Ta droga do własnych czterech kątów też nie była usłana różami. Jeden wuj, jak wynika z opowieści rodzinnych, podróżował kilka (!) razy do Ameryki, zanim za zarobione pieniądze udało mu się założyć małą trafikę (czyli sklep z tytoniem), a potem odłożyć na własne mieszkanie na Wildzie. Siostrzany pradziadek kroił garnitury berlińskim elegantom, by powrócić do kraju po 1919 roku. Kupuje on wówczas mieszkanie na reprezentacyjnych Alejach Karola Marcinkowskiego. Dziadek Aleksander jako uczeń i później czeladnik piekarski meldowany jest pod adresami kolejnych mistrzów, u których pobiera nauki. Sypia zapewne gdzieś w pokoikach za piekarnią, jak i setki młodych adeptów zawodu. Na własnym, w Poznaniu, zamieszkał dopiero po II wojnie światowej.
Jednak wcześniejsze wpisy w kartotece meldunkowej wszystkich moich krewnych (ale i innych, zwykle mniej majętnych mieszkańców Poznania) to dziesiątki (!) zapisów drobnym maczkiem. Przeprowadzki co kilka miesięcy, czasem tylko do sąsiedniej kamienicy. Trudno dziś to pojąć. Co tak gnało z miejsca na miejsce naszych pradziadków? Czy tylko szukanie lepszego miejsca na Ziemi? Tam będzie lepiej? Może w końcu, gdzieś w innym miejscu, podły los się odmieni?
Mijam mural z wierszem Stanisława
Barańczaka i wciąż na nowo odczytuję sens tych kilku wersów:
Jeżeli porcelana to
wyłącznie taka
Której nie żal pod butem tragarza lub
gąsienicą czołgu,
Jeżeli fotel, to niezbyt wygodny, tak
aby
Nie było przykro podnieść się i odejść;
Jeżeli
odzież, to tyle, ile można unieść w walizce,
Jeżeli
książki, to te, które można unieść w pamięci,
Jeżeli
plany, to takie, by można o nich zapomnieć
gdy nadejdzie czas
następnej przeprowadzki
na inną ulicę, kontynent, etap
dziejowy
lub świat
Kto ci powiedział,
że wolno się przyzwyczajać?
Kto ci powiedział, że cokolwiek
jest na zawsze?
Czy nikt ci nie powiedział, że nie będziesz
nigdy
w świecie
czuł się jak u siebie w domu?
Jakże dziś nam
wygodnie, jak bardzo się zasiedzieliśmy. A ja wciąż przed oczami
mam te kartoteki, zapisane drobnym maczkiem. Dziesiątki, czasem
setki adresów. Dlaczego? Już wiem, że nie znajdę jednoznacznej
odpowiedzi. Trzeba by się wgryźć w tamten czas, przyzwyczajenia,
nawyki, działania z rozpędu, uświęcone niepisaną tradycją.
Trzeba by zobaczyć tamten Poznań przełomu wiek XIX i XX z nowymi
budującymi się kamienicami, nagle eksplodujący na zewnątrz, na
przedmieścia, poza fortyfikacyjne mury twierdzy. Nowe budynki, nowe
miejskie tereny Jeżyc, Łazarza. Gdy nadchodził dozwolony prawem
czas przeprowadzki w dzikim pędzie szukano po prostu nowego miejsca na ziemi.
 |
| Firma przewozowa Jana Murkowskiego była jedną z ważniejszych firm przewozowych Poznania |
Czasem motorem był awans
społeczny, innym razem do zmiany adresu pchały problemy finansowe. Bywało, że żyć
nie dawał pobliski rzemieślniczy zakład, wilgoć, insekty, dymiące
piece, których nie chciał nareperować administrator domu. Trzeba było przenieść się do odległej dzielnicy
miasta, bo wymagała tego zmiana pracy. A może uprzykrzał życie
awanturujący się sąsiad za ścianą, albo „niezwykle muzykalna”
sąsiadka z góry? Trzeba było zostawić za sobą przykre
wspomnienia, którymi przesiąknięte były ściany: rozstania,
chorobę, śmierć bliskich. Przeprowadzano się też z rozpędu, bo
„tak trzeba”, „tak się robi”, taki był zwyczaj. Kończyła
się umowa, administrator podnosił czynsz, a przeprowadzki
sankcjonowane były w wyznaczonych przez policję terminach
kwartalnych.

Zazwyczaj jednak do
przodu pchały marzenia o awansie społecznym. Lepsze piętro,
bardziej widne mieszkanie, bardziej prestiżowa lub bezpieczniejsza
dzielnica. Z bocznej oficyny do frontowej, z ciasnej klitki „na
czwartym”, do bardziej reprezentacyjnego „na drugim”, z
Chwaliszewa na Długą, z Garbar na Wilhelmowską, z prawego brzegu
Warty na lewy. Równolegle, w drugim kierunku spychała bieda,
degradując. Zamożny onegdaj kupiec, zlicytowany wraz z rodziną
lądował w zapluskwionej, zatęchłej norze na przedmieściach, zaś
inwalida-robotnik miał i tak szczęście, gdy znalazło się dlań
miejsce w przytułku. Toczyły się wozy z meblami i dreptali ludzie
z dobytkiem w obie strony.
 |
| Przeprowadzka świętojańska w Warszawie, pocztówka z ok. 1900 roku, Biblioteka Narodowa [Polona] |
Jest początek
lipca, zaraz po świętym Janie, a może pół roku później, na
Świętego Michała. W całym Poznaniu panuje nieznośny rwetes i
zamieszanie. Po brukowanych ulicach w jedną i drugą stronę toczą
się wielkie wozy i wiejskie furmanki, na których piętrzą się
stosy mebli. Na pchanych ręcznie, mniejszych wózkach też podskakują dziarsko szafy,
krzesła, lustra, węzełki z bielizną, brzęczy porcelana upakowana w wiklinowe kosze od bielizny. Tam wiozą fortepian, tam spuszczają wielką komodę
przez okna, bo zator się zrobił na schodach. Coś spadło z
furmanki, komuś potłukła się cała zastawa stołowa. Lament słychać na całą ulicę.

Biedniejsi przenoszą swój lichy dobytek
na swoich plecach. Przeprowadzka noworoczna, wielkanocna,
świętojańska, świętomichalska. W dozwolonym i ogłoszonym przez
policję terminie. Kto nie zdąży na czas – może zapłacić
grzywnę a nawet grozi mu kara więzienia. Bywa, że przeprowadzają
się całe kamienice. Tu ktoś się wyprowadza, tam na podwórku
piętrzy się stos gratów, na którym czeka w napięciu cała
rodzina, bo poprzedni lokatorzy jeszcze nie opuścili mieszkania.
W
sklepach też rojno. Kupcy nie przepuszczą takiej okazji. Trzeba
przecież wymienić to co stłuczone, kupić nowe firanki, czasem
dostawić nowe łóżko. Nie mniej roboty mają rzemieślnicy – tu
trzeba naprawić zegar, tam poprawić wentylację, bo piec dymi, a
niektórzy zdecydują się przemalować ściany. Wszystko w
niewiarygodnym pośpiechu.
Nie można zapomnieć o zgłoszeniu
nowego adresu. W pruskim porządku nawet niebieskie ptaszki muszą
„być na oku”.
„Meldowanie
ułatwia odszukanie osób, n.p. w miastach większych, nastręcza
sposobność do kontrolowania miejscowego ruchu ludności i ułatwia
nadzór nad osobami podejrzanemi, które przez częste zmiany
mieszkania i miejsca pobytu chcą sobie ułatwić popełnianie
przestępstw i usunąć się od odpowiedzialności. Z tego powodu
istnieje obowiązek meldowania jako środek policyi miejscowej, nawet
w państwach, które zaprowadziły wolność paszportową (n.p. we
Włoszech, w państwach niemieckich)” - zauważa Franciszek
Kasparek w swej „Nauce administracyi i prawie administracyjnym
austryackim”.
 |
| fragment zapisków na karcie meldunkowej |
A meldować się
trzeba ekspresowo po zmianie adresu – miało się na to zaledwie
trzy dni, a obcokrajowcy musieli powiadomić władze o swym przybyciu
do miasta nawet w przeciągu doby. Na dodatek zobowiązani do
przekazania takiej informacji byli zarówno zmieniający lokum, ale
również gospodarze domu, czy podnajmujący pokój, a nawet rodzina,
która gościła przybywającego z prowincji krewnego. A w
kartotekach meldunkowych nie zapominają odnotować przy okazji
informacji o ślubie, zawodzie, wyznaniu, u kogo się ów kąt
wynajmuje albo u kogo z rodziny się ktoś zatrzymał. Pojawiają się
też różne tajemnicze dopiski, czasem (jeśli osobnik był
szczególnie ciekawy dla policji) nawet podkreślane na czerwono.
Numery spraw sądowych, kto siedział w ulu (jak się wówczas
nazywało więzienie), a który nieszczęśnik „wylądował” na
leczeniu w Owińskach. Kiedy poszedł ktoś do wojska, a kiedy ze
służby wrócił. Gdzie był i dokąd odjechał. Nawet panie lekkich
obyczajów mają odnośne zapisy w swych kartotekach. Jednak
najczęstsze wpisy dotyczą zwykłych, obywatelskich powiadomień o
zmianie miejsca zamieszkania.

Z częstym przenoszeniem się ściśle związany był też proceder zmiany służby w miastach, a na wsiach dotyczył on także zatrudniania innych pracowników najemnych. Pracę czy służbę dogadywano (godzono) na określony czas, zazwyczaj na kwartał, choć bywało, że i na rok lub (w miastach) coraz częściej na miesiąc. Elżbieta Bederska, autorka poradnika „Dobra służąca czyli co powinnam wiedzieć o służbie i na służbie?”. wydanego w Poznaniu w 1909 roku, przypominała, że służąca, umówiona na pracę kwartalną winna zgłosić się na służbę drugiego dnia rozpoczętego kwartału, a więc 2. stycznia, 2. kwietnia, 2. lipca, 2. października. To zwykle dzień po przeprowadzce. Dokładny termin zmiany służby w Poznaniu wyznaczała policja i podawała do wiadomości ogólnej wraz z terminem "zamiany mieszkań".
Mieszkania również godzono na kwartały, często płacąc za taki właśnie czas (lub jego kilkakrotność). Dopiero po upłynięciu czasu umowy można było zmienić lokum. W przeciwnym razie trzeba było zapłacić za umówiony czas. Za niezastosowanie się do przepisów i opuszczenia mieszkania w terminie przeprowadzki do wyznaczonej godziny można było ponieść wysoką karę. W 1909 roku była kara grzywna do 30 marek albo więzienie.
 |
| Interes spedycyjny Jana Murkowskiego dysponował różnymi środkami transportu |
Gdy spodziewano się
zwiększonego ruchu lub mogły być problemy z zapewnieniem
wystarczającej liczby wozów i tragarzy (jak na przykład w czasie
wojny) policja decydowała się wyznaczyć osobne dni na
przeprowadzkę z mieszkań małych jedno lub dwupokojowych, a w kolejne dni z większych lokali.

Terminy przesuwano
głównie ze względu na przypadające niedziele i święta, zarówno
katolickie, protestanckie jak i żydowskie. Przeprowadzały się lub
pomagały w transporcie bowiem całe rzesze ludzi, różnych wyznań.
Nieraz powodowało to też sporo zakłóceń w innych usługach, gdyż
pracownicy innych branż zachęceni dodatkowym wysokim zarobkiem,
rzucali swoje podstawowe zajęcie. W Poznaniu funkcjonowało sporo
firm spedycyjnych, ale nie były one w stanie zaspokoić olbrzymiego
zapotrzebowania w tych konkretnych dniach. Do znanych firm należały
firmy: Barczyńskiego z Wielkiej Berlińskiej, Błaszyka z
Rycerskiej, Freudenrich&Cynka z Rycerskiej, Helvetia z Wielkiej
Berlińskiej, „Express””Kuczkowskiej i chyba najbardziej znana
Murkowskiego z Długiej.

Terminy
przeprowadzek były dość stałe. Mniej popularne były 1 stycznia
– tzw. przeprowadzka noworoczna i 1 kwietnia – nazywana
przeprowadzką wielkanocną. Jednak dwa terminy w roku były
popularniejsze: przypadająca na 1 lipca przeprowadzka świętojańska
(po dniu św. Jana 24 czerwca, w Warszawie zwykle to 8 lipca) i 1
października – przeprowadzka świętomichalska (po dniu świętego
Michała 29 września).

Co ciekawe – na przykład w Warszawie –
bardziej popularna była przeprowadzka świętojańska, przypadająca
tam na 8 lipca, a dla wielu rodzin bardziej zamożnych związana w
ogóle z czasową likwidacją mieszkania w mieście na rzecz
„letniego mieszkania” prawie całej rodziny na wsi. Tam, w
mieście, na okres letnich miesięcy, pozostawał nieraz jedynie
pracujący ojciec rodziny, więc uważano, że „Dwa są terminy w
naszym narodzie: na Święty Michał i – Świętojański/ Pierwszy
– lud wiejski dzierży w odwodzie/ Drugi – to termin klasy
mieszczańskiej”. W Poznaniu jednak znacznie popularniejszym
terminem na zmianę lokum była właśnie jesień. W 1888 roku na
łamach „Wielkopolanina” , opisywano „obraz wielkiego
zamięszania(!) w Poznaniu z powodu przeprowadzki, która największą
jest na św. Michał”. 11 lat później, redaktor Postępu,
podsumowując przeprowadzkę wielkanocną zauważa też: „jak
dawniej tak i w tym roku wielkiej przeprowadzki nie było. Jak
wiadomo u nas głównie na ś[w]. Michał się przeprowadzają”.

Pod koniec XIX wieku
wraz z budową nowych budynków przeprowadzki stają się bardziej
ożywione. „Mianowicie poszukiwano mieszkań okazałych,
odpowiadających wymaganiom obecnym. Toteż wynajęto wiele mieszkań
w nowych kamienicach, nawet takich, które jeszcze nie wyschły” –
donosił Goniec Wielkopolski w 1881 roku. A w 1889 roku Orędownik
zauważał: „nie ma prawie domu, gdzieby się przynajmniej jedna
rodzina nie przeprowadzała”. Początek XX wieku to wielki rozwój
przedmieść poznańskich. Świeżo przyłączone do miasta Jeżyce,
Wilda i Łazarz zabudowują się gęsto wysokimi budynkami
mieszkalnymi. Podobnie na Chwaliszewie, małe domki rzemieślników
zastępowane są okazałymi kamienicami. Nowe pomieszkania
przyciągają wielu chętnych.
Niezwykle duży ruch
panował w 1907 roku, więc przeprowadzka trwała nieomal cały
tydzień:
„Już na kilka dni przed pierwszym wielkie wozy
transportowe zaległy wszystkie ulice starego miasta i przedmieść.
Przenoszenie mebli w ulicach więcej ożywionych tamowało nieraz
ruch na chodnikach. Dopiero od wczoraj cokolwiek się uspokoiło. Do
zmiany mieszkań przyczyniła się w roku bieżącym niemało
działalność policji budowlanej, która bardzo wiele mieszkań,
zajętych przez ludność mniej zamożną, uznała za niezdrowe i tym
sposobem zniewoliła mieszkańców do przeprowadzki. W ślad za
przeprowadzkami idzie wielce ożywiony ruch budowlany. Liczne starsze
kamienice ustępują miejsca nowoczesnym gmachom wielkomiejskim.
Zyskuje na tym wygląd miasta, lecz tracą lokatorzy, którzy w
pięknych kamienicach płacić muszą piękne komorne” – wzdychał
redaktor Kuriera Poznańskiego.
Natomiast w Wielkopolaninie tego roku
zauważano, że „wielu lokatorów przeniosło się ze starych domów
w dolnej części miasta w górną na przedmieścia, gdzie pobudowano
domy według najnowszych wzorów z wygodami nowoczesnemi.”
Nie zawsze wszystko
przebiegało bez zakłóceń. Czasem szyki mieszała pogoda, tak jak
ulewa w 1889 roku, która to „przyprawiła mianowicie biedniejsze
rodziny o niemałe straty”.
Zdarzały się
drobne szkody, jak zgubiony w drodze z ulicy Półwiejskiej ku
Ogrodowej męski trzewik sznurowany. (Przyznawać się, czyj to
pradziadek zamieszkał w 1889 roku przy ulicy Piotra nr 6 parter na
prawo?) Czasem koszty przeprowadzek były poważniejsze. W 1905 roku
„na ulicy św. Marcina pewien woźnica jadąc wozem uderzył we wóz
meblowy, strzaskał drzwi w nim tylne, a w środku wozu szafę i
drobne przedmioty”. Wozy nie wytrzymywały ciężaru, załamywały
się, a wówczas dobytek spadał na ulicę i się niszczył. Nagminne
były kradzieże.

Niestety, bywało i gorzej. W 1881 roku robotnik z
Grobli spadł z wozu meblowego, który do tego „przeszedł mu przez brzuch
i obie ręce. Nieszczęśliwego przewieziono do lazaretu miejskiego”.
W Kargowej, w 1897 roku, z powodu przeprowadzki usunięto poręcze
schodów, by zmieścić niesione meble. Niestety –niejaka Wolterówna, córka miejscowego żandarma, nie była dość ostrożna,
straciła równowagę i spadła ze schodów do sieni, „z powodu
czego odniosła tak ciężkie rany, że lekarze powątpiewają o
utrzymaniu jej przy życiu” – jak informował poznański
Orędownik. Bardzo tragiczna była również przeprowadzka
świętomichalska w 1913 roku. Pomiędzy stacjami kolejowymi w
Dopiewie i Dąbrówce z toru kolejowego do przeprowadzki chciał
skorzystać pewien z niższych urzędników kolejowych. W tym celu na
lorkę kolejową (mały wagon, a może w tym przypadku drezyna)
zapakował meble, żonę i dziecko. Niestety – nagle nadjechał
pociąg pospieszny. Żona nieszczęśnika zginęła na miejscu, a
dziecko zostało bardzo poranione.

Przeklinano czas przeprowadzek, narzekano na ponoszone koszty, podliczano straty i… szukano kolejnego lokum. Była to swoista gra pomiędzy właścicielami kamienic, podnoszącymi czynsz, a lokatorami, którzy chcieli nieco zagrać im na nosie. Nie da się jednak ukryć, że przeprowadzki były częstym i znaczącym wydarzeniem w życiu naszych przodków. Może nawet i swoistą rozrywką. O tym, jak wiele znaczyły te zmiany mieszkań dla ówczesnych mieszczuchów najdobitniej świadczą żarty, krótkie wierszyki i humoreski, liczne w ówczesnych czasopismach satyrycznych. To świadectwo czasu, który przeminął bezpowrotnie.
Były i pozytywne
aspekty przeprowadzek. Opowiedziała o nich pewna gospodyni domowa z
Wilna w Kurierze Litewskim w 1908 roku. Nie zdziwiłabym się, gdyby praktyczne Poznanianki zgodziły się też z tymi słowami:
"Wiesz pan przecie, iż w Wilnie mieszkam już dość dawno i z tak liczną rodziną [...]Otóż zapewniam pana, iż w żadnem mieszkaniu nie przemieszkaliśmy dłużej niż 2 do 3 lat, choć miewaliśmy dobre i pod pod każdym względem dogodne. Lecz taki już mój system stały, na który mąż mój zgadza się w zupełności. Trzeba bo panu wiedzieć, że w każdym. domu, liczniejszym średnio zamożnym, w miarę, czasu i nieznacznie, nagromadza -się w domu mnóstwo rzeczy zgoła niepotrzebnych, stanowiących jeno arcy niepożądany balast w gospodarce domowej. Oto każda przeprowadzka jest jednocześnie okresem pozbycia się tego balastu; bądź to w drodze darowizny, bądź sprzedaży, bądź też nawet za pomocą bardzo zwykłego wyrzucenia na śmietnik.
A dalej. Nawet przy najściślejszej przestrzeganym porządku domowymi skutkiem właśnie tego mnóstwa różnorodnych gratów i przedmiotów, nawet najlepsza gospodyni może stracić z oczu wiele z nich rzadziej używanych, a niemniej przeto cennych i koniecznych. I skutkiem tego ulegają one często zniszczeniu, zaniedbaniu, lub – zdarza się – giną. Przeprowadzka tedy: bywa lustracją generalną, która wyciąga na jawę wszelkie grzechy i zapomnienia i zniewala do kontroli, naprawy, dopełnień itp. czynności nieodzownych.
Również skutkiem przyczyn powyższych wiele kątów, stale zapchanych gratami, staje się niedostępnych dla oka gospodyni, a natomiast powstają tam istne śmieciska z przyczyny niedbalstwa służby. Pajęczyny i kurz rozwielmożniają się wszędzie i zwolna zaczynają zagarniać coraz szersze przestrzenie; bywa nawet niekiedy w ciaśniejszych lokalach tak źle, iż przeciw temu niemasz już prawie lekarstwa. A w ślad za kurzem i pajęczyną przychodzi stęchlizna i w rezultacie otrzymuje się efekt owych siedzib odwiecznych, gdzie, przy wzorowej na pozór czystości i braku nawet ludzi, mogących wytwarzać nieporządek i brud, niesposób wytrzymać przez czas dłuższy, z przyczyny braku świeżego powietrza i stałego ogniska – zepsutego. I na to radzi najskuteczniej dobrze dokonana przeprowadzka. Lecz powtarzam: dobrze. A rozumiem przez to, iż wnoszę się zawsze na mieszkanie gruntownie odnowione i .oczyszczone i rzecz każdą, każdy mebel i sprzęt, przed ustawieniem w nowej siedzibie, otrzepuję, opylam, czyszczę, reparuję itp. "[pisownia oryginalna]
Pełna bibliografia
u autorki. Ilustracje z poznańskich czasopism (Dziennik Poznański, Kurjer Poznański, Wielkopolanin, Orędownik, Postęp). natomiast rysunki humorystyczne, wiersze i dowcipy z czasopism satyrycznych, głównie z pisma Kolce oraz kalendarzy.
Dorzucam jeszcze kilka dowcipów, reklam i dykteryjek "przeprowadzkowych"