość – sunące chodniki w miastach, które miały wyprzeć lub chociażby wspomóc miejską komunikację.
 
Ciekawą postacią był twórca owego wystawianego w Poznaniu najprzedniejszego zakładu rozrywek – inżynier Hugo Haase z Lipska. Był on budowniczym urządzeń dla wielu ówczesnych lunaparków. Nazywany był „królem karuzel”. Jego karuzele znane były z bogatej ozdobnej ornamentyki, które podkreślało bajeczne, jak na tamte czasy, oświetlenie. Wyobrażacie sobie, jakie musiało to robić wrażenie, gdy nawet oświetlenie poznańskich ulic pozostawiało wiele do życzenia? A tu chwalono się, że wnętrze oświetlone jest 4000 lampami żarowymi i 52 lampami łukowymi. Jednak to nie owo Trottoir Roulant zajęło uwagę Poznaniaków, co właśnie człowiek-lew.
 
 Pół-człowiek pół-lew – ulubieniec kobiet i dzieci
Za obejrzenie Lionela trzeba było dodatkowo zapłacić. Dorośli 30 lub 20 fenigów w zależności od miejsca, zaś dzieci (i wojskowi!) mieli możliwość wejścia za 20 lub 10 fen. Postęp donosił: „Lionel, pół człowiek - pół lew, wielkie ściąga zastępy publiczności do namiotu przy Bramie Berlińskiej, naprzeciw pałacu cesarskiego. W niedzielą, dla natłoku ciekawych trzeba było kilkakrotnie zamknąć kasę. Dziwny ten człowiek, mówiący czterema językami (po rosyjsku, angielsku, francusku i niemiecku), pokazuje się widzom nie tylko na scenie, ale chodzi i pomiędzy nimi i rozmawiając z każdym, przekonuje tem lepiej, że nie jest żadnym oszustem, lecz jest rzeczywiście obrosły na całym ciele miękkim jak jedwab włosem. Głowa, wraz z twarzą okolona długą grzywą, podobna jest zupełnie do głowy lwa. P. Lionel, 17 letni młodzieniec, w rzeczywistości daleko sympatyczniej się przedstawia, aniżeli na wizerunkach reklamowych. – Pragnącym sensacyi, możemy polecić namiot rozmaitych rozrywek p. Haassego, w którym znajduje się jedyny w swym rodzaju karuzel, t. zw. Trottoir Roulant, elektryczna kolej stopniowa, oświetlona 4000 lamp żarowych, w rozmaitych kolorach i 52 lampami łukowymi. - Prócz tego widzieć tam można człowieka o fenomenalnych muskułach i członkach”.
Występy Bibrowskiego tak przypadły Poznaniakom do gustu, że trupa postanawia zostać jeszcze kolejny tydzień w mieście. Niewykluczone, że był to też celowy zabieg marketingowy. Prasa bowiem donosi: „w Trottoir Roulant (…) publiczności nagromadziły się tak liczne zastępy, iż tysiące wracać musiały z niczem do domu”. W końcu 7 lutego 1909 roku odbywa się ostateczne pożegnalne wystąpienie Lionela: „człowiek lew, sądząc po natłoku publiczności każdego dnia w namiotach przy Bramie Berlińskiej, znany jest zapewne wszystkim mieszkańcom Poznania. Jeśliby jednak ktokolwiek nie widział tego dziwotworu, ten niech zwiedzi wystawę w niedzielę, gdyż to jest ostatni dzień pobytu Lionela w Poznaniu. Już w poniedziałek udaje się on, a z nim cały zakład rozrywek Trottoir Roulant, do Londynu”.
W rzeczywistości Bibrowski udał się do Wittenbergi – takie przynajmniej miejsce docelowe podał policji, wymeldowując się z Poznania. Zachowała się bowiem jego karta meldunkowa z Poznania.
 
 
 Dalsze losy Lionela
Niedługo później poznańska prasa donosiła, że Lionel, okazał się jednak oszustem. Zaledwie 6 miesięcy później Orędownik donosił: „Człowiek lew oszustem. Człowiek lew, który pod przybranym nazwiskiem Lionel pokazywał się przed niedawnym czasem także i w Poznaniu, został w tych dniach aresztowany we Wrocławiu za oszustwo. Wykazało się bowiem, że to nie był żaden cudotwór, lecz zwykły człowiek, który miał na sobie tak sztuczną maskę, iż czyniła go zupełnie podobnym do lwa. W Poznaniu ten rzekomy lew znakomity podobno zrobił interes.” Co ciekawe dwa lata później, w 1911 roku Orędownik znów informował o kolejnym skandalu: „Swego czasu popisywał się także w Poznaniu Lionel, człowiek lew; tłumy publiczności ściągało to dziwowisko przed bramą berlińską, gdzie je pokazywano. Obecnie wydało się, że ów >człowiek lew< jest – sfałszowanym. W Bernie szwajcarskim zainteresowało się niezwykłym tym człowiekiem grono profesorów uniwersyteckich i okazało się, co następuje: Lionel był zupełnie normalnie rozwiniętą – dziewczyną, której twarz pokryto gęstą i artystycznie wykonaną peruką z włosów, >lwią grzywą<. Policja szwajcarska aresztowała pogromcę, tego >lwa<, – lecz gdy się zabrać chciała do Lionela, zdołał on zniknąć bez śladu.”
 
 


Ziemia lubelska 1911
 
Jak było rzeczywiście? Może Bibrowski miał dosyć natrętnych naukowców i lekarskich badań, a może na jego sławie żerowali naśladowcy? Słynny był też, występujący w Europie Rosjanin Fedor Jeftichew, który do historii przeszedł jako „chłopiec o twarzy psa”, z którym zresztą często mylono Lionela. Około 1912 roku Bibrowskiemu zdarzyło się nieszczęście – rzeczywiście utracił włosy. Jedna z wersji opowiadała, że zdarzyło się to w czasie pożaru, tak przynajmniej utrzymywał jego menadżer. Inna historia (być może bliższa prawdy) opowiada, że Lionel miał już tak dosyć swojego wyglądu, że zgolił wszystkie włosy ze swojej twarzy. Trwało to ponoć około roku, zanim włosy odrosły, a podobno nowe włosy nigdy już nie urosły tak długie i tak piękne, jakimi szczycił się Lionel wcześniej.
W końcu Bibrowski wrócił ze swoimi występami do Ameryki, gdzie podobno już dawał występy jako chłopiec. Występował tam podobno ze słynnym cyrkiem Barnum and Bailey. Co ciekawe – zachowały się listy pasażerskie z roku 1923 i 1927. W tych latach Lionel podróżował pomiędzy Europą a USA. Z owych dokumentów można wyczytać, że w tych latach Bibrowski był zatrudniony w amerykańskim Dreamland Circus Sideshow, którego właścicielem był Samuel W. Gumpertz. Jako znak charakterystyczny podano w owych dokumentach – “owłosiony na całym ciele”. Podobno około 1928-29 roku wrócił do Niemiec, gdzie zmarł w 1932 roku na atak serca. Inne źródła podają jako jego ostatnie miejsce zamieszkania Włochy. Inna hipoteza mówi o powrocie Bibrowskiego do Polski i jego śmierci w którymś z obozów koncentracyjnych.
A tu film poświęcony pamięci Lionela. Niestety nie odnalazłam źródła samego nagrania. Przypuszczam, że mogą  to być kadry z późniejszego filmu, gdzie Lionela albo w postać nim inspirowaną wcielił się jakiś inny artysta.
 
 

Stephan Bibrowski (In Loving Memory) Remastered from Anthony Yebra on Vimeo.

A tribute to Stephan Bibrowski (Lionel the Lion-faced Man.)
Music by Vampire Weekend.
Male gymnast needed, inquire within.

.




[1] Belsk Duży to wieś w Polsce położona w województwie mazowieckim, w powiecie grójeckim.
[2] Stefan/Szczepan Bibrowski urodził się w miejscowości Belsk, a nie w Bielsku, jak podaje Wikipedia: https://pl.wikipedia.org/wiki/Stefan_Bibrowski Świadczy o tym odszukany przeze mnie skan jego aktu urodzenia w parafii Belsk. http://www.szukajwarchiwach.pl/58/487/0/1/15/skan/full/hH0BSniIs4xbhbpOvVSiHw