Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kulinaria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kulinaria. Pokaż wszystkie posty

19 czerwca

Rury, dachówki, trąby? Poznański przysmak na Boże Ciało



O ile pamiętam z własnego dzieciństwa, rury były nieodłącznie związane z Bożym Ciałem. Sprzedawały je pod kościołem kobiety z wielkich koszy, wyłożonych białym obrusem.

Takie wiklinowe kosze potrzebne były w domach do zaniesienia bielizny do magla. Zanim się jednak to zrobiło, należało bieliznę odpowiednio przygotować. Do tej pracy zaganiana byłam zazwyczaj przez babcię lub mamę. Pachnące wykrochmalone prześcieradła, powłoczki i obrusy , skrapiało się wodą i „wyciągało” trzymając za przeciwlegle końce. Materiał trzeszczał cichutko, rozrywając się warstwami z krochmalowego „kleju”. I ten charakterystyczny zapach, świeżo wypranej i usztywnionej pościeli… Do roboty zawsze potrzebne były dwie osoby, które chwytały za przeciwlegle końce. Babcia miała sporo siły, więc nieraz o mało nie przewracałam się, kiedy mocniej szarpnęła ze swej strony. Potem białe płaty płótna, już nieco mniej sztywne, składało się właśnie do tych dużych kosz z uszami, a następnie zanosiło do magla.


Obraz takiego , wyplecionego z wikliny, bieliźnianego kosza pojawia się jeszcze jeden raz w moich wspomnieniach. Widzę starsze kobiety, przycupnięte nad takimi wielkimi koszami, wyścielonymi białymi obrusami. Jest Święto Bożego Ciała. Ręce jeszcze mi pachną płatkami kwiatów, białe rajstopy na kolanach już nie są białe, mimo podkładania pod nie w czasie klękania batystowej chusteczki. Jestem zmęczona powolnym sunięciem w dwóch szeregach, przed baldachimem z księdzem, niosącym monstrancję. Jestem znużona monotonnym śpiewem, przystankami, naprzemiennym klękaniem i wstawaniem przy kolejnych ołtarzach. Nieco już minęła ekscytacja, związana z udziałem w procesji w towarzystwie koleżanek. Znikło gdzieś poczucie dumy z racji powierzenia małej dziewczynce tak ważnego zadania. Ulotnił się gdzieś zachwyt białą sukienką, wiankiem i nakręconymi na lokówkę puklami włosami, czy też szczęście z powodu krakowskiego stroju, w który przybrała mnie mama. Jeszcze jestem nieco oszołomiona zapachem kwiatów z pustego już koszyka. Płatki słodko pachnących piwonii i różów oraz całe główki margaretek, barwiących dłonie na zielono, gdzieś tam z tyłu zostały podeptane przez tłum. Czasem kwiaty się nie sprawiły na czas procesji i zdążyły przekwitnąć, albo jeszcze nie zdążyły rozwinąć w pełni. Wtedy to całe kolorowe bogactwo zapachów i kolorów trzeba było oszczędzać , by starczyło do końca, tym bardziej, że nie zawsze koleżanki chciały podzielić się kwiatami ze swego koszyka.


A pod kościołem siedziały przekupki z koszami. Kusiły całe stosy wygiętych, cieniutkich rur. Ich smak był nagrodą za dość meczące kroczenie za procesją, przerwane długim, jak na dla dziecka, klęczeniem podczas modlitw przy kolejnych ołtarzach. – Proszę, kup mi rurę!

A potem? Potem były wbijanie się zębami w te niecodzienne ciastka. Chrupiące, choć mające w sobie i dziwną miękkość w środku, zwinięte, słodkie, choć bez przesady, o smaku, którego nie dało się pomylić z niczym innym.

 Dorośli kupowali je, chociaż jak pamiętam druga babcia, ta ze Strzeleckiej, kręciła nosem, że „tylko jedna”, więcej nie, bo „niewiadomo, jak je robią”. W końcu ona, jako żona piekarza i cukiernika, nie mogła przecież popierać pozarzemieślniczego wyrobu, czasem wyrabianego pokątnie po domach i „niewiadomo z czego”. W domu się ich nie piekło, bo też niewielu znało recepturę tych ciastek, kręconych ponoć na ciepło na szklanych butelkach, albo co gorsza na rurach od piecyków. Mam zresztą wrażenie, że tajemnica receptury poznańskich rur nadal trwa, bo te dzisiejsze, karbowane, nieco tylko zagięte, wydają mi się grube, znacznie mniej smaczne, niż te dawniejsze ciastka. Tak jakby brakowało im jakiegoś sekretnego składnika, przyprawy, łechczącej kubki smakowe. Brak im też tego połączenia twardości z zadziewającą magią rozpływania się ciastka w dziecięcej buzi. Albo są za twarde, albo za miękkie. A może to nie kwestia korzeni czy innego dodatku, a cała sekret tkwił w tym jednorazowym , niecodziennym spotkaniu z czym, czego nie sposób było doświadczyć w inny dzień roku? Dzisiaj, rury kupić można też na Wszystkich Świętych, wszelkiej maści festynach i innych okazjach. Przestały być tym czymś, raz w roku. A może po prostu w dzieciństwie głód po procesji bywał najznakomitszą przyprawą?


Na pewno jednak kształt rur by nieco inny. Rury z mojego dzieciństwa były mocniej zakręcone, chociaż też nie tak, jak na zamieszczonym obok zdjęciu z Ilustracji Polskiej z 1934 roku. Przyjrzawszy się stosikowi ciastek przestaję się dziwić, że do ich sprzedaży potrzebne były kosze. Zajmowały przecież sporo miejsca, a przy tym były dość kruche! Ich skręcony kształt rzeczywiście kojarzyć się może z ich przedwojenną nazwą - „trąby”. To określenie odnosić się może do hojnie używanych onegdaj w poznańskich procesjach dętych instrumentów. Wygląd rur z 1934 roku przypomina też dachówkę, ale nie płaską karpiówkę, a krągłą typu mnich-mniszka. Jedna z poznańskich legend nawiązuje przecież do spadających na procesję dachówek. Takie zdarzenie zostało właśnie uwiecznione w kształcie tych ciastek. Dzisiejsze rury jakby opadły, spłaszczyły się i zmniejszyły znacznie…


Co ciekawe… w 1908 roku mogło rur… jeszcze nie być. Tradycja ich wypiekania i ulicznej sprzedaży pochodzi ponoć z okresu międzywojennego. Przynajmniej z tego okresu pochodzą o nich wzmianki. Pochodzące z 1937 roku ogłoszenie piekarni z Placu Sapieżyńskiego, poleca hurtową sprzedaż rur. Mam jednak dziwne przeczucie, że tradycja „rurowych” ciastek jest znacznie starsza. Wskazywałby na to choćby fakt dość dawnej receptury, opartej na cieście, przypominającym piernik. Z pewnością jednak prababcia Marianna znała ich smak, jeśli nie z 1908 roku, to z późniejszych lat. A jakie są Wasze wspomnienia „rurowe”?

#BożeCiało #poznan1908 #tradycjepoznanskie #rury




01 stycznia

Niemiecki trubel, „puncz sylwestrowy”, bocianie gniazda i nogi wieprzowe. Jak Poznaniacy świętowali nadejście Nowego Roku na początku XX wieku?




źródło fot. POLONA

Jeszcze w 1925 roku Narodowa Organizacja Kobiet i Katolicki Związek Kobiet apelowały do Poznanianek na łamach miejscowej prasy:

„Do kobiet polskich! Z powodu zbliżającej się nocy Sylwestrowej, wzywamy wszystkie kobiety, aby wpływem swoim, jako żony czy matki, wywalczyły zrozumienie, iż dziki zwyczaj zamącania spokoju publicznego, pozostawiony nam przez niemieckich zaborców, niegodnym jest kulturalnego narodu. Kobieta, mająca stać na straży dobrych obyczajów, winna przykładem własnym, powstrzymywać lekkomyślnych od gorszących wybryków. Nie witajmy Roku Nowego w poniżeniu godności człowieka, w pogwałceniu przykazań Bożych!” [Dziennik Poznański 1925]

Czy rzeczywiście obchodzono Sylwestra tak hucznie w Poznaniu? Cofnijmy się 15-25 lat wcześniej.



"po bożemu"

Pobożny Poznaniak – Polak przede wszystkim żegnał stary rok na specjalnych nabożeństwach. Dużym powodzeniem cieszyły się msze w farze , na które ciągnęły tłumy mieszkańców. Większość spędzała noc św. Sylwestra w domach, w gronie rodzinnym. Niektórzy dla zabawy lali wosk lub ołów, by wywróżyć sobie, co wydarzy się w nadchodzącym, nowym roku. Uroczyste i zazwyczaj dość poważne wieczorki były organizowane przez różne polskie towarzystwa i organizacje. Dla osób, które koniecznie chciały spędzić czas poza domem przeznaczone były też liczne koncerty i wieczorki familijne. Z czasem właściciele podmiejskich etablissementów (prywatnych przedsiębiorstw rozrywkowo-rekreacyjnych zwykle będących połączeniem restauracji i ogrodu) coraz częściej organizowali bale, często maskowe.



zjeść tłusto

Ważnym elementem poznańskiego świętowania były trunki i jedzenie. Toasty wznoszono zazwyczaj nie szampanem, a "punczem sylwestrowym", będącym mieszaniną araków, rumów, wina (czasem właśnie musującego), herbaty, wody i różnych dodatków. Nie mogło zabraknąć tradycyjnych pączków, czy bocianich gniazd (rodzaj ciastek smażonych we fryturze na wzór popularnych do dziś chruścików). Restauracje zachęcały też do spróbowania u nich wieprzowych nóg z kapustą, peklówki z grochem, kiszek własnej roboty, chociaż zdarzały się i takie przybytki kulinarnej sztuki, w których proponowano bardziej wykwintne noworoczne menu, takie jak frykasy z kur, pieczeń wiedeńską, a nawet homary, ostrygi, kawior lub zupę żółwiową. Do dziś w wielu poznańskich domach jada się tradycyjną noworoczną golonkę. Pierwsze gazety, ukazujące się już w Nowym Roku, pełne były inseratów miejscowych kupców, przedsiębiorców, a szczególnie restauratorów, którzy spieszyli złożyć noworoczne życzenia swoim klientom.



wybija północ

Przejście starego roku w nowy zwiastowały o północy „dzwony na wieżycach wszystkich naszych kościołów, a także i zborów protestanckich”. Istniał też zwyczaj dekorowania domów flagami. Najwięcej jednak kontrowersji wzbudzał niemiecki trubel, jak nazywano nocne hałasowanie o północy.

Jeszcze na początku XX wieku napiętnowano w polskiej prasie ów zwyczaj jazgotliwego witania Nowego Roku na placach i ulicach miasta. Tak bawili się berlińczycy i nie widziano potrzeby sprowadzania zwyczajów pruskich na grunt poznański. Napiętnowano przyłączanie się polskiej młodzieży do bawiących się niemieckich mieszkańców miasta. Prasa grzmiała: ”Coraz więcej niemiecki zwyczaj krzykiem i pijatyką witania nowego roku zakorzenia się w polskim naszym mieście. HKta [ Hakata ]może się cieszyć. [Postęp 1903]

„W Poznaniu jakoś wchodzi coraz więcej zwyczaj niemiecki witania Nowego roku najhałaśliwszemi okrzykami, a nawet beczeniem, piszczeniem na papierowych wrzaskliwych trąbkach” [Postęp 1904].

„Krzykom, wrzaskom, hałasom, piskom nie było nieomal końca. Czasami istna piekielna wrzawa powstała od tego hałasu, zwłaszcza na ulicach pierwszorzędniejszych, gdzie nawet kapelusze nabijano na głowie na wzór berliński. Powstało stąd kilka niemiłych awantur, a nawet bijatyk. Żałować tylko należy, że setki polskich chłopaków w tym ogólnym chaosie wielki udział brało, tak sobie bezmyślnie, że też rodzice pozwolą swym dzieciom na te nocne wałęsanie się po ulicach! [Postęp 1906]

„Najszczelniej zapełnione były ulice od Starego Rynku do ulicy Wiktorii, a najwięcej ludzi gromadziło się na Placu Wilhelmowskim [dziś Plac Wolności]: ”cała ulica zapełniona była dorożkami, teksametrami i samochodami, na których poprzebierana młodzież wyprawiała najdziwniejsze figle. […] Policjantom trąbiono do uszu nielitościwie, a nie mogli temu przeszkodzić, gdyż w noc sylwestrową jest pod tym względem wolność…” [Dziennik Poznański 1906]

„Ten niemiecki trubel sylwestrowy jakoś zakorzenia się w mieście naszym, a zaprawiany on też jest polskim sosem. Jak znawcy twierdzą, trublu i wrzasku było nieco mniej, jak w roku zeszłym, może mroźne powietrze wpłynęło nieco na krzykliwe gardła”. [Postęp 1909]



aż bębenki puchną

Bywało nieraz niebezpiecznie. W 1900 roku z kamienicy przy narożniku Świętego Marcina i Rycerskiej [obecnie Ratajczaka] pewien obywatel poznański wychylając się z okna krzyczał <<Prosit Neujahr>> i niestety wypadł. Upadek okazał się śmiertelny. W 1910 roku, gdy na Placu Wolności zgromadziło się kilkadziesiąt tysięcy osób w ruch poszły laski, a „pewnej pannie złamano nawet nogę”. [Dziennik Poznański 1910]

„[…] ulicami przeciągają całe szeregi najrozmaitszej publiczności, która, jak dzika zgraja, stara się zadokumentować swe uczucie radości ogłuszającym hałasem, gwizdaniem, trąbieniem na najrozmaitszych prowizorycznych instrumentach, no i zwykłymi okrzykami >>Prosit Neujahr<<. Krzyki te przeciągają się zwykle do samego rana. Z zadowoleniem zaznaczyć jednak należy, że hałaśliwy ten i wprost śmieszny zwyczaj niemiecki powitania nowego roku wśród publiczności polskiej nie znajduje podatnego gruntu”. [Orędownik 1910]

„Wieczór sylwestrowy, a raczej noc narobiła dużo stuku i huku w Poznaniu, jak to już od pewnego szeregu lat się dzieje. Zwyczaj niemiecki żegnać rok stary a witać nowy z wielkim wrzaskiem i hałasem coraz więcej się rozpowszechnia. Niestety polska ludność z pustoty i głupoty naśladuje niemiecki zwyczaj. Przebiera się za błaznów, kupuje trąbki i inne hałaśliwe instrumenta i niemi popisuje się po ulicach. Głównie gwar nocny koncentruje się na Berlińskiej, Wilhelmowskiej i Nowej ulicy i Starym Rynku. Tam wrzask panuje niesłychany. Ochrypłe i przepite »Prosit Neujahr« odbija się o uszy aż bębenki puchną. Dziwić się można, że rodzice polscy z małemi dziećmi uczestniczą w tym gwarze awanturniczym. Lepiejby zostali w domu i po polsku i po Bożemu rok stary kończyli, a zaczynali nowy. Tysiące też tak uczyniło, bo było na nabożeństwie u fary, Bożego Ciała i św. Małgorzaty na Śródce. Także i w Nowy Rok świątynie nasze były przepełnione wiernymi, a kaznodzieje na temat noworoczny wygłaszali kazania.” [Postęp 1911]

„Oby w przyszłości Polacy wcale nie brali udziału w takiej „zabawie” niemieckiej, a zechcieli naśladować tych, którzy stary rok zakończyli w domu”. [Dziennik Poznański 1912]



pikielhauba, czuwająca nad bytem państwa pruskiego

W końcu, w 1913 roku, Polacy odmówili udziału w zabawie, gdyż rozniosły się pogłoski, że można się spodziewać „polskiej rewolucji”. Prusacy sprowadzili do miasta dodatkowe siły porządkowe, obawiając się wybuchu powstania. Uzbrojonych policjantów było tak wielu, że „na ulicy Berlińskiej, placu Wilhelmowskim, ulicy Nowej, Starym Rynku i.t.p. sterczała dumnie, co dziesięć kroków pikielhauba, czuwająca nad bytem państwa pruskiego.” [Kurier Poznański 1913]

„ Na rogach ulic stało zawsze po dwóch stróżów bezpieczeństwa którzy byli groźnie nastrojeni. Niemcom i Żydom było dozwolone dowoli krzyczeć i hałasować, tylko po polsku nie było wolno głośno się odezwać, tak nas przynajmniej informowano. Zaszło to w bardzo wielu wypadkach, że gdy kto głośno krzyknął "Dosiego Roku" lub też wydał okrzyk polski, to już miał policję na karku. Ogólnie zauważyć można było, że takich burd i hałasów, jak w inne lata, było cokolwiek mniej. Jak nam zaręczano, to z Polaków z lepszego i średniego towarzystwa mało kto był i zachowywał się spokojnie, tylko wyrostki nie zdające sobie sprawy, brali udział w tych niemieckich "hupsztykach” i cieszyli się nim, jak nadzy w pokrzywach. [Postęp 1913]

Do tego, po mieście krążyli ponoć prowokatorzy, puszczano niepokojące pogłoski, więc Polacy „na wszelki wypadek” zostali w domach, bądź podążyli utartym zwyczajem na poważne nabożeństwa, koncerty i wieczorki, organizowane przez rozmaite polskie towarzystwa lub spędzili noworoczny czas w polskich restauracjach. Podobnie spokojnie było w kolejnym roku, a potem przyszła I wojna światowa i o nieumiarkowanym świętowaniu nie było już mowy. A „rewolucja polska” i tak nastała, choć Poznaniakom przyszło jeszcze na nią czekać kilka trudnych wojennych lat. Co ciekawe – Powstanie Wielkopolskie wybuchło również zimą, zaledwie na kilka dni przed Sylwestrem 1918 roku.






18 lipca

Sezon na owoce - dlaczego prababcia nigdy nie jadła owoców ze skórką

Czy Wasze babcie też obierały Wam jabłuszka? Na pewno robiła to i prababcia, szczególnie jeśli wyczytała w gazecie, że: "Na czasie. Nadchodzi obecnie pora, w której owoc dojrzewa. Uwagę więc zwrócić należy na to, że baczyć trzeba, aby owoc zjadać tylko okrojony z pokrycia. Na gruszkach i jabłkach bowiem znajdują się często czarne ostre plamki, na które nikt nie zważa, a które przecież są powodem różnych dolegliwości żołądka. Stwierdzono bowiem, że plamki te to początki grzyba, szkodliwego organizmowi ludzkiemu. " Tak przynajmniej ostrzegał "Goniec Wielkopolski" w 1900 roku. Podobnie do ostrugiwania owoców nawoływał "Postęp" strasząc "osadami małych ustrojów grzybowych, wpływających na przyrządy trawienia".