12 maja

Ogród surowego prawnika i balony szpiegowskie z Poznania



1914 r. Jeśli poprawnie odczytuję to ogród przy willi Paula Ueckera. Jeśli tak - są to ogrodowe altany nieruchomości przy obecnej ulicy Berwińskiego 5 (na początku XX wieku Barthstrasse – ulica Barska).

"Aus der Posener Lande" Mai 1914 r. 

Zdjęcie pochodzi z 1914 roku. Trzeba przyznać, że budynek ten z pewnością sporo „widział”. Pierwszym zapewne właścicielem willi był asesor sądowy, a później sędzia okręgowy Paul Uecker, który zamieszkał w willi w lutym 1913 roku. W okresie międzywojennym mieszkał tutaj właściciel znanej fabryki wódek i likierów, Artur Gaede, a potem mieścił się tu konsulat francuski. W czasie okupacji rezydował tu gauleiter Arthur Greiser. Po wojnie willa została siedzibą rozgłośni poznańskiej Polskiego Radia.

Wróćmy jednak do wspomnianego Paula Ueckera, bo przecież najbardziej interesuje nas, co się działo na tym fyrtlu

przed I wojną światową. Uecker urodził się w 1870 roku w Mokronosach (?) koło Wągrowca. Około 1898 roku zamieszkuje w Poznaniu. W 1900 roku żeni się z Luizą Motte (ur. 1881 w Schönebergu, dziś dzielnicy Berlina).

Zapewne sędzia Uecker nie był zbyt lubiany przez Polaków, gdyż w 1907 roku przewodniczył kilku sprawom związanym ze strajkami szkolnymi.

Natomiast pan radca miał całkiem ciekawe hobby - kochał sport balonowy. Został nawet prezesem poznańskiego towarzystwa aeronautów (zwanego też towarzystwem żeglugi powietrznej) i brał udział w wielu wzlotach balonowych w naszym mieście. Przykładowo w kwietniu 1913 roku wraz z dr. Wittem i radcą prokuratorii Guradze przebyli balonem „Wilms” spory odcinek, lądując szczęśliwie w Jeleniej Górze. Nie była to z pewnością najdłuższa wycieczka poznańska. Ooprócz „Wilmsa” wspomniane towarzystwo dysponowało również balonem „Posen” i to właśnie ten, w październiku 1912 roku dotarł nawet do Danii.


Niezwykle odważną musiała być żona Ueckera. Dla Luizy Uecker podniebne wyprawy nie były pierwszyzną, ale lot z 18 czerwca 1913 roku skończył się nieco niefortunnie. Na powietrzną wyprawę wybrała się tym samym balonem „Wilms”, co dwa miesiące wcześniej jej mąż. Tym razem odważnej damie towarzyszyli kierownik balonu nadporucznik Meyer z 47 pułku piechoty i pan Jaffe. Wzlot dwóch balonów odbył się równolegle z uroczystością oddania do użytku nowego mostu na Miasteczko. Jako miejsce startowe wykorzystano plac przy kościele Bożego Ciała. Po 9 godzinach lotu balon zniosło aż za kordon, bo do Kalisza. Ponoć promienie słoneczne sprawiły, że ów powietrzny statek wzniósł się nadzwyczajnie wysoko, bo aż na 3 tysiące metrów. Wówczas – kierownik balonu stracił nad nim panowanie i gondola musiała opaść na teren zaboru rosyjskiego, więc wszystkich aeronautów zatrzymano pod zarzutem szpiegostwa. Niefortunnych wycieczkowiczów uwięziono w tamtejszym Hotelu Europejskim, a dopiero wstawiennictwo konsulatu pruskiego w Warszawie i zarządu niemieckiego związku aeronautów w Berlinie, sprawiło, że zwolenników balonowego sportu zwolniono i pozwolono wrócić do Poznania. 
Ciekawe, czy po takich przeżyciach pani Luiza marzyła jedynie o tym, by odpocząć w swoim ogrodzie przy Barthstrasse, czy jako „zwolenniczka wypraw balonowych” marzyła o kolejnej nieco awanturniczej wycieczce?
Niestety – już wkrótce miała wybuchnąć I wojna światowa, podczas której zapewne o takich cywilnych podróżach można było jedynie pomarzyć. Trzeba jednak oddać, że pan Uecker w czasie wojny wspierał dość znacznymi kwotami rodziny powołanych do wojska, angażował się również pomoc w rozdzielaniu żywności. Państwo Ueckierowie wraz z dziećmi opuścili Poznań w 1920 roku.

Sportem balonowym żyli wszyscy. Nie dziwi więc, gdy motyw balonu pojawiał się nawet w reklamie. Tu reklama poznańskich papierosów Dubec poznańskiej fabryki Droste. (Kurier Poznański 1907)




01 kwietnia

Słonica Dora, ostatni kieł i przechadzka po Jeżycach


W 1937 roku za sprawą Nowego Kurjera Poznaniacy dowiedzieli się o słynnej ucieczce słonicy Dory z poznańskiego Ogrodu Zoologicznego. To jedna z moich ulubionych primaaprilisowych opowieści.




----------------
Z okazji Prima Aprilis Prawnuczka Marianny wyszukała kilka żartów, jakie bawiły dawniejszych Poznaniaków.  Postanowiła jednak  nie ograniczać się tym razem wyłącznie do lat sprzed I wojny światowej, wybierając za to primaaprilisowe psikusy, związane z naszym miastem.

28 marca

Atelier Rubens przy Placu Wilhelmowskim



Rzadko możemy zajrzeć do wnętrza dawnego atelier fotograficznego. Tym razem zaglądamy do bardzo renomowanego Atelier Rubens, mieszczącego się przy Placu Wilhelmowskim 3 (obecnie Plac Wolności). Jest rok 1909. Właścicielem studia jest tu Bolesław Samoliński.





Mimo dość miernej jakości ówczesnego druku, jeśli się przyjrzycie dość uważnie, ujrzycie kilka charakterystycznych mebli, na tle których chętnie się fotografowali nasi przodkowie. A może macie w swoich zbiorach fotografie z tego Atelier? Może Wasza prababcia została sfotografowana ma tle charakterystycznego krzesła, stolika? Zajrzyjcie do albumów i pochwalcie się.


Tu macie całą reklamę z 1909 r.





Warto też spojrzeć na sufit atelier i sposób rozpraszania światła. Domyślam się, że w ten sposób uzyskiwano miękkie światło, dzięki którym portrety z Atelier Rubens cieszyły się takim uznaniem. No i raczej, w 1909 roku, stosowano już tutaj światło elektryczne.

Wcześniej atelier należało do słynnej poznańskiej fotografki Emmy Mirskiej. W "Leksykonie fotografów" Leksykon Fotografów - www.fotorevers.eu czytamy: 

    "Emma Mirska z domu Zwierzchlejska, ur. 08.10.1818 w Krotoszynie, zm. 01.01.1896 w Poznaniu.          Przejęła atelier w 1875 roku po B. Filehne. Uczyła się fotografowania w Paryżu. Po powrocie                  dawała lekcje paniom w sztuce fotografowania."

Po śmierci Mirskiej zakład przejął J. Cieśliński. 
"ur. się 01.09.1855 w Lubaniu. Do Poznania przybył z Insbrucku i po Emmie Mirskiej przejął atelier fotograficzne. Wykonywał akwarele, portrety i powiększenia do naturalnej wielkości człowieka, widoki i zdjęcia architektoniczne. W 1900 roku wyjechał do Rosji i do Poznania więcej nie wrócił. źródło j.w."

 Kolejny właściciel atelier - Samoliński reklamował się nie tylko jako fotograf, ale i malarz. Fotografia wnętrza atelier pochodzi właśnie z okresu Samolińskiego.






10 lutego

„Top 10” czyli wpisy, które cieszyły się największą poczytnością od momentu powstania bloga


Co warto przeczytać i obejrzeć na blogu? Najlepszą rekomendacją będzie chyba popularność konkretnych artykułów wśród Was - moich Czytelników. Uważam, że taki ranking przyda się też, jeśli dopiero polubiliście moją stronę i nie czytaliście wszystkich artykułów. Zatem miłej lektury! A przy okazji, czy coś Was zaskoczyło w opisanych historiach? Nie wiedzieliście czegoś o Poznaniu? Może miasto odsłoniło przed Wami swoje całkiem nowe, nieznane wcześniej oblicze?




Jesiotry pod mostem chwaliszewskim czyli kawior po poznańsku




„Osławione podwórze Barlebena – siedlisko mętów poznańskich”




Dorożką po dawnym Poznaniu




Restauracje automatyczne




Litfasy czyli słupy ogłoszeniowe w Poznaniu




Co się stało z dawnym krzyżem chwaliszewskim?




Z cyklu: „Poznańskie rozrywki” – Lionel- Człowiek Lew w Poznaniu



Pałacyk fabrykanta mydeł, cygara i… kiszki wieprzowe czyli Chwaliszewo nr 1



Tatuaż kobiety-szpiega, czyli jak Elza sprzedała Rosjanom plany poznańskich fortyfikacji



#dawnypoznań #poznańskieopowieści #historiaPoznania #poznan1908 #bloghistoryczny #blogoPoznaniu #miastoPoznań


02 lutego

Gdy w Gromnice z dachów ciecze, zima długo się powlecze


2 lutego – święto Matki Bożej Gromnicznej (dziś oficjalnie Święto Ofiarowania Pańskiego) w polskiej kulturze ludowej zaliczano do ważniejszych świąt maryjnych. NMP Gromniczną wyobrażano sobie często w leśnej, zimowej scenerii, jak z gromnicą w ręku odpędza wilki od siedzib ludzkich. Wiecie o tym, że mamy w Poznaniu taką rzeźbę? Znajdziecie ją na terenie parafii pw. Ofiarowania Pańskiego przy ulicy Bluszczowej. To już co prawda nowszy przykład rzeźby sakralnej, ale obejrzyjcie ją, jak będziecie w okolicy. Figurę wykonała w 2004 roku Aleksandra Piasecka.



Wróćmy jednak do samej świecy. Odgrywała ona swoją rolę w ludowych obchodach tego święta. W tym dniu gromnicą, przyniesioną z kościoła, wypalano krzyż (lub trzy) w tragarzu, czyli nośnej belce sufitowej albo nad drzwiami. Taką właśnie scenę utrwalił Michał Andriolli.

Wypalony znak miał chronić dom od nieszczęścia, a przede wszystkim od pożaru. Mężczyźni wypalali też sobie kosmyk włosów na ciemieniu – miało to ponoć zapobiegać bólowi głowy. (Mimo wszystko – nie próbujcie tego u siebie w domu.)



Gromnica towarzyszyła człowiekowi przez całe życie, trzeba było ją mieć podczas Pierwszej Komunii, ale towarzyszyła człowiekowi aż do konania. Świeca powinna palić się jeszcze jakiś czas po śmierci, aby „rozjaśnić ciemności grobowe”.

Złamanie świecy uważano za zły omen – zapowiadało rychłą śmierć jej właściciela. Przy obrzędzie ślubnym świadkowie powinni przyjrzeć się palącym się na ołtarzom gromnicom. Z czyjej strony światło było żywsze, ten z małżonków dłużej miał żyć.


Wierzono, że zapalona i ustawiona w oknie podczas burzy ochroni dom przed uderzeniem gromu – stąd właśnie jej nazwa. Używano gromnic dość często, niekoniecznie udawało się je zachować aż do śmierci właściciela, więc tuż przed 2 lutego, w poznańskiej prasie pojawiały ogłoszenia zachęcające do ich kupna. Oczywiście najlepsze były z czystego wosku pszczelego, białe, ale lubiano też atrakcyjnie dekorowane. Bogatą ofertę (także wysyłkową) z mnóstwem dekoracyjnych obrazków do gromnic miał na przykład Klarowicz w swojej Drogerii Pod Kotwicą na Placu świętego Piotra. Białe woskowe i cerezynowe (cerezyna to materiał ropopochodny) proponował Czepczyński w swojej drogerii na Starym Rynku. Sobecki, do którego należała Fabryka wyrobów woskowych i bielnik  wosku  na Szerokiej (czyli dzisiejszej Wielkiej), produkował nawet gromnice malowane w kwiaty.



Było jeszcze kilka innych przesądów dotyczących samego święta. Swoje przesądy mieli owczarze, których było kiedyś w Wielkopolsce też sporo, bo hodowla owiec była tu bardzo popularna. Zamykano bowiem starannie wrota owczarni, bo wierzono, że tego dnia promienie słońca są zabójcze dla zwierząt, bo „na Matkę Boską Gromniczną, lepiej, że wilk wpadnie do owczarni, niż kiedy słońce przez drągi zaświeci”.






Powtarzano sobie sporo przysłów związanych z tym dniem, prognozujących dalszą pogodę. Gromnica – zimy połowica. Spodziewano się w tym dniu przejściowej odwilży, bo „w Gromnice (sic!) z dachów ciecze” i „na święto gromnicy napije się bydlę na ulicy”. Chociaż „gdy na Gromnicę roztaje, rzadkie będą urodzaje”, a „gdy w Gromnice z dachów ciecze, zima długo się powlecze”. Duże sople w tym dniu zapowiadały urodzaj na marchew i jeśli „jest jasno i wiele sopli na dachu, będzie uroda wielka na len”. Wierzono, że „jeżeli na Gromnice pięknie i jasno jest, tedy borsuk zostaje w jamie, ponieważ czuje, że jeszcze zimna na będą”, a „ jeżeli zaś powietrze burzliwe z deszczem i śniegiem pomieszane, wtedy wyłazi i już się więcej zimy nie boi”. Myśliwi powtarzali, że „przed Gromnicami niedźwiedź budę swoją poprawia, albo też rozrzuca”.

U mnie w domu za to, był to ostatni dzień… na rozbieranie choinki (oczywiście, o ile wcześniej się nie rozsypała). A może pamiętacie jeszcze inne zwyczaje czy wierzenia?

A do obejrzenia? Odbitka z rysunku Michała Andriollego, zamieszczona w poznańskiej „Pracy”, nieco poznańskich reklam, i… odrobina czarnego humoru.




#MatkiBożejGromnicznej #gromnica #zwyczajepoznańskie #drogeriepoznańskie #dawnyPoznań #historiaPoznania #Czepczyński #Klarowicz #DrogeriapodKotwicą #fabrykaświecSobeckiego

------------

Uzupełnienie:


No i pisząc ten post, a dokładnie wspominając o borsuku i niedźwiedziu… dopiero następnego dnia skojarzyłam, że przecież 2 lutego to Dzień Świstaka. Czyli mieliśmy własnego, rodzimego świstaka, przepowiadającego pogodę, znaczy się borsuka (lub niedźwiedzia). I rzeczywiście! Sprawdziłam. W niemieckich zwyczajach ludowych właśnie w ten dzień z zachowania zwierząt (borsuka/lisa/niedźwiedzia w zależności od regionu) prognozowano dalszą pogodę. W języku niemieckim funkcjonowało powiedzenie „Sonnt sich der Dachs in der Lichtmeßwoche, so geht er auf vier Wochen wieder zu Loche”, które można przetłumaczyć mniej więcej tak: „Jeśli borsuk będzie się wygrzewał w słońcu podczas Święta Gromnicznego, powróci na cztery tygodnie do swojej nory”. Podobne wierzenia dotyczące niedźwiedzi notowano też na Serbii i w Chorwacji. No to w końcu ciekawe: Gdzie się to zaczęło?  Jak święto to dotarło do najbardziej znanego obchodu w miasteczku Punxsutawney (stan Pensylwania w USA). Znaczy się legendarny Phil najprawdopodobniej miał dziadka borsuka albo niedźwiedzia, a do tego był emigrantem z Europy?





31 stycznia

Poznański Titanic

 

Posener Provinzialblätter 1914, Nr. 21 [WBC]



Wiecie, że mieliśmy poznańskiego Titanica? I że skończył on podobnie jak jego oryginał? Czyli na dnie?



Taka różnica, że oryginalny Titanic zatonął w nocy z 14 na 15 kwietnia 1912 roku , nasz… w kwietniu 1914 roku. Tragedia oryginalnego Titanica rozegrała się na pełnym oceanie… nasz „Tytanik” utknął na Warcie w okolicy Puszczykowa. No i najważniejsze, a to niebagatelna różnica – oryginał RMS Titanic był luksusowym transaltantykiem, największym (po innym gigancie Olympicu) parowym statkiem pasażerskim na świecie, nasz „Tytanik” był szkutą czyli barką do przewożenia żwiru. Jednak historia poznańskiego Tytanika przypomina, ze może pewnych nazw… lepiej nie nadawać? Może po prostu przynoszą pecha.

O szkucie z Małej Starołęki dowiedziałam się z poznańskiego czasopisma Postęp, które 1 maja 1914 roku donosiło lakonicznie, że „w sobotę [t.j. 25 kwietnia -przyp. własny] zatonęła we Warcie szkuta „Tytanika” p. Toeppra z Małej Starołęki, naładowana żwirem. Znajduje się dotąd w głębokości 4,50 mtr. Wczoraj miano się zająć jej wydobyciem”. Więcej informacji znalazłam przy innej okazji, przeglądając jedną z niemieckich gazet Posener Provinzialblätter z tego okresu. Mamy zatem i zdjęcia naszego swojskiego Tytanika. Co dalej się stało z owym rzecznym statkiem do transportu żwiru? Może ktoś podąży śladem naszego poznańskiego Titanica?

Posener Provinzialblätter 1914, Nr. 21 [WBC]

#poznańskiTitanic #żegluganaWarcie #Warta #rzekaWarta #dawnyPoznań #historiaPoznania #poznan1908 #puszczykowo #starołęka @Puszczykowo






28 stycznia

Zgraja bębnów na Nowym Rynku...

Plac w sąsiedztwie Królewskiej Rejencji i Kolegiaty Marii Magdaleny w dni targowe zamieniał się w hałaśliwe miejsce. Ilustracja z "Albumu pamiątkowych widoków miasta Poznania" z ok.1884 r. [Polona]

Bębny... nie... nie chodzi o orkiestrę wojskową. Tak często, mianem bębna określano dziecko, berbecia. Oj, dały się we znaki pewnemu księdzu te rojbry z Nowego Rynku.

Plan Pharus-Plan Posen ok 1909 roku. Neuer Markt to Nowy Rynek, dziś Plac Kolegiacki

Jestem zawsze ciekawa relacji osób, które żyły w dawnym Poznaniu. W takich opowieściach przychodzi do mnie Poznań, jakiego nie było mi dane poznać.

Dziś fragment książki księdza Kazimierza Zimmermanna. Wspomnę tylko, że książka ta stała się pretekstem do zamieszek studenckich, kiedy jej autora powołano do Krakowa, by objął on Katedrę Chrześcijańskich Nauk Społecznych na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. Obecność Zimmermanna na uczelni i wprowadzenie wykładów z „socjologii chrześcijańskiej” wywołały niezadowolenie studentów, którzy odebrali to jako „klerykalną agitację". A do tego… wyśmiewano Zimmermanna, że jedynym (co nie do końca było zgodne z prawdą) jego dorobkiem naukowym była właśnie pewna książka. Chodziło o wydaną pod pseudonimem Tektander, pracę pod wdzięcznym tytułem: Moja Pani. Studium z natury. Przyczynek do psychologii księżych gospodyń.. Dziełko ukazało się w 1911 roku. W rzeczywistości nie jest to praca naukowa, a napisana ze specyficznym poczuciem humoru opowieść o jego poznańskiej gospodyni. A może nawet bardziej jest to stadium o tym, jak księża traktowali swoje służące?

Mnie jednak zaciekawiły wzmianki o Poznaniu, obserwacje Zimmermanna o toczącym się życiu na Nowym Rynku, czyli dzisiejszym Placu Kolegiackim. Zimmermann mieszkał w Poznaniu już w 1900 roku. Był wówczas prebendarzem kościoła podominikańskiego i pw. Pana Jezusa. Nas jednak bardziej interesuje okres, kiedy został działał w Kolegiacie św. Marii Magdaleny. Od października 1902 roku do września 1910 roku mieszkał przy Nowym Rynku 13.





Zimmermann tak opisywał swoje miejsce zamieszkania:

 Dom mój stał niedawno. Na jego miejscu przed kilkunastu laty wznosiły się kurye kapituły. Budowane w XVII. wieku miały ten nastrój na zewnątrz, który zaraz bierze wyobraźnię, wskrzesza ludzi, jacy tam mieszkali, przedstawia zwyczaje dawne. Każdy dom miał za sobą ogród. I gdybym jeszcze był przybył lat temu kilka, byłbym dostał taki domek. Ale się spóźniłem z urodzeniem, i zburzono tymczasem stare budowle. Na ich miejsce postawiono koszary, celem stworzenia lepszych mieszkań dla beneficyatów i podniesienia ich dochodów przez czynsz dzierżawny lokatorów.”



Przyjrzyjmy się dokładniej, co widział, a przede wszystkim słyszał Zimmermann zza okien kamienicy na tym rynku. Oddaję zatem głos autorowi:

„Z daleka o mil kilkanaście, z wszystkich stron prowincyi na noc ciągnęły [furmanki zaprzężone w konie] do Poznania i przybywały około trzeciej, czwartej z rana na rynek. A wycieczki te rozpoczynały się wiosną, gdy dojrzewały pierwsze czereśnie, agrest i pożeczki (sic!), kończyły zaś późną jesienią resztkami zamarzłych jabłek. […]

Gdy nie było targów, harcowały po rynku dzieci, — dzieci bezdomne. Takie co nie mają nie tylko dziecinnego pokoju, ale w ogóle domu, których ojciec bywa w domu tylko w nocy, a których matka dom zamyka idąc rano na posługę, aby dzieci nie zdemolowały lub nie podpaliły sprzętów, zostawszy na opatrzności boskiej. Ponieważ nikt na nie nie uważa na ulicy i nikt ich nie uczy, jak się mają bawić, więc się bawią po swojemu wedle swoich instynktów i odwiecznej tradycyi ulicy. Nigdy więc nie mówią, zawsze tylko krzyczą, zwykle się wyzywają, prawie nieustannie potrącają i biją. Żeby taki dzieciak mówił spokojnie, nie zauważyłem nigdy.

Mam takie usposobienie, że, gdy deszcz pada, jestem smutny i przynajmniej 66 2/3 °/o niezdolny do pracy. Najchętniej leżałbym takiego dnia, jak to robi pies, skulony w kącie kanapy i spał. A jednak wobec tego wrzasku, beku i krzyków jedno tylko miałem pragnienie przebywając w domu, aby deszcz zaczął padać i powpędzał dzieciaki do sieni domów. Do tych hałasów dołączały bowiem jeszcze dzieci te osobne swoje pomysły.


Dla osób pracujących umysłowo straszną stanowi klęskę ubijanie kamieni przy kładzeniu bruku. Gdy przekładano bruk z jakiejkolwiek okazyi na rynku — a zdarzało to się dość często — i robotnicy zostawili materyał odchodząc na obiad, na spoczynek lub na niedzielę, wtedy przybiegała zgraja bębnów i rzucać poczynała jeden kamień na drugi. Siły zaś miała herkulesowe. Przez całe godziny trudniły się bębny tym sportem, póki pod noc nie przybiegły matki i nie zabrały ich do łóżka. W pewnych odstępach czasu odbywała się parada na rynku. Uświetniano ją odgłosami instrumentu wprawdzie tylko jednego, ale odpowiadającego swemu wybitnemu zadaniu: do wielkiej puszki blaszanej od śledzi marynowanych przytwierdzano szpagat i ciągnięto ją w pospiesznym marszu po barokowym bruku rynku wśród tryumfalnych wrzasków pospolitego ruszenia.

W najbliższym sąsiedztwie mojem zaś usadowił się detaliczny handlarz węgli. Państwo wiecie, co znaczą węgle, które się godzinami sypią z wozów. Obok w podwórzu była większa kuźnia. Zawsze miałem to wrażenie, że sztaby żelazne spadają na moją głowę, a młotem w nią wbijają gwoździe. Naprzeciw zaś mych okien osiadł szewc mający tę właściwość, że tylko w nocy kuł na kopycie i bardzo rano, a więc wtedy, gdy najlepiej się go słyszy. Ale nie brakło i idyli: wśród tego chaosu wołały u odwiecznej Rozalii Sternal wpośród garnków zapamiętale i konsekwentnie synogarlice: cukru, cukru, cukru…


Z miejsca zaś, na którem stał przez wieki długie nasz kościół, zrobił magistrat, jako patron, rynek i wybudował na nim kąpiel natryskową dla ludu, a w miejscu presbiteryum ustęp publiczny. Zamiast kadzideł, wydobywających się ongi spoza barwnych witraży kościoła, tłukł się więc dym węglany z niskiego komina kąpielni i wchodził do okien moich, a w cieplejsze noce kłóciły się z nim wyziewy z ustępu. [...]


Zdjęcia pochodzą z przewodnika „Poznań”, wyd Lwów-Warszawa 1922 – dostęp [Polona] domena publiczna

Plan miasta jest fragmentem Pharus-Plan der Provinzial-Hauptstadt Posen ok. 1909 r., wyd. Leszno [Polona] 

-----------

Serwis informacyjny Gminy Trzemeszno - ZIMMERMANN Kazimierz, https://web.archive.org/web/20090120173245/http://trzemeszno.pl/content.php?mod=sub&cms_id=77&lang=pl&p=p3&s=s3 (dostęp: 28 stycznia 2022).

Kazimierz Zimmermann - Wielkopolscy Księża od XVIII do XX wieku, http://www.wtg-gniazdo.org/ksieza/main.php?akcja=opis&id=5332 (dostęp: 28 stycznia 2022).

Zimmermaniada | Dziennik Polski, https://dziennikpolski24.pl/zimmermaniada/ar/2893094 (dostęp: 28 stycznia 2022).

Moja pani : studyum z natury : przyczynek do psychologii księżych gospodyń - Zimmermann Kazimierz | Polona, https://polona.pl/item/moja-pani-studyum-z-natury-przyczynek-do-psychologii-ksiezych-gospodyn,ODk3NjU0Nzk/8/#info:metadata (dostęp: 28 stycznia 2022).

Poznań - Pajzderski Nikodem | Polona, https://polona.pl/item/poznan,ODM1NjA0NDk/ (dostęp: 28 stycznia 2022).domena publiczna



26 stycznia

Na Wolnicę po ryby i mięso

Na Wolnicy około 1934 roku. Czasopismo Światowid




Wolnica. Plac Wroniecki. Wronkerplatz. Tu zachodziło się by kupić mięso i ryby. Akurat przeglądając dawne czasopisma zauważyłam zdjęcie z 1934 roku. Chyba dość rzadkie, bo chyba niewiele zachowało się zdjęć z tego targowiska.


Usytuowanie targowiska według planu z 1929 roku ( Księga pamiątkowa miasta Poznania)

Ten teren zabudowany był na początku XV wieku. Wówczas funkcjonował już tu Szpital Świętego Ducha i kilka mniejszych zabudowań. Plac powstał w tym miejscu pod koniec XVIII wieku, gdy usunięto część fortyfikacji (wg Zaleskiego). Targowisko właściwie stanowiło przedłużenie istniejącego rynku na Placu Sapieżyńskim (obecnie Wielkopolskim).

W czasach prababci Marianny, czyli „za Niemca” urzędową nazwą tego targu był Wronkerplaz, czyli po polsku Plac Wroniecki. Polacy używali też dawnej, polskiej nazwy placu – Wolnica, o czym dobitnie świadczy notatka z Wielkopolanina z 1885 roku. Nazwa ta miała pochodzić łacińskiego forum liberum (prawo wolnego handlu mięsem poza kramami). Nazwę Wolnica zaczęto znów stosować oficjalnie po 16. czerwca 1919 roku.

Redaktor "Wielkopolanina" w 1885 roku wspomniał o genezie nazwy Wolnica


13 stycznia

Stół z powyłamywanymi nogami, czyli pradziadków przeprowadzki

 


Hej, przeprowadzko! Domu ruino!

Ruino mebli, szkła, porcelany!

Pod twoim znakiem—serwisy giną,

Stoły wpadają w stan opłakany,

A krzesła tracą poręcze, nogi,

Łóżka zgrzytają w sposób złowrogi!

Tak opiewał uroki przeprowadzania się autor okolicznościowego wiersza, ukrywający się pod pseudonimem Zbysio w czasopiśmie satyrycznym „Kolce” w 1914 roku.


Przeglądam karty meldunkowe dawnych mieszkańców Poznania. Mnóstwo adresów. Szczególnie jest to widoczne we zapisach starszych, tych sprzed I wojny światowej. Później, przynajmniej u moich krewnych – coraz częściej pojawiają się bardziej optymistyczne wpisy. To skrót „wł. m.”. Własne mieszkanie. Szczęściarze. Farciarze. Skończył się czas poszukiwań. Znaleźli. Własne miejsce, własne cztery kąty. Koniec z włóczeniem po całym mieście skromnego i tak dobytku, koniec z wpisami „u Pani X” „u Pana Y”, czyli już nie na podnajętych pokojach lub mieszkaniach. 


Ta droga do własnych czterech kątów też nie była usłana różami. Jeden wuj, jak wynika z opowieści rodzinnych, podróżował kilka (!) razy do Ameryki, zanim za zarobione pieniądze udało mu się założyć małą trafikę (czyli sklep z tytoniem), a potem odłożyć na własne mieszkanie na Wildzie. Siostrzany pradziadek kroił garnitury berlińskim elegantom, by powrócić do kraju po 1919 roku. Kupuje on wówczas mieszkanie na reprezentacyjnych Alejach Karola Marcinkowskiego. Dziadek Aleksander jako uczeń i później czeladnik piekarski meldowany jest pod adresami kolejnych mistrzów, u których pobiera nauki. Sypia zapewne gdzieś w pokoikach za piekarnią, jak i setki młodych adeptów zawodu. Na własnym, w Poznaniu, zamieszkał dopiero po II wojnie światowej.


Jednak wcześniejsze wpisy w kartotece meldunkowej wszystkich moich krewnych (ale i innych, zwykle mniej majętnych mieszkańców Poznania) to dziesiątki (!) zapisów drobnym maczkiem. Przeprowadzki co kilka miesięcy, czasem tylko do sąsiedniej kamienicy. Trudno dziś to pojąć. Co tak gnało z miejsca na miejsce naszych pradziadków? Czy tylko szukanie lepszego miejsca na Ziemi? Tam będzie lepiej? Może w końcu, gdzieś w innym miejscu, podły los się odmieni?


Mijam mural z wierszem Stanisława Barańczaka i wciąż na nowo odczytuję sens tych kilku wersów:

Jeżeli porcelana to wyłącznie taka

Której nie żal pod butem tragarza lub gąsienicą czołgu,
Jeżeli fotel, to niezbyt wygodny, tak aby
Nie było przykro podnieść się i odejść;
Jeżeli odzież, to tyle, ile można unieść w walizce,
Jeżeli książki, to te, które można unieść w pamięci,
Jeżeli plany, to takie, by można o nich zapomnieć
gdy nadejdzie czas następnej przeprowadzki
na inną ulicę, kontynent, etap dziejowy
lub świat

Kto ci powiedział, że wolno się przyzwyczajać?
Kto ci powiedział, że cokolwiek jest na zawsze?
Czy nikt ci nie powiedział, że nie będziesz nigdy
w świecie
czuł się jak u siebie w domu?

Jakże dziś nam wygodnie, jak bardzo się zasiedzieliśmy. A ja wciąż przed oczami mam te kartoteki, zapisane drobnym maczkiem. Dziesiątki, czasem setki adresów. Dlaczego? Już wiem, że nie znajdę jednoznacznej odpowiedzi. Trzeba by się wgryźć w tamten czas, przyzwyczajenia, nawyki, działania z rozpędu, uświęcone niepisaną tradycją. Trzeba by zobaczyć tamten Poznań przełomu wiek XIX i XX z nowymi budującymi się kamienicami, nagle eksplodujący na zewnątrz, na przedmieścia, poza fortyfikacyjne mury twierdzy. Nowe budynki, nowe miejskie tereny Jeżyc, Łazarza. Gdy nadchodził dozwolony prawem czas przeprowadzki w dzikim pędzie szukano po prostu nowego miejsca na ziemi.


Firma przewozowa Jana Murkowskiego była jedną z ważniejszych firm przewozowych Poznania

Czasem motorem był awans społeczny, innym razem do zmiany adresu pchały problemy finansowe. Bywało, że żyć nie dawał pobliski rzemieślniczy zakład, wilgoć, insekty, dymiące piece, których nie chciał nareperować administrator domu. Trzeba było przenieść się do odległej dzielnicy miasta, bo wymagała tego zmiana pracy. A może uprzykrzał życie awanturujący się sąsiad za ścianą, albo „niezwykle muzykalna” sąsiadka z góry? Trzeba było zostawić za sobą przykre wspomnienia, którymi przesiąknięte były ściany: rozstania, chorobę, śmierć bliskich. Przeprowadzano się też z rozpędu, bo „tak trzeba”, „tak się robi”, taki był zwyczaj. Kończyła się umowa, administrator podnosił czynsz, a przeprowadzki sankcjonowane były w wyznaczonych przez policję terminach kwartalnych.



Zazwyczaj jednak do przodu pchały marzenia o awansie społecznym. Lepsze piętro, bardziej widne mieszkanie, bardziej prestiżowa lub bezpieczniejsza dzielnica. Z bocznej oficyny do frontowej, z ciasnej klitki „na czwartym”, do bardziej reprezentacyjnego „na drugim”, z Chwaliszewa na Długą, z Garbar na Wilhelmowską, z prawego brzegu Warty na lewy. Równolegle, w drugim kierunku spychała bieda, degradując. Zamożny onegdaj kupiec, zlicytowany wraz z rodziną lądował w zapluskwionej, zatęchłej norze na przedmieściach, zaś inwalida-robotnik miał i tak szczęście, gdy znalazło się dlań miejsce w przytułku. Toczyły się wozy z meblami i dreptali ludzie z dobytkiem w obie strony.


Przeprowadzka świętojańska w Warszawie, pocztówka z ok. 1900 roku, Biblioteka Narodowa [Polona]

Jest początek lipca, zaraz po świętym Janie, a może pół roku później, na Świętego Michała. W całym Poznaniu panuje nieznośny rwetes i zamieszanie. Po brukowanych ulicach w jedną i drugą stronę toczą się wielkie wozy i wiejskie furmanki, na których piętrzą się stosy mebli. Na pchanych ręcznie, mniejszych wózkach też podskakują dziarsko szafy, krzesła, lustra, węzełki z bielizną, brzęczy porcelana upakowana w wiklinowe kosze od bielizny. Tam wiozą fortepian, tam spuszczają wielką komodę przez okna, bo zator się zrobił na schodach. Coś spadło z furmanki, komuś potłukła się cała zastawa stołowa. Lament słychać na całą ulicę. 



Biedniejsi przenoszą swój lichy dobytek na swoich plecach. Przeprowadzka noworoczna, wielkanocna, świętojańska, świętomichalska. W dozwolonym i ogłoszonym przez policję terminie. Kto nie zdąży na czas – może zapłacić grzywnę a nawet grozi mu kara więzienia. Bywa, że przeprowadzają się całe kamienice. Tu ktoś się wyprowadza, tam na podwórku piętrzy się stos gratów, na którym czeka w napięciu cała rodzina, bo poprzedni lokatorzy jeszcze nie opuścili mieszkania. 



W sklepach też rojno. Kupcy nie przepuszczą takiej okazji. Trzeba przecież wymienić to co stłuczone, kupić nowe firanki, czasem dostawić nowe łóżko. Nie mniej roboty mają rzemieślnicy – tu trzeba naprawić zegar, tam poprawić wentylację, bo piec dymi, a niektórzy zdecydują się przemalować ściany. Wszystko w niewiarygodnym pośpiechu. 



Nie można zapomnieć o zgłoszeniu nowego adresu. W pruskim porządku nawet niebieskie ptaszki muszą „być na oku”.

„Meldowanie ułatwia odszukanie osób, n.p. w miastach większych, nastręcza sposobność do kontrolowania miejscowego ruchu ludności i ułatwia nadzór nad osobami podejrzanemi, które przez częste zmiany mieszkania i miejsca pobytu chcą sobie ułatwić popełnianie przestępstw i usunąć się od odpowiedzialności. Z tego powodu istnieje obowiązek meldowania jako środek policyi miejscowej, nawet w państwach, które zaprowadziły wolność paszportową (n.p. we Włoszech, w państwach niemieckich)” - zauważa Franciszek Kasparek w swej „Nauce administracyi i prawie administracyjnym austryackim”.

fragment zapisków na karcie meldunkowej

 A meldować się trzeba ekspresowo po zmianie adresu – miało się na to zaledwie trzy dni, a obcokrajowcy musieli powiadomić władze o swym przybyciu do miasta nawet w przeciągu doby. Na dodatek zobowiązani do przekazania takiej informacji byli zarówno zmieniający lokum, ale również gospodarze domu, czy podnajmujący pokój, a nawet rodzina, która gościła przybywającego z prowincji krewnego. A w kartotekach meldunkowych nie zapominają odnotować przy okazji informacji o ślubie, zawodzie, wyznaniu, u kogo się ów kąt wynajmuje albo u kogo z rodziny się ktoś zatrzymał. Pojawiają się też różne tajemnicze dopiski, czasem (jeśli osobnik był szczególnie ciekawy dla policji) nawet podkreślane na czerwono. Numery spraw sądowych, kto siedział w ulu (jak się wówczas nazywało więzienie), a który nieszczęśnik „wylądował” na leczeniu w Owińskach. Kiedy poszedł ktoś do wojska, a kiedy ze służby wrócił. Gdzie był i dokąd odjechał. Nawet panie lekkich obyczajów mają odnośne zapisy w swych kartotekach. Jednak najczęstsze wpisy dotyczą zwykłych, obywatelskich powiadomień o zmianie miejsca zamieszkania.




Z częstym przenoszeniem się ściśle związany był też proceder zmiany służby w miastach, a na wsiach dotyczył on także zatrudniania innych pracowników najemnych. Pracę czy służbę dogadywano (godzono) na określony czas, zazwyczaj na kwartał, choć bywało, że i na rok lub (w miastach) coraz częściej na miesiąc. Elżbieta Bederska, autorka poradnika „Dobra służąca czyli co powinnam wiedzieć o służbie i na służbie?”. wydanego w Poznaniu w 1909 roku, przypominała, że służąca, umówiona na pracę kwartalną winna zgłosić się na służbę drugiego dnia rozpoczętego kwartału, a więc 2. stycznia, 2. kwietnia, 2. lipca, 2. października. To zwykle dzień po przeprowadzce. Dokładny termin zmiany służby w Poznaniu wyznaczała policja i podawała do wiadomości ogólnej wraz z terminem "zamiany mieszkań".

Mieszkania również godzono na kwartały, często płacąc za taki właśnie czas (lub jego kilkakrotność). Dopiero po upłynięciu czasu umowy można było zmienić lokum. W przeciwnym razie trzeba było zapłacić za umówiony czas. Za niezastosowanie się do przepisów i opuszczenia mieszkania w terminie przeprowadzki do wyznaczonej godziny można było ponieść wysoką karę. W 1909 roku była kara grzywna do 30 marek albo więzienie.


Interes spedycyjny Jana Murkowskiego dysponował różnymi środkami transportu

Gdy spodziewano się zwiększonego ruchu lub mogły być problemy z zapewnieniem wystarczającej liczby wozów i tragarzy (jak na przykład w czasie wojny) policja decydowała się wyznaczyć osobne dni na przeprowadzkę z mieszkań małych jedno lub dwupokojowych, a w kolejne dni z większych lokali.


Terminy przesuwano głównie ze względu na przypadające niedziele i święta, zarówno katolickie, protestanckie jak i żydowskie. Przeprowadzały się lub pomagały w transporcie bowiem całe rzesze ludzi, różnych wyznań. Nieraz powodowało to też sporo zakłóceń w innych usługach, gdyż pracownicy innych branż zachęceni dodatkowym wysokim zarobkiem, rzucali swoje podstawowe zajęcie. W Poznaniu funkcjonowało sporo firm spedycyjnych, ale nie były one w stanie zaspokoić olbrzymiego zapotrzebowania w tych konkretnych dniach. Do znanych firm należały firmy: Barczyńskiego z Wielkiej Berlińskiej, Błaszyka z Rycerskiej, Freudenrich&Cynka z Rycerskiej, Helvetia z Wielkiej Berlińskiej, „Express””Kuczkowskiej i chyba najbardziej znana Murkowskiego z Długiej.



Terminy przeprowadzek były dość stałe. Mniej popularne były 1 stycznia – tzw. przeprowadzka noworoczna i 1 kwietnia – nazywana przeprowadzką wielkanocną. Jednak dwa terminy w roku były popularniejsze: przypadająca na 1 lipca przeprowadzka świętojańska (po dniu św. Jana 24 czerwca, w Warszawie zwykle to 8 lipca) i 1 października – przeprowadzka świętomichalska (po dniu świętego Michała 29 września). 



Co ciekawe – na przykład w Warszawie – bardziej popularna była przeprowadzka świętojańska, przypadająca tam na 8 lipca, a dla wielu rodzin bardziej zamożnych związana w ogóle z czasową likwidacją mieszkania w mieście na rzecz „letniego mieszkania” prawie całej rodziny na wsi. Tam, w mieście, na okres letnich miesięcy, pozostawał nieraz jedynie pracujący ojciec rodziny, więc uważano, że „Dwa są terminy w naszym narodzie: na Święty Michał i – Świętojański/ Pierwszy – lud wiejski dzierży w odwodzie/ Drugi – to termin klasy mieszczańskiej”. W Poznaniu jednak znacznie popularniejszym terminem na zmianę lokum była właśnie jesień. W 1888 roku na łamach „Wielkopolanina” , opisywano „obraz wielkiego zamięszania(!) w Poznaniu z powodu przeprowadzki, która największą jest na św. Michał”. 11 lat później, redaktor Postępu, podsumowując przeprowadzkę wielkanocną zauważa też: „jak dawniej tak i w tym roku wielkiej przeprowadzki nie było. Jak wiadomo u nas głównie na ś[w]. Michał się przeprowadzają”.




Pod koniec XIX wieku wraz z budową nowych budynków przeprowadzki stają się bardziej ożywione. „Mianowicie poszukiwano mieszkań okazałych, odpowiadających wymaganiom obecnym. Toteż wynajęto wiele mieszkań w nowych kamienicach, nawet takich, które jeszcze nie wyschły” – donosił Goniec Wielkopolski w 1881 roku. A w 1889 roku Orędownik zauważał: „nie ma prawie domu, gdzieby się przynajmniej jedna rodzina nie przeprowadzała”. Początek XX wieku to wielki rozwój przedmieść poznańskich. Świeżo przyłączone do miasta Jeżyce, Wilda i Łazarz zabudowują się gęsto wysokimi budynkami mieszkalnymi. Podobnie na Chwaliszewie, małe domki rzemieślników zastępowane są okazałymi kamienicami. Nowe pomieszkania przyciągają wielu chętnych.


Niezwykle duży ruch panował w 1907 roku, więc przeprowadzka trwała nieomal cały tydzień: 

„Już na kilka dni przed pierwszym wielkie wozy transportowe zaległy wszystkie ulice starego miasta i przedmieść. Przenoszenie mebli w ulicach więcej ożywionych tamowało nieraz ruch na chodnikach. Dopiero od wczoraj cokolwiek się uspokoiło. Do zmiany mieszkań przyczyniła się w roku bieżącym niemało działalność policji budowlanej, która bardzo wiele mieszkań, zajętych przez ludność mniej zamożną, uznała za niezdrowe i tym sposobem zniewoliła mieszkańców do przeprowadzki. W ślad za przeprowadzkami idzie wielce ożywiony ruch budowlany. Liczne starsze kamienice ustępują miejsca nowoczesnym gmachom wielkomiejskim. Zyskuje na tym wygląd miasta, lecz tracą lokatorzy, którzy w pięknych kamienicach płacić muszą piękne komorne” – wzdychał redaktor Kuriera Poznańskiego.
Natomiast w Wielkopolaninie tego roku zauważano, że „wielu lokatorów przeniosło się ze starych domów w dolnej części miasta w górną na przedmieścia, gdzie pobudowano domy według najnowszych wzorów z wygodami nowoczesnemi.”

 Nie zawsze wszystko przebiegało bez zakłóceń. Czasem szyki mieszała pogoda, tak jak ulewa w 1889 roku, która to „przyprawiła mianowicie biedniejsze rodziny o niemałe straty”.


Zdarzały się drobne szkody, jak zgubiony w drodze z ulicy Półwiejskiej ku Ogrodowej męski trzewik sznurowany. (Przyznawać się, czyj to pradziadek zamieszkał w 1889 roku przy ulicy Piotra nr 6 parter na prawo?) Czasem koszty przeprowadzek były poważniejsze. W 1905 roku „na ulicy św. Marcina pewien woźnica jadąc wozem uderzył we wóz meblowy, strzaskał drzwi w nim tylne, a w środku wozu szafę i drobne przedmioty”. Wozy nie wytrzymywały ciężaru, załamywały się, a wówczas dobytek spadał na ulicę i się niszczył. Nagminne były kradzieże. 

Niestety, bywało i gorzej. W 1881 roku robotnik z Grobli spadł z wozu meblowego, który do tego „przeszedł mu przez brzuch i obie ręce. Nieszczęśliwego przewieziono do lazaretu miejskiego”. W Kargowej, w 1897 roku, z powodu przeprowadzki usunięto poręcze schodów, by zmieścić niesione meble. Niestety –niejaka Wolterówna, córka miejscowego żandarma, nie była dość ostrożna, straciła równowagę i spadła ze schodów do sieni, „z powodu czego odniosła tak ciężkie rany, że lekarze powątpiewają o utrzymaniu jej przy życiu” – jak informował poznański Orędownik. Bardzo tragiczna była również przeprowadzka świętomichalska w 1913 roku. Pomiędzy stacjami kolejowymi w Dopiewie i Dąbrówce z toru kolejowego do przeprowadzki chciał skorzystać pewien z niższych urzędników kolejowych. W tym celu na lorkę kolejową (mały wagon, a może w tym przypadku drezyna) zapakował meble, żonę i dziecko. Niestety – nagle nadjechał pociąg pospieszny. Żona nieszczęśnika zginęła na miejscu, a dziecko zostało bardzo poranione.


Przeklinano czas przeprowadzek, narzekano na ponoszone koszty, podliczano straty i… szukano kolejnego lokum. Była to swoista gra pomiędzy właścicielami kamienic, podnoszącymi czynsz, a lokatorami, którzy chcieli nieco zagrać im na nosie. Nie da się jednak ukryć, że przeprowadzki były częstym i znaczącym wydarzeniem w życiu naszych przodków. Może nawet i swoistą rozrywką. O tym, jak wiele znaczyły te zmiany mieszkań dla ówczesnych mieszczuchów najdobitniej świadczą żarty, krótkie wierszyki i humoreski, liczne w ówczesnych czasopismach satyrycznych. To świadectwo czasu, który przeminął bezpowrotnie.



Były i pozytywne aspekty przeprowadzek. Opowiedziała o nich pewna gospodyni domowa z Wilna w Kurierze Litewskim w 1908 roku. Nie zdziwiłabym się, gdyby praktyczne Poznanianki zgodziły się też z tymi słowami:


"Wiesz pan przecie, iż w Wilnie mieszkam już dość dawno i z tak liczną rodziną [...]Otóż zapewniam pana, iż w żadnem mieszkaniu nie przemieszkaliśmy dłużej niż 2 do 3 lat, choć miewaliśmy dobre i pod pod każdym względem dogodne. Lecz taki już mój system stały, na który mąż mój zgadza się w zupełności. Trzeba bo panu wiedzieć, że w każdym. domu, liczniejszym średnio zamożnym, w miarę, czasu i nieznacznie, nagromadza -się w domu mnóstwo rzeczy zgoła niepotrzebnych, stanowiących jeno arcy niepożądany balast w gospodarce domowej. Oto każda przeprowadzka jest jednocześnie okresem pozbycia się tego balastu; bądź to w drodze darowizny, bądź sprzedaży, bądź też nawet za pomocą bardzo zwykłego wyrzucenia na śmietnik.

A dalej. Nawet przy najściślejszej przestrzeganym porządku domowymi skutkiem właśnie tego mnóstwa różnorodnych gratów i przedmiotów, nawet najlepsza gospodyni może stracić z oczu wiele z nich rzadziej używanych, a niemniej przeto cennych i koniecznych. I skutkiem tego ulegają one często zniszczeniu, zaniedbaniu, lub – zdarza się – giną. Przeprowadzka tedy: bywa lustracją generalną, która wyciąga na jawę wszelkie grzechy i zapomnienia i zniewala do kontroli, naprawy, dopełnień itp. czynności nieodzownych.

Również skutkiem przyczyn powyższych wiele kątów, stale zapchanych gratami, staje się niedostępnych dla oka gospodyni, a natomiast powstają tam istne śmieciska z przyczyny niedbalstwa służby. Pajęczyny i kurz rozwielmożniają się wszędzie i zwolna zaczynają zagarniać coraz szersze przestrzenie; bywa nawet niekiedy w ciaśniejszych lokalach tak źle, iż przeciw temu niemasz już prawie lekarstwa. A w ślad za kurzem i pajęczyną przychodzi stęchlizna i w rezultacie otrzymuje się efekt owych siedzib odwiecznych, gdzie, przy wzorowej na pozór czystości i braku nawet ludzi, mogących wytwarzać nieporządek i brud, niesposób wytrzymać przez czas dłuższy, z przyczyny braku świeżego powietrza i stałego ogniska – zepsutego. I na to radzi najskuteczniej dobrze dokonana przeprowadzka. Lecz powtarzam: dobrze. A rozumiem przez to, iż wnoszę się zawsze na mieszkanie gruntownie odnowione i .oczyszczone i rzecz każdą, każdy mebel i sprzęt, przed ustawieniem w nowej siedzibie, otrzepuję, opylam, czyszczę, reparuję itp. "[pisownia oryginalna]

Pełna bibliografia u autorki. Ilustracje z poznańskich czasopism (Dziennik Poznański, Kurjer Poznański, Wielkopolanin, Orędownik, Postęp). natomiast rysunki humorystyczne, wiersze i dowcipy z czasopism satyrycznych, głównie z pisma Kolce oraz kalendarzy. 

Dorzucam jeszcze kilka dowcipów, reklam i dykteryjek "przeprowadzkowych"