04 listopada

Od morowego powietrza i ognia, czyli na ulicy Ślusarskiej pod numerem 5

 


Jeszcze w okresie międzywojennym na wysokości II piętra kamieniczki przy ulicy Ślusarskiej znajdował się obraz Matki Boskiej i paliła się „wieczna lampa”.

Ilustracja Polska, 1936 r.

Przechodząc wąską ulicą Ślusarską zwróćcie uwagę na niewielką kamieniczkę. Może warto podumać nad jej mieszkańcami z dawnych czasów. A może ktoś doszuka się rzeczywistego źródła dawnej tradycji?

ul. Ślusarska po zniszczeniach wojennych, fot. B. Celichowskiego, 1949 r. [CYRYL] strzałką zaznaczyłam miejsce dawnej latarni



Niestety, jak widać na powyższym zdjęciu z 1949 roku (autorstwa Bogdana Celichowskiego) z Repozytorium CYRYL, obrazującym zniszczenia wojenne, szczególna ochrona, którą miał się cieszyć ten dom, nie zadziałała. Na zdjęciu widzimy wypalone mury kamienicy, choć… widać też szkielet latarenki, umieszczonej na wysokości drugiego piętra. A może ktoś zapomniał (albo co bardziej prawdopodobne nie mógł w wojennych okolicznościach) zapalić świecy wewnątrz lampki?

Wcześniej, gdy w tym domu lampa gasła… to wydarzenie takie odnotowywała nawet prasa. „Wielkopolanin” z troską donosił na przykład 20 października 1897:

„Przy ulicy Ślusarskiej nr 5 istnieje w narożniku domu lampa ze szkłem czerwonem, która co nocy bywa zapalaną. W sobotę w lampie tej światła nie było. Ludzie się dziwili i to przypomniało początek ustawienia tejże lampy. Wśród wielkiego pożaru w r. 1803, w którym cała dzielnica miasta począwszy od Rynku, aż do W. Garbar uległa zniszczeniu, pozostał tylko ten dom nietknięty. Ówczesny właściciel na podziękowanie Opatrzności za to dobrodziejstwo ustanowił fundusz dostateczny na oświetlenie w nocy tego narożnika. Fundusz ten zapisany jest w hipotece tego domu i ktokolwiek go kupi, zobowiązany lampę tę zapalać. W sobotę zapomniano na kilka godzin, ale potem znów paliła się lampa przez noc całą.”


Opowieść o ocalałym domu powtarza też autor artykułu (zamieszczonego w Ilustracji Polskiej z 1936) o pożarze Poznania z 1803 roku. Tym razem pojawia się też motyw obrazu Matki Boskiej, umieszczonym na fasadzie kamienicy.



Emil Kierski przytacza słowa  naocznego świadka tego pożaru („Wspomnienia miasta Poznania od czasu zaboru pruskiego”, Kalendarz Poznański na Rok Pański 1866)


Rycina C.T. Prausmüllera, Ilustracja Polska 1936

„Było to dnia 15 kwietnia w piątek po Wielkiejnocy, kiedy nas ze szkół w godzinie nauki popołudniowej, na odgłos "gore" do domów rozpuszczono. Pożar wybuchł podobno przez nieostrożność izraelitki, przy końcu ulicy Drewnianej równoległej do ulicy Wielkiej żydowskiej, nad stawem przy jatkach rzeźniczych. Ciasna ta ulica Drewniana ludnością pozapełniona, utrudniała bardzo ratunek. Tymczasem ogromny wicher zachodnio-północny rozdymał płomienie, które pomimo usiłowań obrony, rozlewały się niepohamowaną siłą z jednej strony ku ulicy Żydowskiej, z drugiej zaś ku ulicy Wielkiej czyli teraźniejszej Szerokiej. Ocierając się na ulicy Żydowskiej o bożnicę zagrażały rynkowi, zkąd uwożono już co lepszego, lub ukrywano w piwnicach, jednakże zdołano wstrzymać pożar za kaplicą Pana Jezusa przy ulicy Kramnej. Na większe jeszcze nieszczęście, wszystkie prawie domy ulicy Drewnianej, Żydowskiej i Dominikańskiej gontami były pokryte, a te dostarczały materyału palnego coraz więcej. Olbrzymie kłęby dymu zaciemniały całkiem horyzont miasta, a w tej pomroce ujrzano płomień na wieży kościoła XX. Dominikanów, z której palące się i trzaskające szkudły unosiły się w powietrzu i roznosiły pożar i spustoszenie na ulicę Wielką, Garbary, i nawet mijając Chwaliszewo na Groblą, gdzie wszelkie drzewo budowlowe i opałowe tam leżące ogień ogarnął, a samego drzewa rządowego było tam na 1800 sążni. Z tego też może powodu utrzymywano, iż pożar wszczął się pomiędzy szkudłami ułożonymi na podwórzu jednego domu na Żydowskiej ulicy, i że zapalone te szkudły rozlatywały się daleko i pożar w mieście szerzyły. Na widok palącej się wieży dominikańskiej, która była wyższą jak dzisiaj i już więcej nie została odbudowaną i palącego się mostu grobelskiego, nastąpiła pomiędzy mieszkańcami przeraźliwa trwoga. Wielu od obrony palących się lub zagrożonych domów, biegło do strzeżenia domów własnych. 

Rycina C.T. Prausmüllera, Ilustracja Polska 1936

Nie zdołano uratować kościoła XX. Dominikanów tylko klasztor ich ocalał; znikł takie w płomieniach w pobliżu leżący klasztor Panien Dominikanek, gdzie dziś jest handel wódek i likierów "Pod złotą kulą" Baartha (Dominikańska ulica nr 3). Ulica Wielka czyli Szeroka spłonęła prawie cala, ulica Żydowska w połowie, a na obydwóch tych ulicach widzieć można dotąd miejsca w których zgorzały, gdyż są teraz szerzej zabudowane, dalej spłonęła cała ulica Szewska, ulica Butelska tylko w końcu przy Garbarach około baszty, ulica Ślósarska aż pod dom, na którym od niepamiętnych czasów aż do dzisiaj zawieszony jest obraz święty na facyacie między oknami drugiego piętra i gdzie dotąd co wieczór widujemy lampę gorejącą.” 

Dość wspomnieć, że zgorzało wtedy blisko 276 domów, a jednej nocy bez dachu nad głową zostało ponad 7 tysięcy mieszkańców. Wielu straciło też majątki wskutek grabieży. Odbudowa miasta trwała ponad 50 lat.

Plan zniszczeń Poznania po pożarze w 1803 roku według C.T. Prausmüllera, Ilustracja Polska 1936

T. Wieczorkiewicz w Przewodniku ilustrowanym po mieście Poznaniu ze szkicem historycznym i planem miasta (wyd. Poznań 1919 r.) pisał: „ Nad drugiem piętrze wisi z dworu zamknięty tryptyk z wizerunkiem cudownym Matki Boskiej. Kiedy w kwietniu r.1803 wybuchł potężny pożar, a dom ten i schody oraz cała Ślusarska i Szewska ulica już się paliły, szewc Mirucki mieszkający na drugiem piętrze, mający szczególne nabożeństwo do Matki Boskiej, wywiesił ten obraz i w gorącej modlitwie polecił miasto i siebie najświętszej Matce a pożar wnet ustał. Odtąd ludzie bogobojni, którzy łask zaznali, przynoszą świece w ofierze, aby światło w dzień i noc podtrzymać.  

Natomiast Zygmunt Zaleski, w swej monografii „Walka z pożarami w Poznaniu”, wydanej w 1928 roku twierdził, że „pożar zatrzymał się w ul. Ślusarskiej przy dom u nr. 5. Istnieje legenda, że dom ten nie stał się pastwą pożaru ponieważ wyniesiono z niego obraz święty dla odwrócenia żywiołu. Obraz ten z wieczną lampką wisi na domu tym jednakże już od czasu dawniejszego, i to podobno od r. 1702, kiedy dom ów uchroniony został od powietrza morowego.” 

Co ciekawe, ze względu na umieszczony tam obraz kamienicę tę nazywano „Pod Matką Bozką" (pisownia oryginalna!)" (ogłoszenie introligatora Wojciechowskiego z 1875 roku w tygodniku „Warta”) lub "domem pod opieką Matki Boskiej" (prośba o datki Rady Towarzystwa św. Wincentego a Paulo z roku 1859 „Dziennik Poznański”).

Dziś na odbudowanej kamienicy nie ma wiecznej lampki, ani obrazu. A może szkoda, bo mógłby to być ciekawy punkt dla wycieczek po Poznaniu i dobry pretekst dla przewodników do opowieści o pożarze z 1803 roku.







31 października

Z cyklu: „Poznańskie rozrywki” - Poznaniacy w pchlim cyrku

 

„Co dzień podziw wzbudzające przedstawienie” – tak reklamował się przebywający w Poznaniu w 1904 roku „Orginalny (!) cyrk pchli”. Reklamę, zamieszczoną w jednej z poznańskich, ówczesnych gazet, okraszono rysuneczkiem cudacznego zaprzęgu – powozu, powożonego przez pchlego lokaja. Do bryczki zaprzężono dwa insekcie rumaki. Nie brak tam też pchełki z gustowną parasolką, która rozsiadła się we wnętrzu tego mini pojazdu. 

Reklama pchlego cyrku z 1904 roku, Wielkopolanin [WBC]

W 1904 roku pchli cyrk występował w parterowych lokalach przy ulicy Rycerskiej 36, czyli dzisiejszej ulicy Franciszka Ratajczaka. Poznaniacy mieli szanse oglądać występy pchlej menażerii już od 3 po południu aż do 9 wieczorem. 
Obecna ulica Franciszka Ratajczaka (czyli dawna Rycerska, Ritterstrasse) już w 1914 roku była dość szczelnie zabudowana. Owe parterowe lokale pod numerem 36 zapewne były usytuowane dalej, w głębi ulicy. Tu widok od strony obecnej ulicy 27 Grudnia. 

Nie była to jednak jedyna okazja, kiedy Poznań mógł zobaczyć takie miniaturowe widowisko. Kilka lat wcześniej, bo w 1899 roku, podczas uroczystości strzeleckich (podczas tradycyjnego strzelania Bractwa Kurkowego w czasie Zielonych Świątek) wystąpił już „słynny na cały świat rzeczywisty oryginalny cyrk pchieł Joh. Günthera”. Czy był to ten sam? Możliwe. Dyrektor cyrku (nota bene odznaczony różnymi cesarskimi i królewskimi dyplomami) wykorzystał wówczas ten sam rysunek ilustracyjny przy reklamie. Wówczas miało wystąpić 300 żywych artystów ze „znakomitemi nowościami pod względem zadziwiającej dresury [zapewne chodzi o tresurę pcheł, o czym jeszcze będzie mowa]”. Według publikacji Herberta Weidnera "Der Flohzirkus und seine vierhundertjährige poesiereiche Geschichte" ów Günther pokazywał, oprócz  wielu innych sztuczek, popularnych w innych pchlich teatrzykach 
pchłę udającą japońską baletnicę, pannę Blanche -  linoskoczkę, pannę Wandę słynną suflerkę. . 

Reklama z 1899, Dziennik Poznański [WBC]

Jeszcze kilka lat wcześniej, bo w grudniu 1890 w Hotelu Francuskim obok bardziej poważnej wystawy cesarskiej z pocztem figur (woskowych?) ówczesnych niemieckich osobistości (począwszy od Wilhelma I, poprzez rodzinę cesarską aż po Bismarcka) i pokazem fonografu Edisona na terenie hotelowej wystawy… można było podziwiać też „wielkie przedstawienie w wyższej tresurze pchieł, gdzie się popisuje 300 (czyżby też dyrektor Günther?) pchieł”. Budynek Hotelu Francuskiego (dziś nieistniejący)  mieściłby się przy Alejach  Karola Marcinkowskiego 13. 

reklama cesarskiej wystawy z 1890, Wielkopolanin [WBC]


Pchle cyrki były bardzo popularne w całej Europie a nawet w Ameryce. Pchły, niegdyś znacznie częściej spotykane i to nie tylko na zwierzętach domowych (bo skąd by zatem odrębny gatunek pchła ludzka - Pulex irritans obok szczurzej, psiej, kociej) wzbudzały swoiste zainteresowanie. Poświęcano im sporo miejsca w literaturze, a nawet poezji. Bardziej zainteresowanych odsyłam do Histoire de la puce, avec notes et observations, niejakiego L. Bertolotto, wydanej w Sankt Petersburgu. A przy okazji: czy twórca tej broszurki to nie zapewne słynny Włoch Bertolotto, sam właściciel cyrku pcheł, z którym zawędrował aż do Ameryki?

"Rusałka", wydawana w Wilnie w roku 1841 przytacza odpis afisza Teatru Pcheł Bortolotto

 




Ilustracja z  Histoire de la puce, avec notes et observations

 Niezwykle „urocza” jest też nowelka „Z pamiętnika pchły” Klemensa Weitza z 1908 roku, w którym to opowiadaniu można zapoznać się peregrynacjami pewnej pchły, która w swym życiu niejedną krwią się uraczyła (nawet błękitną). Z nowszych i pewnie wielu Czytelnikom znana jest zapewne „Pchła Szachrajka” Jana Brzechwy.  Inspirowały pchły nie tylko dyrektorów cyrków. 

ilustacja z ksiażki "Almanach astrologique : magique, prophétique, satirique et des sciences occultes : annuaire du monde élégant pour... / rédigé par une société d'astrologues, de magiciens et de sorciers" 1884 [Gallica]


Jednak fascynacja pchlimi cyrkami miała jeszcze i inne podłoże – dyrektorzy takich mikroprzybytków przechwalali się, że pchły można tresować, a jeden owad rzeczywiście dysponował wielką siłą. 
 
 
Tygodnik "Oświata" 1885


A poza tym - każda okazja była dobra, by zarabiać na takich dziwach – jarmarki, zawody strzeleckie, miejscowe święta i odpusty ściągały gawiedzie ciekawskich, chętnych by zobaczyć coś niecodziennego.

Ilustracja z Le Sanctuaire : revue hebdomadaire pour les enfants de chœur, 1934 [Gallica]

Insekty były na tyle częstą ludzką i zwierzęcą zmorą, by szybko uzupełnić szybko zmieniający się skład cyrkowej trupy. Dekoracje, rekwizyty, potrzebne podczas wystąpienia, jak i nawet (bywało!) ubiory pchlego asamblu mieściły się w małej, poręcznej skrzynce. Nie to, co całe wyposażenie prawdziwego cyrku. Jeździły zatem po świecie pchle zespoły ze swoim dyrektorem, który był zarazem i trenerem, jak i… karmicielem całej tej ekipy. 

Ilustracja z książki książce Bolesława Londyńskiego (1855-1928) „I ja to potrafię : rozrywki naukowe bez przyrządów”

Taki opis pchlego cyrku (który występował co prawda w Krakowie, ale poznańskie występy zapewne były zbliżone do tego scenariusza) znajdziemy w książce Bolesława Londyńskiego (1855-1928) „I ja to potrafię : rozrywki naukowe bez przyrządów”: 
Areną pchlego cyrku była niewielka taca, na której każdy z członków trupy mógł być dojrzany gołem okiem. Przede wszystkiem wprowadzono drobniutką karetę, prawdziwy majstersztyk miniaturowych cacek. Cztery, zaprzężone do niej pchły sporego gatunku przywiązane były do hołobli pasami; piąta siedziała na koźle jako stangret wymachując cienkim jak włosek biczykiem, przyczepionym do jej nieustannie poruszającej się łapki, i wreszcie szósta siedziała po za karetą, w charakterze lokaja. Pierwsze cztery pchły, starały się oczywiście, wydobyć z niewoli, ale ponieważ przytrzymywały je hołoble całe ich wysiłki ograniczały się na tern, że szły wolno posuwając się naprzód i pociągając za sobą maleńką karetę. Tuż obok karety dwie pchły odbywały pojedynek, podobnie jak chrabąszcze, któremi bawią się dzieci, przyczepiając te owady pionowo do kawałków miękiego wosku. Pchły były przywiązane do prostopadle stojących drobniutkich pręcików, a na łapkach miały umocowane kawałeczki drzewa, które, wskutek ruchu owadów, krzyżowały się lub zadawały ciosy, tak jak rapiry w rękach uczestników fechtunku. alej, mały wiatrak, któremu ruch obrotowy nadawała praca jednej pchły; przyczepiona za grzbiet wewnątrz budynku, obracała łapkami cylinder, który z kolei, obracał skrzydła wiatraka. Na uboczu jeszcze jedna członkini towarzystwa. Do jej łapki przymocowano łańcuszek, kończący się małą kulką. To więzień, skazany na galery. Nieszczęsny bądź szarpał łańcuchem, chcąc zrzucić go z siebie, bądź ciągnął go za sobą, ledwie dysząc z wysiłku. Jednakże przedstawienie na tern się nie kończyło. Właściciel cyrku pcheł posiadał jeszcze małą studnię, z której wiadro z wodą wyciągała pchła, czepiająca się łapkami cienkiej nitki, przeciągniętej przez blok i zastępu. Następnie ukazała się pchła w roli konia wyścigowego; oglądając ją przez lupę, nie trudno było zauważyć maleńkiego jeźdźca, harcującego na siodle, a wyciętego z jakkiegoś lekkiego materjału. [...] Przedstawienie zakończył wystrzał armatni, wykonany także przez jedną z bohaterek trupy. Widać stąd, że przedstawienie było nadzwyczaj zajmujące, jako dowód nietuzinkowej zręczności i ciekawego spożytkowania siły owadu, do którego ludzie nie mają osobliwej sympatji. Oczywiście pchły te, wbrew zapewnieniom ich właściciela, bynajmniej nie były tresowane i nie mogą wcale uchodzić za pchły uczone: są one po prostu przywiązane i wykonywują zadaną sobie pracę jedynie wskutek wysiłków, czynionych dla wydostania się z niewoli.” 
A tak wygląda przedstawienie na  archiwalnych taśmach



 
Była jeszcze inna strona przedstawień z pchłami. Ponoć zdarzało się, że któraś z aktorek… zwiała ze sceny. Cóż… była to swoista kara za oglądanie widowisk, na których męczono te biedne (?) stworzenia. Tak, tak… zdarzały się i dawniej protesty w obronie tych zwierząt. 

żart rysunkowy z Kurjera Świątecznego  z roku 1874


Niezwykłą personą w kulturze popularnej był sam dyrektor pchlego cyrku. Powstawało na jego temat mnóstwo dowcipów, naigrywano się z jego profesji, a sam Charlie Chaplin sparodiował go niezwykle udanie w swym filmie „Światła rampy” z 1952. Choć do historii przeszła, pochodząca właśnie z tego filmu pantomina, to warto też  obejrzeć znacznie wcześniejszy, nieco zapomniany obraz, w którym Chaplin wykreował po raz pierwszy postać brzuchatego dyrektora pchlego cyrku. W nieukończonym filmie z 1919 „The Professor” Chaplin wcielił się w profesora Bosco, brzuchatego właściciela pchlego cyrku. 

Skecz z filmu "Światła rampy" 1952



A tu zachowany fragment filmu "The Professor" 1919



----------------------
Tak czy inaczej ...  zdecydowanie wolę pograć w pchełki. (dla młodszych nieco: to gra zręcznościowa, która polega na wstrzeleniu do miseczki mniejszych krążków przy pomocy większego. Wygrywa ten gracz, który pierwszy umieści w miseczce wszystkie swoje krążki. Jednemu graczowi są przyporządkowane "pchełki" w jednym kolorze. ) 
------------

O nietypowych poznańskich rozrywkach poczytaj też:

01 kwietnia

Nieznane poznańskie historie


Rok 1931 miał być niezapomniany dla fanów Charlie Chaplina. Pociąg, którym miał słynny aktor podróżować do Witebska, zatrzymywał się na poznańskim dworcu zaledwie kilka minut. W 1931 roku Poznań odwiedził Chaplin. Był tu co prawda kilka minut, ale...

W 1934 roku odkryto na Zawadach ewenement na skalę światową! Podczas przewiertu pokładu granitu odkryto źródło, pachnące olejkiem miętowym. Nivea (wcześniej Pebeco) zawdzięczała swój sukces naturalnie aromatyzowanej źródlanej wodzie z Zawad. Co się stało z miętowym źródełkiem?

W kwietniu 1927 roku Poznaniacy licznie zgromadzili się przed Odwachem na Starym Rynku. W napięciu oczekiwali pojawienia się żołnierzy w historycznych mundurach z okresu powstania listopadowego. Zgodnie bowiem z zarządzeniem Ministra Spraw Woskowych o reprezentacji zewnętrznej armii, poznańskie DOK otrzymało kilkaset (!) kompletnych historycznych mundurów wojskowych wraz z rynsztunkiem. Tak ubrani żołnierze mieli odtąd pełnić wartę przed Odwachem. Warty przed odwachem w strojach historycznych


W 1930 roku zawiało grozą. Nowy Kurier donosił: Pożar lasu w Puszczykowie! Jak to? Ulubione miejsce wypoczynku Poznaniaków? Czy uda się coś uratować z cennego drzewostanu? Czy straż pożarna opanuje rozszalały pożar? Pożar puszczykowskiego lasu

W 1937 roku za sprawą Nowego Kurjera Poznaniacy dowiedzieli się o słynnej ucieczce słonicy Dory z poznańskiego Ogrodu Zoologicznego. Ucieczka słonicy Dory z poznańskiego zoo

Wiecie, że źródło "spod Bamberki" uznano za lecznicze w 1930 roku? Solankowe źródło pomnikiem Bamberki 

Wiecie, że w Poznaniu o mało nie powstała kolejka napowietrzna? O takich planach pisano w 1936 roku. Kolejka jak na Kasprowy Wierch... w Poznaniu


Wiecie, że już w roku 1934 rozpoczęto rozbiórkę Wieży Górnośląskiej? Kiedy tak naprawdę zaczęła się rozbiórka Wieży Górnośląskiej

W 1906 roku pojawiły się w Poznaniu informacje o walizce z Inowrocławia, w której znaleziono dziewczynkę w letargu. Dziecko znalezione w walizce


Wiecie, że w 1905 roku na kominie Cegielni parowej na Starołęce zawisł balon wojskowy? Balon zaczepiony o komin na Starołęce

W 1905 roku w Parku Wiktorii pojawił się olbrzymi orzeł, który uciekł z menażerii w Genewie. Orzeł, który wystraszył mieszkańców Poznania

09 lutego

Nie taki miły ten bałwan, jak go… lepią


Taka zima jak ta, zachęca do zabawy na świeżym powietrzu. Niektórzy przypominają sobie przyjemność jazdy sankami,  a inni porzucają się śnieżkami lub ulepią bałwana. Wyrośliśmy w kręgu wyobrażeń o okrąglutkim i sympatycznym bałwanku z utoczonych śnieżnych kulek, z marchewkowym nosem i w starym zniszczonym kapeluszu.  Takim jak ten z bajki Andersena, co zakochał się w piecyku. Co prawda, jak to z sympatycznymi stworzeniami bywa, twórcy horrorów próbowali nam nieco odsłodzić  ten wizerunek. Tak powstał an przykład bohater dwóch części horrorów o Jacku Frost – skazanym na śmierć więźniu, który pod wpływem mutagennych substancji staje się śniegowym bałwanem i zaczyna mordować mieszkańców miasteczka Snowmonton. Eeee… I kto by się na to nabrał… Bałwanki są słodkie, są uroczym symbolem zimy i jeśli ich miejscem nie jest zaśnieżone podwórko, to niech chociaż zawiśnie jako ozdoba na świątecznej choince.

Ilustracja z bajki H.C. Andersena ok. 1871 Lorenz Frølich -[Wikipedia] 

I to miał być zwykły tekst o retro bałwanku z czasów prababci, a dokładnie jej dzieci: dziadka i jego sióstr, dzieciństwa przypadającego na początek XX wieku, mniej więcej o latach 1905-1914. Tekst o zimowych zabawach na śniegu dzieciaków  przed I wojną światową. Wpis okraszony reklamami bałwanków z ówczesnych reklam świątecznych i ilustracji z dawnych gazet i książek dziecięcych. Kilka szczegółów przykuło jednak moją uwagę na tyle, żeby jednak uważniej się przyjrzeć postaci bałwana, jego ewolucji i jego… hmm… nieco mroczniejszej stronie charakteru. Wszystko wskazuje na to, że to właśnie na przełomie XIX i XX wieku usposobienie tej śnieżnej postaci złagodniało, coraz bardziej zacierając pierwotne znaczenie tej zimowej zabawy, a może raczej jednak magicznego pradawnego obrzędu? Nie uprzedzajmy jednak faktów.

Ilustracja z książki Jadwigi Warnkówy, Wiejskie uciechy Władzia i Zosi, 1899



Słownik języka polskiego pod red. W. Doroszewskiego


Czy bałwan mógł chodzić?

Na większości ilustracji z tego czasu widzimy zwykle już klasycznego bałwana, składającego się z trzech kul, z których największa przedstawia jego dolną część, środkowa, nieco mniejsza –  jego tułów, a górna najmniejsza stawała się jego głową. Czasem jednak toczenie kul służyło jedynie zebraniu odpowiedniej ilości śniegu, by zbudować olbrzymią postać, najwyraźniej wyposażoną w nogi. Czasem te nogi symbolizowane były przez dwie, oddzielne mniejsze kulki, ale czasem rzeźbiono całkiem wyraźne dwie nogi, sugerujące, że bałwan… może chodzić, a zatem może i nawiedzać ludzkie domostwa.  Może dlatego bałwana niszczono po zbudowaniu? Tak, tak… bitwa z bałwanem na śnieżki była kiedyś ważnym elementem tej zabawy. Nie zawsze bowiem poczciwy Bouli (to taki sympatyczny bałwanek z francuskiej kreskówki dla dzieci) miał szansę doczekać ocieplenia i po prostu zniknąć z powierzchni ziemi, roztapiając się w promieniach wiosennego słońca.

Śnieżki i bałwan ok. 1882 roku 
[Wikipedia]

 bałwan, ‘słup, bryła (soli)’, łac. bancus, przeniesione (późno) na ‘nieruchomych, ciężkich’, ‘głupich’; przed wiekami na ‘słupy-bożyszcza’, stąd bałwan, ‘bożek, idolum’, bałwochwalca (skrócone z bałwanochwalca); tak samo w węgierskiem; przeniesione i na ‘fale morskie’, bałwany (a te dowolnie na bałchany przekręcone, od gór bałkańskich, — jeśli nie raczej odwrotnie, z gór na fale?). Słowo zagadkowe, powszechne u Słowian, u Serbów i Słowieńców: ‘bożek’ i ‘belka’. U Czechów nigdy ‘bożkiem’ nie bywał, tylko ‘kłodą’. Na Rusi w 18. w. franc. idole przez bałwanczik oddają, zresztą bołwan, ‘kloc, kłoda, głupiec’; w cerk. tylko ‘kłoda’; stąd węg. bálvány, ‘bożek’, ‘słup jego’. Wyraz przybył ze Wschodu, ale jak i skąd? Jedni wywodzą go z starotursk. balbal, ‘słup zwycięstwa nad zabitym wrogiem’; drudzy z pers. pahlawan, ‘bohater’, przez kirgiskie palwan, balwan, ‘bohater’, ‘słup na cześć jego (bożek)’, ‘kloc, głupiec’. Z tegoż perskiego pahlawan ma pochodzić i turec. bałaban, ‘wielki’ i nazwa ‘sokoła’, znane u południow. Słowian (u Serbów: ‘wielki’, ‘czapla’) i na Rusi (‘sokół’, ‘bałwan’, ‘wielki garnek’), a w dziejach Lwowa jako imię osobowe znaczne (jepiskop Bałaban, przeciwnik unji r. 1595; w 19. w. kupiec Bałaban); u nas z wszelką pewnością od Rusi, jak i bałabuchy, ‘ciasta’; bałaburki, ‘ziemniaki’, co od bałabana, ‘wielkiego’, przezwane. - Aleksander Brückner, Słownik etymologiczny języka polskiego, 1927, Kraków

Walka z bałwanem, Moje Pisemko: tygodnik obrazkowy dla dzieci  1920 


Uzbrojenie

Klasyczny bałwan jest uzbrojony. Czasem jest to zniszczona miotła, łopata, a czasem po prostu uschnięta gałąź. 

Elementarz polski poznański, ułożony podług mięszanej metody pisania i czytania, Poznań 1899

Reklama z tamtego okresu w ręce bałwana zamiast broni wkłada w jego ręce (jeśli je ma) po prostu choinkę. Bałwan był wygodnym narzędziem ówczesnego marketingu. Nie odwoływał się do symboli religijnych, a stawał się jakby łącznikiem pomiędzy światem przyrody (lasem) a światem ludzkim a na dodatek przynosił choinkę, zieloną, do ubrania. W tej roli często towarzyszył Gwiazdorowi czy świętemu Mikołajowi. 

Stary szapoklak, czy nocnik?

Głowa bałwana musiała mieć nakrycie głowy. Zwykle przybierano ją tym, co było pod ręką. W mieście mógł temu służyć stary cylinder czy kapelusz, na wsi zepsuty koszyk lub dziurawe wiadro. Na ilustracjach widzimy też mniej codzienne ozdoby, takie jakie nocnik, czy metalowy lejek. W braku czegokolwiek lepiono imitację czapki czy kapelusza ze śniegu. Bałwany z gołą głową są znacznie rzadsze. Szalik pojawia się później.

Tu na rycinie z 1899 według obrazu E. Kronbergera widzimy na głowie bałwana... lejek

A tu stare wiadro. Przyjaciel Dzieci. 1915 r.

Natomiast na ilustracji  Gertrud Caspari  z 1925 roku czyżby stary czajnik?

Czasem… na bałwaniej głowie pojawiają się… hmmm….. włosy? Wykonane z jodłowych gałązek, czy patyczków sprawiają dość dziwne wrażenie, tak jak na tej poznańskiej reklamie z 1909 roku. Co ciekawe podobne przybranie głowy znalazłam na rosyjskiej kartce z…1917 roku.

fragment poznańskiej reklamy z okresu Bożego Narodzenia. Skład żelaza, lamp, szkła i porcelany Z.Mazurkiewicza z ul. Wrocławskiej [Dziennik Poznański 1909 r.]
 
fragment rosyjskiej pocztówki z 1917 r. 

Węgielki i marchewka

Do przybrania postaci wykorzystywano to, co znalazło się zimą pod ręką. Oprócz węgielków i marchewki mogły temu służyć kamienie, ziemniaki, kawałki patyczków. Ponoć też na początku XX wieku można było kupić w sklepach specjalne zestawy do przybrania bałwana. Na pewno jednak bałwan miał cechy człowieka, albo postaci przypominającej ludzką, i to zazwyczaj ubranej, bo symbolicznie „ubierano go” w guziki. Czasem jednak rzeźbiono mu twarz, próbując mu nadać ludzkie cechy. Na niektórych pocztówkach widać dzieci z kopystkami, które służyły uplastycznieniu bałwaniej fizjonomii.
Na bałwani nos, nieważne czy z marchewki czy z buraka, często czaiły się zające.  Ilustracja Polska 1931 r.

Alkoholik i nikotynista

O ile w Stanach wykorzystywano bałwana do reklamy alkoholu, o tyle u nas jego nieodłącznym atrybutem była fajka lub (w wersji nowocześniejszej) cygaro. Fajka, czy to stara i przepalona od dziadka, czy zrobiona z gałązki z szyszką, to częsty atrybut bałwana w tym okresie. Ten motyw powtarza się często na ilustracjach i w opisach lepienia bałwana w ówczesnych czasopismach dla dzieci czy opowiadaniach. Współczesne bałwany, jak widać, wykazują się większą wstrzemięźliwością. A może wspomniana fajka miała służyć jako atrybut męski? Bałwan bez wątpienia był facetem.

Pocztówka noworoczna, 1910 r. [Polona]

Bałwan z cygarem i kominiarz pocztówka wyd, Niemcy,ok.1931 r. [Polona]

Olbrzym

Jeżeli warunki pogodowe temu służyły to budowano śnieżnego olbrzyma. Im większy, tym lepszy i zabawa przedniejsza. Nierzadko widać, że bałwan jest olbrzymem, więc do jego budowy potrzebna była nawet… drabina.


ilustracja z książki Elwiry Korotyńskiej ,  Wesoła zabawa. 1931


Przyjaciel Dzieci 1875 r.

W kręgu 

Zabawa z bałwanem nie kończyła się zwykle na jego budowie. Tańczono wokół niego, trzymając się za ręce, śpiewając zwykle wesołe, wymyślone na miejscu piosenki. Czy to echo jakiś dawnych obrzędów? A potem… przystępowano do destrukcji.

Bałwan, drzeworyt z 1511 r. [Wikipedia]

Le Courrier français, 1908 r.

Zniszczyć, rozwalić, ugotować…

Cała ta misterna robota nie zawsze służyła budowie ozdoby podwórka, czy postawieniu swoistego, zimowego stróża, który miał pilnować obejścia. (Spotkałam się z też z bałwanem z latarnią, który bardziej przypominał stróża). Bałwana należało zniszczyć. W wielu opowiadaniach dla dzieci zetknęłam się z opisem bitwy na śnieżki, staczanej z bałwanem. Oczywiście stroną przegraną był właśnie bałwan. Resztę zniszczenia dokowały już rączki i nóżki ówczesnych milusińskich. Jakże doskonały i intuicyjny sposób na odreagowanie złości dla dzieci. Dzisiejsza psychologia byłaby przyklasnęła tylko temu pomysłowi. Poza tym można następnego dnia można było zacząć zabawę od nowa. Czy jednak tylko to? Na najstarszej, zachowanej ilustracji z Godzinek  Getijden-en gebedenboek  z roku 1390 widzimy bałwana na ruszcie… a zatem idea zniszczenia śnieżnego potwora okazuje się znacznie starsza. 

Najstarszy, dotychczas znany wizerunek bałwana ( i to bałwana na ruszcie) z  ok. 1390 r. Getijden-en gebedenboek; [Wikipedia]

Wszystko wskazuje na to, że zniszczenie bałwana miało zagwarantować wcześniejsze nadejście wiosny, urodzajne lato. Pamiętajmy – zima była okresem trudnym, niebezpiecznym i choć dawni ludzie tłumaczyli sobie jej istnienie jako naturalny porządek rzeczy, pozwalający przyrodzie odpocząć i odrodzić się wiosną na nowo, to jednak ta pora roku wymagała od człowieka wielu wyrzeczeń, przygotowań i dużej siły przetrwania. Im krócej trwała, tym lepiej. Szczególnie dokuczliwa była tam, gdzie trwała najdłużej i była najsroższa. Istnieją hipotezy, że w rosyjskiej mitologii bałwany były wyobrażeniem duchów zimy, które proszono o miłosierdzie i skrócenie czasu trwania zimna i mrozu. Szybkiemu odlotowi w niebo służyć miała trzymana w rękach miotła (tak jak i czarownicom?) Rzeźbiono tam także śnieżne baby, a niekoniecznie śnieżniki, czyli postacie męskie.

Ilustracja Adriana Ludwiga Richtera (1803-1884), 
Posener Jugendkalender 


  W Zurychu zachował się wyjątkowy rytuał niszczenia bałwana. W święto Sechseläuten (kiedyś obchodzone w dzień równonocy wiosennej, dziś w trzeci poniedziałek kwietnia) spala się postać bałwana Böögg, symbolizującego zimę. Bałwan jest szmaciany, ale nadziany materiałami wybuchowymi. Tradycja głosi, że czas pomiędzy podpaleniem stosu a wybuchem jest wskaźnikiem nadchodzącego lata. Im to krótszy czas tym cieplejsze i bardziej słoneczne lato się zapowiada. A tak na marginesie - szwajcarski Böögg zachował swoją fajkę. 

Święto Sechseläuten w Zurichu w 1910 roku Sechseläuten 1910 - Sechseläuten – Wikipedia

Podobne zwyczaje spotkamy i w innych krajach. W tzw. Różową Niedzielę (Laetare) czyli IV niedzielę Wielkiego Postu, gdy kapłan w kościele katolickim może ubrać ornat koloru różowego, w niektórych niemieckich miejscowościach, świętuje się tzw. Sommertagszug, podczas którego pali się bałwana ze słomy.  Zaś w Segedynie, na Węgrzech, pod koniec zimy bałwanki spychano do rzeki Cisy. 

Bałwan polityczny

Bałwana kojarzono z osobą głupią, nierozgarniętą, a wyzwisko "Ty bałwanie" raczej nie należy do uprzejmych. Nie tylko w Polsce określenie bałwan ma zabarwienie pejoratywne. Na Litwie bałwan nazywany jest bezmyślnym. Na znak protestu przeciwko litewskiemu rządowi, zimą 2005 r., Litwini ulepili 141 bałwanów w pobliżu swojego parlamentu - po jednym dla każdego posła. Historia politycznego lepienia bałwanów jest znacznie dłuższa.  Ot choćby podczas wyjątkowo śnieżnej zimy w 1511 r. w Brukseli mieszkańcy ulepili ponad 100 bałwanów. Część z nich była satyryczna, część przedstawiała nawet sceny dość obsceniczne, ale znalazły się i takie o charakterze politycznym. 

W 1909 roku w Berlinie, w Tiergartenie ulepiono bałwana, który stał się obiektem wycieczek berlińczyków. Otóż zręczny artysta w śniegowej postaci wiernie odtworzył postać ówczesnego kanclerza Bűlowa. Spór artysty z fotografem, który chciał zarobić na odbitce pocztówki ze śnieżnym księciem Bülowem stała się zarzewiem procesu o prawa autorskie, o którym chętnie wspomniała poznańska prasa, jako że książę Bernhard von Bülow, niemiecki polityk, dyplomata, kanclerz II Rzeszy oraz premier Prus w latach 1900-1909 nie był zbyt lubiany w Poznaniu ze względu na swoją antypolską politykę. 


Postęp styczeń 1910 r.

Motyw bałwana był często wykorzystywany przez satyryków. Tak jak w poniższej satyrze na koalicję Niemiec i AustroWęgier na początku 1915
Satyra na sojusz Niemiec i Austrio-Węgier na początku I wojny światowej. Czasopismo  Mucha 1915 r. 



Pełna bibliografia u autorki.

Inne źródła:

Outrageous Postcards and Ads of Snowmen Gone Wild | Arts & Culture | Smithsonian Magazine

The History of the Snowman - Bob Eckstein - Google Książki

Winter's Effigies: The Deviant History of the Snowman - Atlas Obscura

Krótka historia bałwana | Nowy Dziennik

Jeszcze kilka dziecięcych wierszyków ;)

Słówko 1934

Światek Dziecięcy : bezpłatny dodatek do Przyjaciela Dzieci. 1911

Mały Przewodnik 1933.



Światek dziecięcy 1911 r.




 



31 stycznia

Łyżwy skandynawskie "ski" zwane czyli pierwsze narty w Poznaniu


*ul.. Berlińska - obecna Dąbrowskiego

Źródło Informacji: Wielkopolanin 1899 r.
Noworoczna pocztówka z 1912 roku , druk. Lipsk [Polona]