11 grudnia

Poznańskie Sokolice

Poznańskie Sokolice w roku 1902. Zdjęcie znalezione wraz z informacją o poznańskich sokolicach w krakowskiej Ilustracji Polskiej


Droga do równouprawnienia kobiet wiodła nie tylko przez prawa wyborcze, ale również coraz większy udział kobiet w różnego rodzaju stowarzyszeniach czy szeroko rozumianej działalności społecznej. W Wielkopolsce chyba panowie nie mieli kompleksów i nie bali się współuczestniczenia w wielu działaniach z paniami, bo wielkopolskie kobiety były niezwykle przedsiębiorcze. Prowadziły własne interesy, brały czynny udział w samodzielnych działaniach na rzecz osób słabszych, chorych, dzieci. Propagowały rękodzieło domowe organizując wystawy robót kobiecych. Doceniano też ich udział w krzewieniu świadomości narodowej i to nie tylko w ramach wychowania dzieci, ale i na szerszym polu. To tutaj szły do aresztu nauczycielki za zabronione potajemne uczenie języka polskiego. Już w lipcu 1909 roku na walnym zebraniu „Sokoła” poznańskiego uchwalono, by przyjmować do organizacji także kobiety na równych prawach z mężczyznami.



Poznanianki już wcześniej, bo od 1900 roku, miały co prawda już swoją sekcję kobiecą w organizacji, ale pełnoprawnymi Sokolicami stały się właśnie w 1909 roku. Wcześniej, przed 1908 rokiem, nie pozwalały na to niemieckie przepisy. Gorzej, ćwiczenia i prezentowanie swoich umiejętności przez poznańskie gimnastyczki było zwykle blokowane przez policję. Tak na przykład było w 1904 roku w Poznaniu podczas zlotu Sokoła. Gnieźnianki, które również szybko stworzyły własną sekcję, były w czasie swych ćwiczeń – nadzorowane nawet przez panów policjantów.



Przypomnijmy, że pod nazwą „Sokół” działały towarzystwa sportowe, powstałe w XIX wieku w wielu krajach słowiańskich. Celem Sokoła było podnoszenie sprawności fizycznej i duchowej oraz rozbudzanie ducha narodowego. Szczególnie tu, w Wielkopolsce, działalność Sokoła, choć niemile widziana przez zaborcę, odegrała znaczącą rolę w krzewieniu postaw patriotycznych.

A w Jarocinie, jeszcze w 1912 roku tak policja uprzykrzała ćwiczenia Sokołów... podobne akcje zresztą działy się i w innych wielkopolskich miejscowościach. 

Nie trafiłam jeszcze niestety na żadną większą publikację, poświęconą konkretnie poznańskim druhnom z poznańskiej organizacji. Może ktoś rozwinie temat? Chętnie poczytałabym więcej o tych dzielnych młodych kobietach, a także o ich dalszych losach. A może macie wśród domowych pamiątek jakąś prababkę w takim niecodziennym stroju i zastanawiacie się, do jakiej to organizacji należała?

Tu o początkach poznańskich sokolic z Ilustracji Polskiej z 1902 roku.



#towarzystwoSokół #sokolice #równouprawnieniekobiet #sportwPoznaniu #poznan1908 #sokolicepoznanskie


11 listopada

Najstarsze rogalowe ogłoszenie?


Jak tam świętomarcińskie rogale? Smakowały?


Wszędzie głośno o najstarszym rogalowym ogłoszeniu z „Dziennika Poznańskiego” z 1860 roku. (Notabene zapewne ktoś podejrzał dyskusję na forum Wielkopolskiego Towarzystwa Genealogicznego "Gniazdo", którego też mam przyjemność być członkinią).

Inni wspominają o cukierniku Józefie Melzerze z 1891 roku.


Prawnuczka Marianny ma dla Was najstarszą wzmiankę o rogalach z... 1854 roku. Tylko dla Was, drodzy Czytelnicy, najstarsze ogłoszenie o rogalach!!! 1854 rok Cukiernia Pfitznera.

Może jednak znajdzie się starsze? Nie ustaję w poszukiwaniach.




--------------------

edit...
A jednak...
Śpieszę donieść, że świętomarcińskie rogale reklamowano jeszcze wcześniej...


A zatem...
1853 rok... cukiernie Pfitznera oraz Szpingiera



Jednak prawdziwym rekordzistą w reklamowaniu 

świętomarcińskich rogali 

jest piekarz Lorenz (Wawrzyniec) Smelkowski...


Oto 1847 rok !!!


Może któremuś z wiernych Czytelników znajome się zdaje to nazwisko? A i owszem. O rodzie Smelkowskich, a dokładnie o Antonim Smelkowskim pisałam przy okazji adresu Chwaliszewo 3 

Czy Antoni to syn Lorenza?  Może kiedyś ktoś się skusi na przebadanie korzeni tej piekarskiej rodziny. Zdradzę, że jeszcze był Józef Smelkowski, też piekarz. Lorenz  jakiś czas działał na narożniku Starego Rynku i Sierocej, potem prowadził piekarnię przy Dominikańskiej nr 1.  Smelkowscy uchodzili za solidnych piekarzy. Ich firmy wymieniane były wśród tych, o których urzędowo potwierdzano, że wypiekają największe bułki i chleby, a zatem rzetelnie traktowali swoich klientów. Rogale też pewnie były smakowite. 


11 października

Herrenluft, hawana i kistki do cygar, czyli nałogi Poznaniaków

 


Kiedyś widok mężczyzny z cygarem nie był wcale rzadki. Szczególnie panowie palili namiętnie fajki, papierosy i cygara. Panów obowiązywał swoisty rytuał palenia, gdy po posiłku udawano się do innego pomieszczenia, bez pań, by porozmawiać o męskich sprawach: interesach, wynikach wyścigów konnych, i innych kwestiach, nieodpowiednich dla kobiecych uszu. męskich ploteczkach. Nie ukrywajmy, to cygaro często było pretekstem, by oddalić się od damskiego towarzystwa, z namiętnością dyskutującego o najnowszych kapeluszach czy planach zamążpójścia znanej hrabianki. Aromat cygar ściśle kojarzył się z tzw. Herrenluft (zapach mężczyzny), który łączył zapach hawańskich cygar, dobrej wody kolońskiej i koniaku.

Ze sposobu trzymania cygara próbowano odczytać charakter mężczyzny. Na przykład mężczyzna trzymający cygaro w pozycji nr 6 to choleryk, nr 9 to gentelman, zaś  nr 11 to z pewnością egoista. Według Illustrierte Kronen Zeitung 1912 r. 


Nie powinno zatem dziwić, że w Poznaniu powstawały liczne fabryki cygar i papierosów, (np. Chwaliszewo było znane z fabryk cygar, jak i… niemoralnie prowadzących się robotnic tych przybytków), a niemal na każdej ulicy znajdował się skład cygar (i papierosów). 

Znany skład cygar znajdował się w Hotelu  Francuskim. W 1913 roku prowadził go pan Lange. 


Powstawał też cały przemysł „okołocygarniczny”, zajmujący się produkcją stolików do cygar, zapalaczy (jak nazywano zapalniczki), etui i kistek (skrzynek) do cygar, a kolor jasnobrązowy nazywano hawana, od najpopularniejszych i najbardziej cenionych cygar kubańskich.

Kista - to gwarowe, poznańskie określenie skrzyni, czyli humidor po poznańsku to kistka od cygar. 


 Poznańskie bractwo kwestarskie zachęcało do zbierania czubków od cygar i… oddawania ich na cele charytatywne (takie zero waste tamtych czasów), zaś odwar z niedopalanych cygar wykorzystywano, aby pozbyć się niechcianych owadów z roślin pokojowych. Czy zdawano sobie sprawę ze szkodliwości palenia? Niby tak, ale przede wszystkim „nadmierne palenie cygar, a zwłaszcza papierosów, mianowicie w młodym wieku, sprowadza zwykle choroby sercowe, raka żołądkowego i pomięszanie zmysłów”, jak zauważał Józef Grześkowski w swojej książce "Apteka Domowa", wydanej w 1906 roku w Poznaniu.

Na Chwaliszewie pod numerem 6 przez wiele lat istniał skład cygar.  Na przełomie wieków prowadzili go kolejno cygarnicy: Nowakowski, Chojnacki, Emil Reh. Później wszyscy chodzili do pana Łaganowskiego, który prowadził swój skład bliżej Mostu Chwaliszewskiego.  



#dawnypoznań #historiapoznania #cygara #handelwpoznaniu #poznan1908

27 września

UFO nad Poznaniem?

 


Piątek, 22 lipca 1910 roku, Poznań, Plac Wilhelmowski*

Spacerujących po placu nie było zbyt wielu. Przechodnie przemykali szybko, lekko przygarbieni. Michał nieco się odsunął na bok, przepuszczając zgrabną blondynkę, która nie patrząc na nich, przemknęła na drugą stronę, z wdziękiem przytrzymując targany wiatrem ogromny kapelusz jedną ręką, a drugą , nieco podniósłszy skraj długiej sukni, dzierżąc parasolkę. Oboje bezwiednie obejrzeli się za panienką. Spod spódnicy migały nie tylko wysokosznurowane trzewiki, ale i fragment pończochy, a nawet skraj białej furkoczącej halki.

- Ależ bestyjka – Michał z ukontentowaniem podkręcił wąsa.

 - Schowajmy się tu pod arkadami. Okrutnie wieje – Tomasz przesunął się w kierunku budynku niemieckiego teatru.- Będzie padać, a ja nie zabrałem parasola. Falb** się nie omylił, zapowiadając to zimne lato. Niby lipiec, a zimno jak w psiej budzie. Wybierasz się pan na zapasy do Bandolina w niedzielę? Petliński* idzie jak burza. Jestem pewien, że sięgnie po mistrzostwo. Nasz Roszak też niczego sobie radzi. Kto by pomyślał? A ten czarny Amerykanin, ten, no jak mu tam? Aaa… Wilson.  Panie, co za góra mięśni. A jaka technika, jaka zwinność. Panie mdlały na jego widok.

-  Nie wiem, czy będę miał siłę. Obiecałem bratu, że  pójdę z nim jutro na otwarcie Grandki. Zaprosił go osobiście sam pan Bronisław, to wypada się pokazać.

- To Góralski już otwiera?

- No… trochę czasu mu zabrało. A tak podobno odstawił cukiernię na piętrze, że palce lizać. Będziemy w końcu mieli pierwszorzędny polski lokal w Domu Przemysłowym. Sam ciekaw jestem, jak tam teraz wygląda. Potem jest koncert kapeli tego, no jak mu tam było? Ten znany Włoch. No całkiem mi z głowy wyleciało jego nazwisko. – Michał zmarszczył czoło, przytknął palce do głębokiej bruzdy, która się tam pojawiła. Nagle twarz mu się rozpogodziła, a palec triumfalnie wycelował w niebo. -  Bezzi!  Angello Bezzi! No obawiam się, że jak się zasiedzimy, to w niedzielę sobie te zapasy odpuszczę.  – dodał już nieco spokojniej. - A może pan też, do Grandki wpadniesz? Zabawimy się. Zapowiada się pierwszorzędnie. Mogę Cię pan, panie Tomaszu, wprowadzić.

- No nie wiem, ostatni raz, jakeśmy się wybrali do Tunelu*, to jeszcze w środę chory byłem. A żona mi łeb suszyła, że to wstyd chodzić do niemieckich lokali.  A słyszałeś pan o tej strzelanie wczoraj na Jeżycach?

- Nie, a co się stało?

- A… złapali wczoraj takiego złodziejaszka, co kościoły okradał.  Jak go policja zatrzymywała, to wyciągnął rewolwer. W końcu, wyobraź pan sobie, pogryzł policmajstra. Pogryzł… sobie… ponoć chcą tego poszkodowanego do zakładu Pasteura wieźć, do Berlina. Ten łotr to tak się rzucał, że pięciu ludzi go nie mogło go powalić. A co tam się dzieje?

Michał odwrócił się w kierunku placu. Ludzie zatrzymywali się, gromadząc w małe grupki.  Przechodnie zadzierali głowy do góry, wpatrując się w usilnie w jakiś punkt. Co chwilę zatrzymywali się kolejni, wówczas któryś już ze stojących wskazywał jakiś punkt nad horyzontem. Zbierało się coraz więcej osób.

- Co to, do diabła, jest? – Tomasz podążył wzrokiem w kierunku wskazywanym przez ludzi. – Nasz balon? Nie… tego „Poznania” to zwykle puszczają z Placu Działowego.

Balon Posen

- „Posena”widziałem już kilka razy. To nie „Posen”. To w ogóle nie balon. Ki czort. – Michał splunął obracając się przez ramię. W kierunku większej gromady ludzi podbiegał właśnie jakiś młody człowiek bez kapelusza, ubrany schludnie, choć skromnie. Pewnikiem subiekt. Wymachując w górze jedną ręka, w której trzymał jakiś duży, podługowaty przedmiot, torował sobie drogę wśród gęstniejącego tłumu. Podbiegł do eleganckiego, choć otyłego, starszego mężczyzny w cylindrze. Mężczyzna trzymał w ustach wygasłe cygaro, podpierał się pod boki, wysuwając do przodu wydatne brzuszysko, które otulone śnieżnobiałym gorsem, wyłaniało się spod rozpiętej nieco kamizelki. Subiekt pokłonił się z uniżoną służalczością, zachowując odpowiedni dystans od swojego, niewątpliwie, pryncypała i wręczył rzecz, najwyraźniej przyniesioną na żądanie przełożonego.





- Chodź pan, mają lunetę. – Michał chwycił za ramię towarzysza.  


* * *

reklama alkoholu, sprzedawanego u Weissa na ulicy Podgórnej.


- Ni to pies, ni wydra. Nie mam najmniejszego pojęcia, co to jest –oświadczył mężczyzna w cylindrze, wyciągając cygaro z ust, nie odejmując jednak lunety od oka - To gdzieś nad Bramą Kaliską, albo nad Miasteczkiem. Nie rusza się. Wysoko, będzie z kilka tysięcy metrów – relacjonował.

- Może to aeroplan? – podsunął Tomasz.

- Matko Boska, żeby z tego jakiego nieszczęścia nie było – westchnęła korpulentna kobiecina w czarnej sukni, odsuwając znad kapelusza czarny, żałobny welon i żegnając się nabożnie.  

- Może Łukowskiemu w końcu się udało?  – do rozmowy włączył się mężczyzna z okrągłą, nalaną twarzą, ozdobioną wątpliwej urody nosem, upstrzonym czerwonymi i fioletowymi żyłkami.




Przez tłum przeszedł tłumiony chichot. Łukowskiego, młodego miejscowego wynalazcę, uważano za nieszkodliwego wariata. Od jakiegoś czasu zabiegał w różnych poznańskich sferach o pieniądze na swój aeroplan. Twierdził, że wynalazł ster nowego rodzaju. Koniecznie chciał opatentować ten pomysł i jak to mówiono, wszędzie go było pełno”. Ostatnimi czasy świat się jednak roił od potencjalnych zdobywców przestworzy. Co chwilę słyszało się o powietrznych lotnikach, co spadali z niebotycznych wysokości wraz ze swoimi maszynami. Prasa donosiła też co rusz o szaleńcach, co zawiedzeni swymi genialnymi pomysłami, lądowali w domach wariatów lub popełniali samobójstwa. Właśnie w porannym Kurierze pisali o jakimś poruczniku z Londynu, który zniechęcony niepowodzeniami wzniesienia się w powietrze aeroplanem własnej konstrukcji, odebrał sobie życie. Wznieść się mu nie udało, to utopił się. Nawet w Poznaniu co chwilę pojawiali się szaleńcy, którym marzyło się zdobycie palmy pierwszeństwa w budowie mono lub dwupłatowca, który wzniósłby się ponad miasto. Ot,choćby ten stolarz, co ze dwa lata wcześniej robił próby ze swoją maszyną na Dębinie. Ponoć raz mu się udało wznieść się na kilkanaście metrów w górę.



- No tak się nie śmiejcie. Łukowski to naprawdę mądry człowiek. Czytałem jego artykuł. Ten jego ster to prawdziwa rewolucja. Ułatwi skręcanie i w ogóle wznoszenie się maszyny latającej. To naprawdę mądry człowiek. A patent to w Berlinie już dostał. A Drzewiecki? A o inżynierze Warchałowskim z Wiednia słyszeliście? Jego wynalazek też wysoko oceniają, i to znawcy z całego świata. A on też nasz, Polak. Każdy swoją cegiełkę dołoży i mówię Wam, każdy będzie mógł latać. Jeszcze zobaczycie, nasze dzieci będą powietrzem się przemieszczać  – perorował gość  od lunety.

Przez tłum przeszedł pomruk ni to akceptacji, ni to niedowierzania. Po Poznaniu już od miesięcy krążył dowcip o człowieku z przyszłości, którego zamknęli w Owińskach, bo miast latać aeroplanem, chodził na piechotę. Powietrzna żegluga podniecała wszystkie umysły, od ludzi uczonych po kucharki szepczące ze swymi kochankami po dębińskich krzakach.

reklama poznańskiej fabryki papierosów


- To Łukowski nie może być – zauważył przytomnie Michał. - Jego aeroplan stoi u Ignatowicza, w jego domu towarowym. Będzie można go obejrzeć za pieniądze.

- To w ogóle nie jest aeroplan, a jego model. – sprostował właściciel lunety. – Łukowski dopiero zbiera na budowę maszyny. Ale to… to… - to nie jest aeroplan. To się nie rusza. Ani drgnęło. Aeroplan musi się poruszać, inaczej spadnie z nieba.

- Może to balon ze sterem? - rezolutnie zauważył Michał. – Ludzie zaczęli kiwać głowami. Wszyscy spodziewali się lada moment pojawienia nad Poznaniem jakiegoś Zeppelina, Parsevala albo Grossa. Pisma przepełnione były doniesieniami z różnych stron cesarstwa o pojawiającym się tu i ówdzie sterowcu. Wielkie statki nadpływały nad miasta, budząc zaciekawienie, a nieraz i panikę. Zwykle okrążały kilka razy dane miasto, by poszybować po kilku godzinach w nieznane. Niemcy wyrastały na potęgę lotniczą, posiadając już 9 takich latających maszyn. Poznań, jako miasto cesarskie i na dodatek twierdza wojskowa, musiał się spodziewać takich odwiedzin w każdej chwili. A wyobraźnię mieszkańców podsycały opowieści świadków, którzy mieli okazję widzieć te latające wieloryby w Berlinie czy Wrocławiu. A ostatnio na mieście pojawiła się plotka, że mają tutaj zbudować stację lotniczą, z halą dla takiego balonu ze sterem. I podobno nawet miał tu stacjonować ten największy – jeden ze sztywnych statków hrabiego Zeppelina. Nikt jednak tych doniesień ani nie dementował, ani potwierdzał.

- Matko Boska, żeby z tego jakiego nieszczęścia nie było – westchnęła wdowa. – Co chwilę jakiś spada, albo eksploduje. Lepiej, niech sobie leci dalej, bo jak zleci taki potwór na miasto to tylko tragedia z tego będzie. – Kobieta kolejny raz zrobiła znak krzyża. 





Większość Polaków podchodziła do wynalazku grafa Zeppelina z mieszanymi uczuciami. Głośno krytykowano zapał miejscowych Niemców, którzy krocie przeznaczali na budowę kolejnej piekielnej maszyny hrabiego. Ci podkreślali potrzebę wzmocnienia militarnego Niemiec, modląc się o przysłanie takiego statku napowietrznego „na kresy” cesarstwa. Polacy kręcili głowami na bajońskie sumy, wydawane na balony, które co chwila albo wybuchały w powietrzu, albo spadały z przestworzy. A ileż to wypadków było. Porywało w powietrze ludzi, którzy musieli taką maszynę przytrzymać za pomocą lin, zanim balon wprowadzono do takiej lotniczej stacji lub wypuszczano do żeglugi powietrznej. Ileż to nieszczęść, śmierci, pogruchotanych kości, kalek te potworne olbrzymy sprowadziły. Czy warto takie diabelstwo do miasta sprowadzać? Potwierdzać jeszcze butę niemiecką na tej ziemi? Nie wystarczy już sama pruska twierdza, dławiąca miasto w swym uścisku? Czy sam cesarski zamek, który pośpiesznie wykańczano na otwarcie i przyjazd cesarza w październiku? Polacy starali się ignorować i omijać wzrokiem posępną sylwetę przytłaczającego budynku, który, jak wielu mówiło, ma stać się wyrazem pruskiego panowania na tych ziemiach. I jeszcze miałby tu stacjonować ten symbol nowej, powietrznej potęgi Niemiec? Po cichu jednak każda wzmianka o sterowcach była szeroko komentowana. Ludzie zastanawiali się, czy to możliwe, że za kilka lat będzie można taką maszyną odbyć napowietrzną podróż do innych miast europejskich, a może i za ocean?

- Pokaż pan. Widziałem już balon ze sterem. One rzeczywiście powoli suną po niebie. Może zdać się, że stoją w powietrzu. – Michał wyciągnął dłoń w kierunku gościa w cylindrze.

- No ciekawe, gdzieżeś pan to widział. Pewnie w kinematografie, albo jakimś periodyku? – Właściciel lunety skwitował z przekąsem, jednak posłusznie podał Michałowi przyrząd.  Zdjął kapelusz z głowy i chustką wytarł spocone czoło.



- To nie balon ze sterem. – zauważył Michał, nie komentując uwagi mężczyzny. Nie chciał się przyznać, że rzeczywiście – maszyny widział tylko na obrazku, w Tygodniku Ilustrowanym.  To nie ten kształt. Aeroplan też nie. Za wysoko. Tak wysoko się jeszcze żaden aeroplan nie wzbił jeszcze. Dziwne to. I ani drgnie. Ale kształtem? Nie… to balon żaden…

- Matko Boska, żeby z tego jakiego nieszczęścia…  – po raz kolejny jęknęła babina.

Zbierające się chmury zasłoniły dziwny kształt na niebie. Z całego placu, z wielokrotnych gardeł dobył się jęk zawodu. Tłum jednak stał dalej, wpatrując się milcząco w odległy horyzont, gdzie za chmurami czaiło się coś…

---------------------


Domyślacie się, co zobaczyli tego dnia Poznaniacy? Zdradzę w najbliższym czasie. Uchylę jednak rąbka tajemnicy. Była to ledwie nikła zapowiedź tego, co miało dziać się na poznańskim niebie w tamtych miesiącach.  Czekajcie zatem na kolejne opowieści.

  

 Na podstawie doniesień z ówczesnej prasy, okraszone reklamami poznańskich firm i żartami z motywami awionautycznymi. 


 

---------------

Plac Wilhelmowski - obecnie plac Wolności
Falb - Rudolf Falb, znany niemiecki prorok katastrof meteorologicznych, twórca teorii dni krytycznych w pogodzie, autor swoistego kalendarza meteorologicznego. Prognozy Falba były często przywoływane w prasie przełomu XIX i XX wieku. 
Petliński, Roszak, Wilson - nazwiska zapaśników, występujących w Poznaniu w 1910 roku. 
Tunel Bismarcka - niemiecki lokal w Poznaniu


---------------

Uzupełnienie. 

Tamtego dnia nad Poznaniem pojawił się balon? latawiec? w każdym razie przyrząd obserwacyjny. Wywołał jednak sporą sensację. No i kto teraz dopiero mam zagwozdkę. UFO to może nie było, ale jak wyglądał registrator? 

Dziennik Poznański,  26 lipca 1910 r. 




 

  

 

05 września

Figura Matki Bożej z Dzieciątkiem z narożnika ulic Gołębiej i Klasztornej.




Statua z początku XVI w., usytuowana jest na południowo-zachodnim narożu probostwa u zbiegu ul. Gołębiej i Klasztornej. Do 1910 r. zdobiła kamienicę na rogu ulic Koziej i Klasztornej.
Spotkałam się z informacją, że to właścicielka domu Rosa Hirschbruch sprzedała figurę ks. prał. Antoniemu Stychlowi, który umieścił ją w miejscu, w którym znajduje się współcześnie. Piaskowcowa rzeźba przedstawia postać Matki Bożej w koronie, stojącą na półksiężycu, odzianą w długie, obszerne szaty zapięte na piersi. Dzieciątko trzyma złote jabłko królewskie. Całość jest zwieńczona baldachimem.


Fot. Fragment zdjęcia [CYRYL] Figurka Matki Boskiej z Dzieciątkiem z XVI wieku na narożu probostwa farnego przy ul. Gołębiej, Autor/Twórca: Bogdan Celichowski, Sygnatura: CYRYL_73_2_3_105_0037
#poznan1908 #gołębia #klasztorna #świątkipoznańskie



23 sierpnia

Klasztor, Ogród Cegielskich i Miejski Lazaret

 Zaglądamy do kolejnego poznańskiego szpitala, tym razem do Szpitala Miejskiego.

Czy wiecie, że pierwotne zabudowania szpitala były klasztorem? Budynki przy ulicy Koziej 9 oraz Szkolnej 14/16 zajmowały wcześniej Karmelitanki Bose. Po konfiskacie klasztoru przez władze pruskie, budynki zostały sprzedane miastu i przystosowane na cele szpitalne.  Co jakiś czas okazywało się jednak, że szpital nie spełnia oczekiwań i budynki remontowano, przebudowywano i rozbudowywano o kolejne kondygnacje, pomieszczenia i oddziały. 


W tym celu  dokupiono wpierw willę rodziny Cegielskich, którą przebudowano i adaptowano na Oddział Dziecięcy, a ogród zamieniono na park szpitalny. W 1900 roku poznański magistrat podjął decyzję o zakupie kolejnej części ogrodu Cegielskiego, położonego przy ulicy Podgórnej.  


Przed pierwszą wojną światową szpital dysponował przeszło 600 łóżkami i pięcioma oddziałami: Chirurgicznym, Wewnętrznym, Skórno-Wenerycznym, Chorób Dziecięcych i Umysłowo Chorych. Naczelne stanowiska w szpitalu zajmowali głównie lekarze narodowości niemieckiej, jednak w szpitalu pracowało też wielu lekarzy Polaków. Polskiej narodowości były też zatrudnione w aptece szpitalnej siostry aptekarki ze Zgromadzenia Sióstr Szarytek Świętego Wincentego a Paulo. Poznańscy pracodawcy opłacali specjalny abonament lazaretowy i zgłaszali bezpośrednio „osoby służebne” w biurze szpitala.




Na zdjęciu ogród przyszpitalny ok. roku 1904  według czasopisma Illustrierte Fachzeitschrift für Kurorte, Hotels, Sanatorien, Reise und Sport

#szpitalepoznańskie #szpitalmiejskiwPoznaniu #ulicaSzkolna #poznan1908

12 sierpnia

Posener Sanatorium

 

1904 r. Illustrierte Fachzeitschrift für Kurorte, Hotels, Sanatorien, Reise und Sport


Około 1900 roku poznański lekarz, dr Jaffé wraz ze wspólnikami, powołał placówkę leczniczą pod nazwą Posener Sanatorium. Lecznica powstała w zespole budynków przy ówczesnej Schillerstrasse (obecnie przy ul. Elizy Orzeszkowej  6/10). Szpital jako prywatna lecznica pod nazwą Posener Sanatorium funkcjonowało do wybuchu I wojny światowej. 

Thorner Zeitung Ostdeutsche Zeitung und General-Anzeiger 1906 r.


Na samym początku placówka miała charakter ginekologiczno-położniczy, jednak wkrótce oddano do użytku także oddziały chirurgiczny i wewnętrzny.  Szpital jak na ówczesne czasy był luksusowy, a do dyspozycji pacjentów  były dobrze wyposażone pokoje oraz ogród.

Lecznica, w 1933 zmieniła się w Szpital Kolejowy w Poznaniu, podlegający władzom miejskim.

W lipcu 2007 szpital zakończył działalność, a budynki kupiła firma developerska.

09 sierpnia

Spadające gwiazdy, czyli łzy świętego Wawrzyńca



"Deszcz gwiaździsty obserwować będzie można znowu od 9 do 14 sierpnia. Dziwne to zjawisko nazywa lud łzami św. Wawrzyńca, męczennika, który został spalony na stosie w 258 roku."

 Jedni powiadają, że to iskry z rusztu, na którym spalono świętego. Inni, że to niebo płacze gwiazdami nad niedolą męczennika. 

„W czasie od 8 do 12 sierpnia przedstawia niebo zawsze podczas pogodnych nocy niezwykły widok. Co chwila odrywa się od ciemnego sklepienia jakaś gwiazda i spada jasną smugą gdzieś na skraj horyzontu. Jak gdyby wszystkie gwiazdy zachwiały się na niebie, tak, że najsłabszy wiatr strząsa je na ziemię, niby zeschłe liście.” [Kurier Poznański 1908 r.]


#perseidy #łzyświętegoWawrzynca #poznan1908

07 sierpnia

Humor z czasów prababci, czyli ozorki od Idźkowskiego


— Panie doktorze, czuję się bardzo źle.
— Niech pani łaskawa pokaże języczek...
— Proszę pana.
— Ależ język prześliczny jak u Idźkowskiego.
------------
Echo ilustrowany tygodnik powieściowy i humorystyczny R. 2, nr 32 ([1913])


*Idźkowski – Leon Idźkowski, znany rzeźnik poznański, Od 1908 roku właściciel „składu mięsa i fabryki kiszek, pędzonej siłą elektryczną, na Chwaliszewie (pod numerem 2). 

04 sierpnia

Mezalians z kupieckich sfer, czyli historia ciotecznej babki Heleny

Może zacznę od tego, dlaczego interesują mnie Garbary, a szczególnie konkretne miejsce przy tej ulicy. Przedwojenny adres to Garbary 37, dziś, o ile się nie mylę to narożnik Garbary /Woźna 12. Z kamienicą tą związane są zagadkowe losy mojej ciotecznej babki, czyli siostry dziadka Heleny. Niewiele o niej wiem, bo zmarła młodo w latach dwudziestych. Dziadek również nie zdążył mi o niej opowiedzieć, bo też nie zdążyłam go poznać ­– zmarł jeszcze przed moimi narodzinami. Po Helenie została barwna, choć tragiczna legenda, w której, choć z trudem, ale udało się odnaleźć niewielkie ziarnka prawdy.

Zacznijmy zatem o bajki. Żyła sobie piękna i młoda, choć uboga dziewczyna, która miała szczęście poznać bogatego i przystojnego młodziana o szlacheckim rodowodzie, pochodzącego gdzieś z kresów ówczesnej Rzeczpospolitej. Mimo oczywistego mezaliansu nawet rodzice narzeczonego akceptują ubogą przyszłą synową, ale w dniu ślubu dojść miało do nieszczęścia. Panna młoda kończyła właśnie ubieranie się do ceremonii, gdy zamiast pana młodego przybywa posłaniec z mrożącą krew w żyłach wiadomością: „ŚLUB ODWOŁANY! PAN MŁODY ŻONATY!”. Cóż zatem się okazało, niecny narzeczony zdążył się ożenić z jakąś aktoreczką w Paryżu.  Niedoszła panna młoda padła bez zmysłów i zmarła nie odzyskawszy już przytomności. Pochowano bidulkę w ślubnej sukni, a pogrzeb wyprawili niedoszli, acz skruszeni winą niepoprawnego syna, niedoszli teściowie. Trumnę na cmentarz wiózł karawan zaprzężony w szóstkę białych koni…

Wersja bliższa prawdzie nie jest już tak romantyczna. Helena, owszem była zapewne uboższa od swego przyszłego wybranka, kupca Jana Lewandowicza, ale miała całkiem przyzwoity fach w ręku – była krawcową.  Jak splotły się losy zamożnego kupca z ubogą dziewczyną z Chwaliszewa? Lewandowiczowie nie pochodzili (przynajmniej na dziś – nie mam takiej wiedzy) z odległych kresów, a z Ostrzeszowa. O szlacheckich korzeniach?  Cóż…  raczej też nic mi nie wiadomo. Od pokolenia mieszkali jednak w Poznaniu, gdzie zapewne doszli do względnego majątku. Dość, że dzieci wykształcili przyzwoicie, a córka Józefa (siostra Jana) pobierała nawet naukę gry na fortepianie w Paryżu. Jan Lewandowicz został kupcem i prowadził sklep przy wspomnianych Garbarach, na narożniku Woźnej. 


Na Woźnej, pod ówczesnym numerem 18  też miał swoje mieszkanie. Czy Helena pracowała w firmie Jana? I od jak dawna się znali? W 1920 roku Helena rodzi syna „z nieprawego łoża”. Czy ojcem dziecka jest Jan? Synek Heleny nie dożywa jednak roku. Sama Helena zamieszkuje w 1922 roku u Lewandowicza, gdzie w czerwcu rodzi córeczkę o wdzięcznych imionach Lidia Higina. Tę Jan uznaje za swoją prawowitą córkę i wkrótce, we wrześniu 1923 roku, bierze z jej matką ślub. Ceremonia zapewne odbyła się bez rozgłosu, w pobliskiej Mosinie, nie w Poznaniu, co świadczy, że dla obojga było to zapewne po prostu zalegalizowaniem związku. Związku z miłości, bo gdy dwa miesiące po ślubie Helena umiera, Jan zadba o rzeczywiście wystawny pogrzeb, na którym występuje nawet chór z poznańskiej opery.


 Niestety – wkrótce umiera też ukochana córeczka. W styczniu następnego roku Jan powiadamia „nowym ciosem dotknięty”  w niezwykle emocjonalnym, jak na ówczesne czasy, nekrologu: „po nieodżałowanej niedawno stracie żony mojej, ś. p. Heleny, zasnęła znowu, za zarządzeniem woli Bożej […] wśród okrutnych cierpień snem wiecznym, moje jedyne najukochańsze dziecię Lidja-Hygina Lewandowiczówna, dobiegająca drugiej wiosny życia”.  


Nie zachowało się żadne znane mi zdjęcie Heleny ani Jana. Jedyne co wiem, że siostra Jana – Józefa zmarła w 1936 roku w Poznaniu. Jan i jego brat Wojciech wyjechali do Częstochowy, gdzie zmarli. Nie zachował się też grób Heleny i jej córeczki. Cmentarz farny przy ulicy Bukowskiej zamknęli Niemcy w czasie okupacji. Został zlikwidowany po 1945 roku.

Znalazłam kilka reklam sklepu Lewandowicza. Do tego dwa plan Garbar z repozytorium CYRYL (z z 1923), na którym umieściłam położenie sklepu Lewandowicza. Jakby czasem ktoś trafił na zdjęcie kamienicy, sklepu, czy posiadał informacje na temat rodziny Lewandowiczów, to proszę o kontakt.





19 czerwca

Naramowicka w remoncie!


Naramowicka w remoncie! ale w 1900 roku... 


Gazeta „Wielkopolanin” w marcu 1900 roku informowała, że zamknięta będzie ulica Naramowicka. Urząd fortyfikacji (pod którym zarządem był najwyraźniej początkowy odcinek tej drogi) zajął się bowiem brukowaniem odcinka 300 metrów. W tamtym czasie Naramowice nie należały jeszcze do Poznania (przyłączono je dopiero w 1925 roku wraz z gminą Winiary), a samej ulicy Naramowickiej oficjalnie jeszcze nie było. Wcześniej jednak potocznie 
nazywano istniejącą drogę - żwirówką naramowicką. W 1900 roku jednak redaktor Wielkopolanina wyraźnie napisał o ulicy Naramowickiej. Możliwe, że to pierwsza wzmianka o tej nazwie. I choć mowa tu tylko o 300 metrach bruku, to był to, było nie było, jakiś początek. Dziś to jedna z dłuższych ulic Poznania. Czy każdy jednak wie, że pierwotny odcinek Naramowickiej to dzisiejsza ślepa ulica Przełajowa? Po przebudowie skrzyżowania z ulicą Wilczak, odcięto pierwszy fragment ulicy, zostawiając dawną numerację ulicy Naramowickiej, zaczynającą się współcześnie numerem 22. Trudno jednak dziś dociec, który konkretnie fragment wybrukowano 120 lat temu. A może ktoś wie?
#poznan1908 #Naramowicka #fortWiniary

01 czerwca

Dzień Dziecka

Taka okolicznościowa refleksja i trochę smutniejszy obraz dawnego Poznania. Praca dzieci.
Dopiero w 1903 roku wprowadzono przepisy mające zapobiec zarobkowemu wyzyskowi dzieci poniżej 13 roku życia. 

Normą jednak w biedniejszych rodzinach było wykorzystywanie dzieci nawet młodszych. Dziewczynki szły na służbę, chłopcy na naukę zawodu do rzemieślników. Niektóre miały mniej szczęścia - pracowały jako gońcy, sprzedawcy na ulicach, a nawet w fabrykach. 

Informacja o nowym prawie z Orędownika z 1904 roku. Na zdjęciu poznańskie dzieci z roku 1898, uchwycone przez fotografa Samuela Jaffego w okolicy ulicy Masztalerskiej (fragment zdjęcia). #dzieńdziecka #poznan1908

29 kwietnia

Poznaniacy w maskach… przeciwgazowych


Dziś trochę cofnę się w czasie, ale nie do aż tak odległych lat, jak zwykle na tym blogu. Lata trzydzieste XX wieku. Świat żyje strachem przed nalotami gazowymi. Czy Poznaniacy również?


W Polsce od 1928 roku działa dość prężnie Liga Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej – masowa polska organizacja paramilitarna, powołana w 1928 z połączenia istniejących już wcześniej, bo w 1923 Ligi Obrony Powietrznej Państwa (rok założenia 1923) i Towarzystwa Obrony Przeciwgazowej (rok założenia 1922). Organizacja ta miała też swoją filię w Poznaniu.

Legitymacja Ligi Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej należąca do Marii Kędzianki, fragment,  1932  Poznań, sygnatura:  CYRYL_39_4_1_0067, CYRYL



Liga miała na celu promowanie lotnictwa sportowego, komunikacyjnego i wojskowego. Do osiągnięć ligi trzeba też zaliczyć wybudowanie 17 wież spadochronowych w okresie międzywojennym. (Wśród nich – pierwszej wieży spadochronowej, zbudowanej w 1937 z inicjatywy poznańskiego oddziału Ligi Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej. Wieża ta powstała koło Drogi Dębińskiej).

Liga zaangażowana też była w organizację obrony przeciwgazowej. Między innymi współorganizowała ćwiczenia w wielu polskich miastach na wypadek nalotów gazowych, także w Poznaniu. Takie ćwiczenia miały miejsce między innymi w 1933 roku, jak i w 1938 roku. Mieszkańcy miasta mogli się dowiedzieć w czasie pokazów, jak powinni się sami zachować i jak wyglądać mogą działania wojsk chemicznych w przypadku zagrożenia. 

Poznaniakom, podobnie jak i innym Europejczykom, nie był też obcy widok masek przeciwgazowych. Gazety polskie, szczególnie te bogato ilustrowane, prześcigały się w pokazywaniu pomysłów i innowacji w zakresie ówczesnej obrony cywilnej, zarówno w Polsce, jak i w innych krajach.

Dziś więcej zdjęć, mniej tekstu.
----------

Zdjęcia pochodzą ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, Kuriera Poznańskiego oraz polskich tygodników ilustrowanych.



Oddział podczas odkażania zagazowanego terenu, czerwiec 1929,  fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. , 1-W-2816

Artykuł z Kuriera Poznańskiego, dotyczący powyższych ćwiczeń z 1929 roku [źródło: Polona]



Ćwiczenia przeciwgazowe w Poznaniu. Pozorowany atak gazowy na ul. Górna Wilda. Wóz strażacki z drabiną przy kamienicy, nad którą przelatują samoloty bombowe, listopad 1933, fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. 1-W-2817-1

Ćwiczenia przeciwgazowe w Poznaniu. Oddział w kombinezonach przeciwgazowych podczas odkażania ul. Górna Wilda., listopad 1933, fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. 1-W-2817- 2 



Ludność ogląda pozorowany wybuch bomby gazowej przed bankiem PKO i Bankiem Handlowym na pl. Wolności, styczeń 1939, fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. , 1-W-2818-1