09 lutego

Nie taki miły ten bałwan, jak go… lepią


Taka zima jak ta, zachęca do zabawy na świeżym powietrzu. Niektórzy przypominają sobie przyjemność jazdy sankami,  a inni porzucają się śnieżkami lub ulepią bałwana. Wyrośliśmy w kręgu wyobrażeń o okrąglutkim i sympatycznym bałwanku z utoczonych śnieżnych kulek, z marchewkowym nosem i w starym zniszczonym kapeluszu.  Takim jak ten z bajki Andersena, co zakochał się w piecyku. Co prawda, jak to z sympatycznymi stworzeniami bywa, twórcy horrorów próbowali nam nieco odsłodzić  ten wizerunek. Tak powstał an przykład bohater dwóch części horrorów o Jacku Frost – skazanym na śmierć więźniu, który pod wpływem mutagennych substancji staje się śniegowym bałwanem i zaczyna mordować mieszkańców miasteczka Snowmonton. Eeee… I kto by się na to nabrał… Bałwanki są słodkie, są uroczym symbolem zimy i jeśli ich miejscem nie jest zaśnieżone podwórko, to niech chociaż zawiśnie jako ozdoba na świątecznej choince.

Ilustracja z bajki H.C. Andersena ok. 1871 Lorenz Frølich -[Wikipedia] 

I to miał być zwykły tekst o retro bałwanku z czasów prababci, a dokładnie jej dzieci: dziadka i jego sióstr, dzieciństwa przypadającego na początek XX wieku, mniej więcej o latach 1905-1914. Tekst o zimowych zabawach na śniegu dzieciaków  przed I wojną światową. Wpis okraszony reklamami bałwanków z ówczesnych reklam świątecznych i ilustracji z dawnych gazet i książek dziecięcych. Kilka szczegółów przykuło jednak moją uwagę na tyle, żeby jednak uważniej się przyjrzeć postaci bałwana, jego ewolucji i jego… hmm… nieco mroczniejszej stronie charakteru. Wszystko wskazuje na to, że to właśnie na przełomie XIX i XX wieku usposobienie tej śnieżnej postaci złagodniało, coraz bardziej zacierając pierwotne znaczenie tej zimowej zabawy, a może raczej jednak magicznego pradawnego obrzędu? Nie uprzedzajmy jednak faktów.

Ilustracja z książki Jadwigi Warnkówy, Wiejskie uciechy Władzia i Zosi, 1899



Słownik języka polskiego pod red. W. Doroszewskiego


Czy bałwan mógł chodzić?

Na większości ilustracji z tego czasu widzimy zwykle już klasycznego bałwana, składającego się z trzech kul, z których największa przedstawia jego dolną część, środkowa, nieco mniejsza –  jego tułów, a górna najmniejsza stawała się jego głową. Czasem jednak toczenie kul służyło jedynie zebraniu odpowiedniej ilości śniegu, by zbudować olbrzymią postać, najwyraźniej wyposażoną w nogi. Czasem te nogi symbolizowane były przez dwie, oddzielne mniejsze kulki, ale czasem rzeźbiono całkiem wyraźne dwie nogi, sugerujące, że bałwan… może chodzić, a zatem może i nawiedzać ludzkie domostwa.  Może dlatego bałwana niszczono po zbudowaniu? Tak, tak… bitwa z bałwanem na śnieżki była kiedyś ważnym elementem tej zabawy. Nie zawsze bowiem poczciwy Bouli (to taki sympatyczny bałwanek z francuskiej kreskówki dla dzieci) miał szansę doczekać ocieplenia i po prostu zniknąć z powierzchni ziemi, roztapiając się w promieniach wiosennego słońca.

Śnieżki i bałwan ok. 1882 roku 
[Wikipedia]

 bałwan, ‘słup, bryła (soli)’, łac. bancus, przeniesione (późno) na ‘nieruchomych, ciężkich’, ‘głupich’; przed wiekami na ‘słupy-bożyszcza’, stąd bałwan, ‘bożek, idolum’, bałwochwalca (skrócone z bałwanochwalca); tak samo w węgierskiem; przeniesione i na ‘fale morskie’, bałwany (a te dowolnie na bałchany przekręcone, od gór bałkańskich, — jeśli nie raczej odwrotnie, z gór na fale?). Słowo zagadkowe, powszechne u Słowian, u Serbów i Słowieńców: ‘bożek’ i ‘belka’. U Czechów nigdy ‘bożkiem’ nie bywał, tylko ‘kłodą’. Na Rusi w 18. w. franc. idole przez bałwanczik oddają, zresztą bołwan, ‘kloc, kłoda, głupiec’; w cerk. tylko ‘kłoda’; stąd węg. bálvány, ‘bożek’, ‘słup jego’. Wyraz przybył ze Wschodu, ale jak i skąd? Jedni wywodzą go z starotursk. balbal, ‘słup zwycięstwa nad zabitym wrogiem’; drudzy z pers. pahlawan, ‘bohater’, przez kirgiskie palwan, balwan, ‘bohater’, ‘słup na cześć jego (bożek)’, ‘kloc, głupiec’. Z tegoż perskiego pahlawan ma pochodzić i turec. bałaban, ‘wielki’ i nazwa ‘sokoła’, znane u południow. Słowian (u Serbów: ‘wielki’, ‘czapla’) i na Rusi (‘sokół’, ‘bałwan’, ‘wielki garnek’), a w dziejach Lwowa jako imię osobowe znaczne (jepiskop Bałaban, przeciwnik unji r. 1595; w 19. w. kupiec Bałaban); u nas z wszelką pewnością od Rusi, jak i bałabuchy, ‘ciasta’; bałaburki, ‘ziemniaki’, co od bałabana, ‘wielkiego’, przezwane. - Aleksander Brückner, Słownik etymologiczny języka polskiego, 1927, Kraków

Walka z bałwanem, Moje Pisemko: tygodnik obrazkowy dla dzieci  1920 


Uzbrojenie

Klasyczny bałwan jest uzbrojony. Czasem jest to zniszczona miotła, łopata, a czasem po prostu uschnięta gałąź. 

Elementarz polski poznański, ułożony podług mięszanej metody pisania i czytania, Poznań 1899

Reklama z tamtego okresu w ręce bałwana zamiast broni wkłada w jego ręce (jeśli je ma) po prostu choinkę. Bałwan był wygodnym narzędziem ówczesnego marketingu. Nie odwoływał się do symboli religijnych, a stawał się jakby łącznikiem pomiędzy światem przyrody (lasem) a światem ludzkim a na dodatek przynosił choinkę, zieloną, do ubrania. W tej roli często towarzyszył Gwiazdorowi czy świętemu Mikołajowi. 

Stary szapoklak, czy nocnik?

Głowa bałwana musiała mieć nakrycie głowy. Zwykle przybierano ją tym, co było pod ręką. W mieście mógł temu służyć stary cylinder czy kapelusz, na wsi zepsuty koszyk lub dziurawe wiadro. Na ilustracjach widzimy też mniej codzienne ozdoby, takie jakie nocnik, czy metalowy lejek. W braku czegokolwiek lepiono imitację czapki czy kapelusza ze śniegu. Bałwany z gołą głową są znacznie rzadsze. Szalik pojawia się później.

Tu na rycinie z 1899 według obrazu E. Kronbergera widzimy na głowie bałwana... lejek

A tu stare wiadro. Przyjaciel Dzieci. 1915 r.

Natomiast na ilustracji  Gertrud Caspari  z 1925 roku czyżby stary czajnik?

Czasem… na bałwaniej głowie pojawiają się… hmmm….. włosy? Wykonane z jodłowych gałązek, czy patyczków sprawiają dość dziwne wrażenie, tak jak na tej poznańskiej reklamie z 1909 roku. Co ciekawe podobne przybranie głowy znalazłam na rosyjskiej kartce z…1917 roku.

fragment poznańskiej reklamy z okresu Bożego Narodzenia. Skład żelaza, lamp, szkła i porcelany Z.Mazurkiewicza z ul. Wrocławskiej [Dziennik Poznański 1909 r.]
 
fragment rosyjskiej pocztówki z 1917 r. 

Węgielki i marchewka

Do przybrania postaci wykorzystywano to, co znalazło się zimą pod ręką. Oprócz węgielków i marchewki mogły temu służyć kamienie, ziemniaki, kawałki patyczków. Ponoć też na początku XX wieku można było kupić w sklepach specjalne zestawy do przybrania bałwana. Na pewno jednak bałwan miał cechy człowieka, albo postaci przypominającej ludzką, i to zazwyczaj ubranej, bo symbolicznie „ubierano go” w guziki. Czasem jednak rzeźbiono mu twarz, próbując mu nadać ludzkie cechy. Na niektórych pocztówkach widać dzieci z kopystkami, które służyły uplastycznieniu bałwaniej fizjonomii.
Na bałwani nos, nieważne czy z marchewki czy z buraka, często czaiły się zające.  Ilustracja Polska 1931 r.

Alkoholik i nikotynista

O ile w Stanach wykorzystywano bałwana do reklamy alkoholu, o tyle u nas jego nieodłącznym atrybutem była fajka lub (w wersji nowocześniejszej) cygaro. Fajka, czy to stara i przepalona od dziadka, czy zrobiona z gałązki z szyszką, to częsty atrybut bałwana w tym okresie. Ten motyw powtarza się często na ilustracjach i w opisach lepienia bałwana w ówczesnych czasopismach dla dzieci czy opowiadaniach. Współczesne bałwany, jak widać, wykazują się większą wstrzemięźliwością. A może wspomniana fajka miała służyć jako atrybut męski? Bałwan bez wątpienia był facetem.

Pocztówka noworoczna, 1910 r. [Polona]

Bałwan z cygarem i kominiarz pocztówka wyd, Niemcy,ok.1931 r. [Polona]

Olbrzym

Jeżeli warunki pogodowe temu służyły to budowano śnieżnego olbrzyma. Im większy, tym lepszy i zabawa przedniejsza. Nierzadko widać, że bałwan jest olbrzymem, więc do jego budowy potrzebna była nawet… drabina.


ilustracja z książki Elwiry Korotyńskiej ,  Wesoła zabawa. 1931


Przyjaciel Dzieci 1875 r.

W kręgu 

Zabawa z bałwanem nie kończyła się zwykle na jego budowie. Tańczono wokół niego, trzymając się za ręce, śpiewając zwykle wesołe, wymyślone na miejscu piosenki. Czy to echo jakiś dawnych obrzędów? A potem… przystępowano do destrukcji.

Bałwan, drzeworyt z 1511 r. [Wikipedia]

Le Courrier français, 1908 r.

Zniszczyć, rozwalić, ugotować…

Cała ta misterna robota nie zawsze służyła budowie ozdoby podwórka, czy postawieniu swoistego, zimowego stróża, który miał pilnować obejścia. (Spotkałam się z też z bałwanem z latarnią, który bardziej przypominał stróża). Bałwana należało zniszczyć. W wielu opowiadaniach dla dzieci zetknęłam się z opisem bitwy na śnieżki, staczanej z bałwanem. Oczywiście stroną przegraną był właśnie bałwan. Resztę zniszczenia dokowały już rączki i nóżki ówczesnych milusińskich. Jakże doskonały i intuicyjny sposób na odreagowanie złości dla dzieci. Dzisiejsza psychologia byłaby przyklasnęła tylko temu pomysłowi. Poza tym można następnego dnia można było zacząć zabawę od nowa. Czy jednak tylko to? Na najstarszej, zachowanej ilustracji z Godzinek  Getijden-en gebedenboek  z roku 1390 widzimy bałwana na ruszcie… a zatem idea zniszczenia śnieżnego potwora okazuje się znacznie starsza. 

Najstarszy, dotychczas znany wizerunek bałwana ( i to bałwana na ruszcie) z  ok. 1390 r. Getijden-en gebedenboek; [Wikipedia]

Wszystko wskazuje na to, że zniszczenie bałwana miało zagwarantować wcześniejsze nadejście wiosny, urodzajne lato. Pamiętajmy – zima była okresem trudnym, niebezpiecznym i choć dawni ludzie tłumaczyli sobie jej istnienie jako naturalny porządek rzeczy, pozwalający przyrodzie odpocząć i odrodzić się wiosną na nowo, to jednak ta pora roku wymagała od człowieka wielu wyrzeczeń, przygotowań i dużej siły przetrwania. Im krócej trwała, tym lepiej. Szczególnie dokuczliwa była tam, gdzie trwała najdłużej i była najsroższa. Istnieją hipotezy, że w rosyjskiej mitologii bałwany były wyobrażeniem duchów zimy, które proszono o miłosierdzie i skrócenie czasu trwania zimna i mrozu. Szybkiemu odlotowi w niebo służyć miała trzymana w rękach miotła (tak jak i czarownicom?) Rzeźbiono tam także śnieżne baby, a niekoniecznie śnieżniki, czyli postacie męskie.

Ilustracja Adriana Ludwiga Richtera (1803-1884), 
Posener Jugendkalender 


  W Zurychu zachował się wyjątkowy rytuał niszczenia bałwana. W święto Sechseläuten (kiedyś obchodzone w dzień równonocy wiosennej, dziś w trzeci poniedziałek kwietnia) spala się postać bałwana Böögg, symbolizującego zimę. Bałwan jest szmaciany, ale nadziany materiałami wybuchowymi. Tradycja głosi, że czas pomiędzy podpaleniem stosu a wybuchem jest wskaźnikiem nadchodzącego lata. Im to krótszy czas tym cieplejsze i bardziej słoneczne lato się zapowiada. A tak na marginesie - szwajcarski Böögg zachował swoją fajkę. 

Święto Sechseläuten w Zurichu w 1910 roku Sechseläuten 1910 - Sechseläuten – Wikipedia

Podobne zwyczaje spotkamy i w innych krajach. W tzw. Różową Niedzielę (Laetare) czyli IV niedzielę Wielkiego Postu, gdy kapłan w kościele katolickim może ubrać ornat koloru różowego, w niektórych niemieckich miejscowościach, świętuje się tzw. Sommertagszug, podczas którego pali się bałwana ze słomy.  Zaś w Segedynie, na Węgrzech, pod koniec zimy bałwanki spychano do rzeki Cisy. 

Bałwan polityczny

Bałwana kojarzono z osobą głupią, nierozgarniętą, a wyzwisko "Ty bałwanie" raczej nie należy do uprzejmych. Nie tylko w Polsce określenie bałwan ma zabarwienie pejoratywne. Na Litwie bałwan nazywany jest bezmyślnym. Na znak protestu przeciwko litewskiemu rządowi, zimą 2005 r., Litwini ulepili 141 bałwanów w pobliżu swojego parlamentu - po jednym dla każdego posła. Historia politycznego lepienia bałwanów jest znacznie dłuższa.  Ot choćby podczas wyjątkowo śnieżnej zimy w 1511 r. w Brukseli mieszkańcy ulepili ponad 100 bałwanów. Część z nich była satyryczna, część przedstawiała nawet sceny dość obsceniczne, ale znalazły się i takie o charakterze politycznym. 

W 1909 roku w Berlinie, w Tiergartenie ulepiono bałwana, który stał się obiektem wycieczek berlińczyków. Otóż zręczny artysta w śniegowej postaci wiernie odtworzył postać ówczesnego kanclerza Bűlowa. Spór artysty z fotografem, który chciał zarobić na odbitce pocztówki ze śnieżnym księciem Bülowem stała się zarzewiem procesu o prawa autorskie, o którym chętnie wspomniała poznańska prasa, jako że książę Bernhard von Bülow, niemiecki polityk, dyplomata, kanclerz II Rzeszy oraz premier Prus w latach 1900-1909 nie był zbyt lubiany w Poznaniu ze względu na swoją antypolską politykę. 


Postęp styczeń 1910 r.

Motyw bałwana był często wykorzystywany przez satyryków. Tak jak w poniższej satyrze na koalicję Niemiec i AustroWęgier na początku 1915
Satyra na sojusz Niemiec i Austrio-Węgier na początku I wojny światowej. Czasopismo  Mucha 1915 r. 



Pełna bibliografia u autorki.

Inne źródła:

Outrageous Postcards and Ads of Snowmen Gone Wild | Arts & Culture | Smithsonian Magazine

The History of the Snowman - Bob Eckstein - Google Książki

Winter's Effigies: The Deviant History of the Snowman - Atlas Obscura

Krótka historia bałwana | Nowy Dziennik

Jeszcze kilka dziecięcych wierszyków ;)

Słówko 1934

Światek Dziecięcy : bezpłatny dodatek do Przyjaciela Dzieci. 1911

Mały Przewodnik 1933.



Światek dziecięcy 1911 r.




 



31 stycznia

Łyżwy skandynawskie "ski" zwane czyli pierwsze narty w Poznaniu


*ul.. Berlińska - obecna Dąbrowskiego

Źródło Informacji: Wielkopolanin 1899 r.
Noworoczna pocztówka z 1912 roku , druk. Lipsk [Polona]

 

11 grudnia

Poznańskie Sokolice

Poznańskie Sokolice w roku 1902. Zdjęcie znalezione wraz z informacją o poznańskich sokolicach w krakowskiej Ilustracji Polskiej


Droga do równouprawnienia kobiet wiodła nie tylko przez prawa wyborcze, ale również coraz większy udział kobiet w różnego rodzaju stowarzyszeniach czy szeroko rozumianej działalności społecznej. W Wielkopolsce chyba panowie nie mieli kompleksów i nie bali się współuczestniczenia w wielu działaniach z paniami, bo wielkopolskie kobiety były niezwykle przedsiębiorcze. Prowadziły własne interesy, brały czynny udział w samodzielnych działaniach na rzecz osób słabszych, chorych, dzieci. Propagowały rękodzieło domowe organizując wystawy robót kobiecych. Doceniano też ich udział w krzewieniu świadomości narodowej i to nie tylko w ramach wychowania dzieci, ale i na szerszym polu. To tutaj szły do aresztu nauczycielki za zabronione potajemne uczenie języka polskiego. Już w lipcu 1909 roku na walnym zebraniu „Sokoła” poznańskiego uchwalono, by przyjmować do organizacji także kobiety na równych prawach z mężczyznami.



Poznanianki już wcześniej, bo od 1900 roku, miały co prawda już swoją sekcję kobiecą w organizacji, ale pełnoprawnymi Sokolicami stały się właśnie w 1909 roku. Wcześniej, przed 1908 rokiem, nie pozwalały na to niemieckie przepisy. Gorzej, ćwiczenia i prezentowanie swoich umiejętności przez poznańskie gimnastyczki było zwykle blokowane przez policję. Tak na przykład było w 1904 roku w Poznaniu podczas zlotu Sokoła. Gnieźnianki, które również szybko stworzyły własną sekcję, były w czasie swych ćwiczeń – nadzorowane nawet przez panów policjantów.



Przypomnijmy, że pod nazwą „Sokół” działały towarzystwa sportowe, powstałe w XIX wieku w wielu krajach słowiańskich. Celem Sokoła było podnoszenie sprawności fizycznej i duchowej oraz rozbudzanie ducha narodowego. Szczególnie tu, w Wielkopolsce, działalność Sokoła, choć niemile widziana przez zaborcę, odegrała znaczącą rolę w krzewieniu postaw patriotycznych.

A w Jarocinie, jeszcze w 1912 roku tak policja uprzykrzała ćwiczenia Sokołów... podobne akcje zresztą działy się i w innych wielkopolskich miejscowościach. 

Nie trafiłam jeszcze niestety na żadną większą publikację, poświęconą konkretnie poznańskim druhnom z poznańskiej organizacji. Może ktoś rozwinie temat? Chętnie poczytałabym więcej o tych dzielnych młodych kobietach, a także o ich dalszych losach. A może macie wśród domowych pamiątek jakąś prababkę w takim niecodziennym stroju i zastanawiacie się, do jakiej to organizacji należała?

Tu o początkach poznańskich sokolic z Ilustracji Polskiej z 1902 roku.



#towarzystwoSokół #sokolice #równouprawnieniekobiet #sportwPoznaniu #poznan1908 #sokolicepoznanskie


11 listopada

Najstarsze rogalowe ogłoszenie?


Jak tam świętomarcińskie rogale? Smakowały?


Wszędzie głośno o najstarszym rogalowym ogłoszeniu z „Dziennika Poznańskiego” z 1860 roku. (Notabene zapewne ktoś podejrzał dyskusję na forum Wielkopolskiego Towarzystwa Genealogicznego "Gniazdo", którego też mam przyjemność być członkinią).

Inni wspominają o cukierniku Józefie Melzerze z 1891 roku.


Prawnuczka Marianny ma dla Was najstarszą wzmiankę o rogalach z... 1854 roku. Tylko dla Was, drodzy Czytelnicy, najstarsze ogłoszenie o rogalach!!! 1854 rok Cukiernia Pfitznera.

Może jednak znajdzie się starsze? Nie ustaję w poszukiwaniach.




--------------------

edit...
A jednak...
Śpieszę donieść, że świętomarcińskie rogale reklamowano jeszcze wcześniej...


A zatem...
1853 rok... cukiernie Pfitznera oraz Szpingiera



Jednak prawdziwym rekordzistą w reklamowaniu 

świętomarcińskich rogali 

jest piekarz Lorenz (Wawrzyniec) Smelkowski...


Oto 1847 rok !!!


Może któremuś z wiernych Czytelników znajome się zdaje to nazwisko? A i owszem. O rodzie Smelkowskich, a dokładnie o Antonim Smelkowskim pisałam przy okazji adresu Chwaliszewo 3 

Czy Antoni to syn Lorenza?  Może kiedyś ktoś się skusi na przebadanie korzeni tej piekarskiej rodziny. Zdradzę, że jeszcze był Józef Smelkowski, też piekarz. Lorenz  jakiś czas działał na narożniku Starego Rynku i Sierocej, potem prowadził piekarnię przy Dominikańskiej nr 1.  Smelkowscy uchodzili za solidnych piekarzy. Ich firmy wymieniane były wśród tych, o których urzędowo potwierdzano, że wypiekają największe bułki i chleby, a zatem rzetelnie traktowali swoich klientów. Rogale też pewnie były smakowite. 


11 października

Herrenluft, hawana i kistki do cygar, czyli nałogi Poznaniaków

 


Kiedyś widok mężczyzny z cygarem nie był wcale rzadki. Szczególnie panowie palili namiętnie fajki, papierosy i cygara. Panów obowiązywał swoisty rytuał palenia, gdy po posiłku udawano się do innego pomieszczenia, bez pań, by porozmawiać o męskich sprawach: interesach, wynikach wyścigów konnych, i innych kwestiach, nieodpowiednich dla kobiecych uszu. męskich ploteczkach. Nie ukrywajmy, to cygaro często było pretekstem, by oddalić się od damskiego towarzystwa, z namiętnością dyskutującego o najnowszych kapeluszach czy planach zamążpójścia znanej hrabianki. Aromat cygar ściśle kojarzył się z tzw. Herrenluft (zapach mężczyzny), który łączył zapach hawańskich cygar, dobrej wody kolońskiej i koniaku.

Ze sposobu trzymania cygara próbowano odczytać charakter mężczyzny. Na przykład mężczyzna trzymający cygaro w pozycji nr 6 to choleryk, nr 9 to gentelman, zaś  nr 11 to z pewnością egoista. Według Illustrierte Kronen Zeitung 1912 r. 


Nie powinno zatem dziwić, że w Poznaniu powstawały liczne fabryki cygar i papierosów, (np. Chwaliszewo było znane z fabryk cygar, jak i… niemoralnie prowadzących się robotnic tych przybytków), a niemal na każdej ulicy znajdował się skład cygar (i papierosów). 

Znany skład cygar znajdował się w Hotelu  Francuskim. W 1913 roku prowadził go pan Lange. 


Powstawał też cały przemysł „okołocygarniczny”, zajmujący się produkcją stolików do cygar, zapalaczy (jak nazywano zapalniczki), etui i kistek (skrzynek) do cygar, a kolor jasnobrązowy nazywano hawana, od najpopularniejszych i najbardziej cenionych cygar kubańskich.

Kista - to gwarowe, poznańskie określenie skrzyni, czyli humidor po poznańsku to kistka od cygar. 


 Poznańskie bractwo kwestarskie zachęcało do zbierania czubków od cygar i… oddawania ich na cele charytatywne (takie zero waste tamtych czasów), zaś odwar z niedopalanych cygar wykorzystywano, aby pozbyć się niechcianych owadów z roślin pokojowych. Czy zdawano sobie sprawę ze szkodliwości palenia? Niby tak, ale przede wszystkim „nadmierne palenie cygar, a zwłaszcza papierosów, mianowicie w młodym wieku, sprowadza zwykle choroby sercowe, raka żołądkowego i pomięszanie zmysłów”, jak zauważał Józef Grześkowski w swojej książce "Apteka Domowa", wydanej w 1906 roku w Poznaniu.

Na Chwaliszewie pod numerem 6 przez wiele lat istniał skład cygar.  Na przełomie wieków prowadzili go kolejno cygarnicy: Nowakowski, Chojnacki, Emil Reh. Później wszyscy chodzili do pana Łaganowskiego, który prowadził swój skład bliżej Mostu Chwaliszewskiego.  



#dawnypoznań #historiapoznania #cygara #handelwpoznaniu #poznan1908

27 września

UFO nad Poznaniem?

 


Piątek, 22 lipca 1910 roku, Poznań, Plac Wilhelmowski*

Spacerujących po placu nie było zbyt wielu. Przechodnie przemykali szybko, lekko przygarbieni. Michał nieco się odsunął na bok, przepuszczając zgrabną blondynkę, która nie patrząc na nich, przemknęła na drugą stronę, z wdziękiem przytrzymując targany wiatrem ogromny kapelusz jedną ręką, a drugą , nieco podniósłszy skraj długiej sukni, dzierżąc parasolkę. Oboje bezwiednie obejrzeli się za panienką. Spod spódnicy migały nie tylko wysokosznurowane trzewiki, ale i fragment pończochy, a nawet skraj białej furkoczącej halki.

- Ależ bestyjka – Michał z ukontentowaniem podkręcił wąsa.

 - Schowajmy się tu pod arkadami. Okrutnie wieje – Tomasz przesunął się w kierunku budynku niemieckiego teatru.- Będzie padać, a ja nie zabrałem parasola. Falb** się nie omylił, zapowiadając to zimne lato. Niby lipiec, a zimno jak w psiej budzie. Wybierasz się pan na zapasy do Bandolina w niedzielę? Petliński* idzie jak burza. Jestem pewien, że sięgnie po mistrzostwo. Nasz Roszak też niczego sobie radzi. Kto by pomyślał? A ten czarny Amerykanin, ten, no jak mu tam? Aaa… Wilson.  Panie, co za góra mięśni. A jaka technika, jaka zwinność. Panie mdlały na jego widok.

-  Nie wiem, czy będę miał siłę. Obiecałem bratu, że  pójdę z nim jutro na otwarcie Grandki. Zaprosił go osobiście sam pan Bronisław, to wypada się pokazać.

- To Góralski już otwiera?

- No… trochę czasu mu zabrało. A tak podobno odstawił cukiernię na piętrze, że palce lizać. Będziemy w końcu mieli pierwszorzędny polski lokal w Domu Przemysłowym. Sam ciekaw jestem, jak tam teraz wygląda. Potem jest koncert kapeli tego, no jak mu tam było? Ten znany Włoch. No całkiem mi z głowy wyleciało jego nazwisko. – Michał zmarszczył czoło, przytknął palce do głębokiej bruzdy, która się tam pojawiła. Nagle twarz mu się rozpogodziła, a palec triumfalnie wycelował w niebo. -  Bezzi!  Angello Bezzi! No obawiam się, że jak się zasiedzimy, to w niedzielę sobie te zapasy odpuszczę.  – dodał już nieco spokojniej. - A może pan też, do Grandki wpadniesz? Zabawimy się. Zapowiada się pierwszorzędnie. Mogę Cię pan, panie Tomaszu, wprowadzić.

- No nie wiem, ostatni raz, jakeśmy się wybrali do Tunelu*, to jeszcze w środę chory byłem. A żona mi łeb suszyła, że to wstyd chodzić do niemieckich lokali.  A słyszałeś pan o tej strzelanie wczoraj na Jeżycach?

- Nie, a co się stało?

- A… złapali wczoraj takiego złodziejaszka, co kościoły okradał.  Jak go policja zatrzymywała, to wyciągnął rewolwer. W końcu, wyobraź pan sobie, pogryzł policmajstra. Pogryzł… sobie… ponoć chcą tego poszkodowanego do zakładu Pasteura wieźć, do Berlina. Ten łotr to tak się rzucał, że pięciu ludzi go nie mogło go powalić. A co tam się dzieje?

Michał odwrócił się w kierunku placu. Ludzie zatrzymywali się, gromadząc w małe grupki.  Przechodnie zadzierali głowy do góry, wpatrując się w usilnie w jakiś punkt. Co chwilę zatrzymywali się kolejni, wówczas któryś już ze stojących wskazywał jakiś punkt nad horyzontem. Zbierało się coraz więcej osób.

- Co to, do diabła, jest? – Tomasz podążył wzrokiem w kierunku wskazywanym przez ludzi. – Nasz balon? Nie… tego „Poznania” to zwykle puszczają z Placu Działowego.

Balon Posen

- „Posena”widziałem już kilka razy. To nie „Posen”. To w ogóle nie balon. Ki czort. – Michał splunął obracając się przez ramię. W kierunku większej gromady ludzi podbiegał właśnie jakiś młody człowiek bez kapelusza, ubrany schludnie, choć skromnie. Pewnikiem subiekt. Wymachując w górze jedną ręka, w której trzymał jakiś duży, podługowaty przedmiot, torował sobie drogę wśród gęstniejącego tłumu. Podbiegł do eleganckiego, choć otyłego, starszego mężczyzny w cylindrze. Mężczyzna trzymał w ustach wygasłe cygaro, podpierał się pod boki, wysuwając do przodu wydatne brzuszysko, które otulone śnieżnobiałym gorsem, wyłaniało się spod rozpiętej nieco kamizelki. Subiekt pokłonił się z uniżoną służalczością, zachowując odpowiedni dystans od swojego, niewątpliwie, pryncypała i wręczył rzecz, najwyraźniej przyniesioną na żądanie przełożonego.





- Chodź pan, mają lunetę. – Michał chwycił za ramię towarzysza.  


* * *

reklama alkoholu, sprzedawanego u Weissa na ulicy Podgórnej.


- Ni to pies, ni wydra. Nie mam najmniejszego pojęcia, co to jest –oświadczył mężczyzna w cylindrze, wyciągając cygaro z ust, nie odejmując jednak lunety od oka - To gdzieś nad Bramą Kaliską, albo nad Miasteczkiem. Nie rusza się. Wysoko, będzie z kilka tysięcy metrów – relacjonował.

- Może to aeroplan? – podsunął Tomasz.

- Matko Boska, żeby z tego jakiego nieszczęścia nie było – westchnęła korpulentna kobiecina w czarnej sukni, odsuwając znad kapelusza czarny, żałobny welon i żegnając się nabożnie.  

- Może Łukowskiemu w końcu się udało?  – do rozmowy włączył się mężczyzna z okrągłą, nalaną twarzą, ozdobioną wątpliwej urody nosem, upstrzonym czerwonymi i fioletowymi żyłkami.




Przez tłum przeszedł tłumiony chichot. Łukowskiego, młodego miejscowego wynalazcę, uważano za nieszkodliwego wariata. Od jakiegoś czasu zabiegał w różnych poznańskich sferach o pieniądze na swój aeroplan. Twierdził, że wynalazł ster nowego rodzaju. Koniecznie chciał opatentować ten pomysł i jak to mówiono, wszędzie go było pełno”. Ostatnimi czasy świat się jednak roił od potencjalnych zdobywców przestworzy. Co chwilę słyszało się o powietrznych lotnikach, co spadali z niebotycznych wysokości wraz ze swoimi maszynami. Prasa donosiła też co rusz o szaleńcach, co zawiedzeni swymi genialnymi pomysłami, lądowali w domach wariatów lub popełniali samobójstwa. Właśnie w porannym Kurierze pisali o jakimś poruczniku z Londynu, który zniechęcony niepowodzeniami wzniesienia się w powietrze aeroplanem własnej konstrukcji, odebrał sobie życie. Wznieść się mu nie udało, to utopił się. Nawet w Poznaniu co chwilę pojawiali się szaleńcy, którym marzyło się zdobycie palmy pierwszeństwa w budowie mono lub dwupłatowca, który wzniósłby się ponad miasto. Ot,choćby ten stolarz, co ze dwa lata wcześniej robił próby ze swoją maszyną na Dębinie. Ponoć raz mu się udało wznieść się na kilkanaście metrów w górę.



- No tak się nie śmiejcie. Łukowski to naprawdę mądry człowiek. Czytałem jego artykuł. Ten jego ster to prawdziwa rewolucja. Ułatwi skręcanie i w ogóle wznoszenie się maszyny latającej. To naprawdę mądry człowiek. A patent to w Berlinie już dostał. A Drzewiecki? A o inżynierze Warchałowskim z Wiednia słyszeliście? Jego wynalazek też wysoko oceniają, i to znawcy z całego świata. A on też nasz, Polak. Każdy swoją cegiełkę dołoży i mówię Wam, każdy będzie mógł latać. Jeszcze zobaczycie, nasze dzieci będą powietrzem się przemieszczać  – perorował gość  od lunety.

Przez tłum przeszedł pomruk ni to akceptacji, ni to niedowierzania. Po Poznaniu już od miesięcy krążył dowcip o człowieku z przyszłości, którego zamknęli w Owińskach, bo miast latać aeroplanem, chodził na piechotę. Powietrzna żegluga podniecała wszystkie umysły, od ludzi uczonych po kucharki szepczące ze swymi kochankami po dębińskich krzakach.

reklama poznańskiej fabryki papierosów


- To Łukowski nie może być – zauważył przytomnie Michał. - Jego aeroplan stoi u Ignatowicza, w jego domu towarowym. Będzie można go obejrzeć za pieniądze.

- To w ogóle nie jest aeroplan, a jego model. – sprostował właściciel lunety. – Łukowski dopiero zbiera na budowę maszyny. Ale to… to… - to nie jest aeroplan. To się nie rusza. Ani drgnęło. Aeroplan musi się poruszać, inaczej spadnie z nieba.

- Może to balon ze sterem? - rezolutnie zauważył Michał. – Ludzie zaczęli kiwać głowami. Wszyscy spodziewali się lada moment pojawienia nad Poznaniem jakiegoś Zeppelina, Parsevala albo Grossa. Pisma przepełnione były doniesieniami z różnych stron cesarstwa o pojawiającym się tu i ówdzie sterowcu. Wielkie statki nadpływały nad miasta, budząc zaciekawienie, a nieraz i panikę. Zwykle okrążały kilka razy dane miasto, by poszybować po kilku godzinach w nieznane. Niemcy wyrastały na potęgę lotniczą, posiadając już 9 takich latających maszyn. Poznań, jako miasto cesarskie i na dodatek twierdza wojskowa, musiał się spodziewać takich odwiedzin w każdej chwili. A wyobraźnię mieszkańców podsycały opowieści świadków, którzy mieli okazję widzieć te latające wieloryby w Berlinie czy Wrocławiu. A ostatnio na mieście pojawiła się plotka, że mają tutaj zbudować stację lotniczą, z halą dla takiego balonu ze sterem. I podobno nawet miał tu stacjonować ten największy – jeden ze sztywnych statków hrabiego Zeppelina. Nikt jednak tych doniesień ani nie dementował, ani potwierdzał.

- Matko Boska, żeby z tego jakiego nieszczęścia nie było – westchnęła wdowa. – Co chwilę jakiś spada, albo eksploduje. Lepiej, niech sobie leci dalej, bo jak zleci taki potwór na miasto to tylko tragedia z tego będzie. – Kobieta kolejny raz zrobiła znak krzyża. 





Większość Polaków podchodziła do wynalazku grafa Zeppelina z mieszanymi uczuciami. Głośno krytykowano zapał miejscowych Niemców, którzy krocie przeznaczali na budowę kolejnej piekielnej maszyny hrabiego. Ci podkreślali potrzebę wzmocnienia militarnego Niemiec, modląc się o przysłanie takiego statku napowietrznego „na kresy” cesarstwa. Polacy kręcili głowami na bajońskie sumy, wydawane na balony, które co chwila albo wybuchały w powietrzu, albo spadały z przestworzy. A ileż to wypadków było. Porywało w powietrze ludzi, którzy musieli taką maszynę przytrzymać za pomocą lin, zanim balon wprowadzono do takiej lotniczej stacji lub wypuszczano do żeglugi powietrznej. Ileż to nieszczęść, śmierci, pogruchotanych kości, kalek te potworne olbrzymy sprowadziły. Czy warto takie diabelstwo do miasta sprowadzać? Potwierdzać jeszcze butę niemiecką na tej ziemi? Nie wystarczy już sama pruska twierdza, dławiąca miasto w swym uścisku? Czy sam cesarski zamek, który pośpiesznie wykańczano na otwarcie i przyjazd cesarza w październiku? Polacy starali się ignorować i omijać wzrokiem posępną sylwetę przytłaczającego budynku, który, jak wielu mówiło, ma stać się wyrazem pruskiego panowania na tych ziemiach. I jeszcze miałby tu stacjonować ten symbol nowej, powietrznej potęgi Niemiec? Po cichu jednak każda wzmianka o sterowcach była szeroko komentowana. Ludzie zastanawiali się, czy to możliwe, że za kilka lat będzie można taką maszyną odbyć napowietrzną podróż do innych miast europejskich, a może i za ocean?

- Pokaż pan. Widziałem już balon ze sterem. One rzeczywiście powoli suną po niebie. Może zdać się, że stoją w powietrzu. – Michał wyciągnął dłoń w kierunku gościa w cylindrze.

- No ciekawe, gdzieżeś pan to widział. Pewnie w kinematografie, albo jakimś periodyku? – Właściciel lunety skwitował z przekąsem, jednak posłusznie podał Michałowi przyrząd.  Zdjął kapelusz z głowy i chustką wytarł spocone czoło.



- To nie balon ze sterem. – zauważył Michał, nie komentując uwagi mężczyzny. Nie chciał się przyznać, że rzeczywiście – maszyny widział tylko na obrazku, w Tygodniku Ilustrowanym.  To nie ten kształt. Aeroplan też nie. Za wysoko. Tak wysoko się jeszcze żaden aeroplan nie wzbił jeszcze. Dziwne to. I ani drgnie. Ale kształtem? Nie… to balon żaden…

- Matko Boska, żeby z tego jakiego nieszczęścia…  – po raz kolejny jęknęła babina.

Zbierające się chmury zasłoniły dziwny kształt na niebie. Z całego placu, z wielokrotnych gardeł dobył się jęk zawodu. Tłum jednak stał dalej, wpatrując się milcząco w odległy horyzont, gdzie za chmurami czaiło się coś…

---------------------


Domyślacie się, co zobaczyli tego dnia Poznaniacy? Zdradzę w najbliższym czasie. Uchylę jednak rąbka tajemnicy. Była to ledwie nikła zapowiedź tego, co miało dziać się na poznańskim niebie w tamtych miesiącach.  Czekajcie zatem na kolejne opowieści.

  

 Na podstawie doniesień z ówczesnej prasy, okraszone reklamami poznańskich firm i żartami z motywami awionautycznymi. 


 

---------------

Plac Wilhelmowski - obecnie plac Wolności
Falb - Rudolf Falb, znany niemiecki prorok katastrof meteorologicznych, twórca teorii dni krytycznych w pogodzie, autor swoistego kalendarza meteorologicznego. Prognozy Falba były często przywoływane w prasie przełomu XIX i XX wieku. 
Petliński, Roszak, Wilson - nazwiska zapaśników, występujących w Poznaniu w 1910 roku. 
Tunel Bismarcka - niemiecki lokal w Poznaniu


---------------

Uzupełnienie. 

Tamtego dnia nad Poznaniem pojawił się balon? latawiec? w każdym razie przyrząd obserwacyjny. Wywołał jednak sporą sensację. No i kto teraz dopiero mam zagwozdkę. UFO to może nie było, ale jak wyglądał registrator? 

Dziennik Poznański,  26 lipca 1910 r. 




 

  

 

05 września

Figura Matki Bożej z Dzieciątkiem z narożnika ulic Gołębiej i Klasztornej.




Statua z początku XVI w., usytuowana jest na południowo-zachodnim narożu probostwa u zbiegu ul. Gołębiej i Klasztornej. Do 1910 r. zdobiła kamienicę na rogu ulic Koziej i Klasztornej.
Spotkałam się z informacją, że to właścicielka domu Rosa Hirschbruch sprzedała figurę ks. prał. Antoniemu Stychlowi, który umieścił ją w miejscu, w którym znajduje się współcześnie. Piaskowcowa rzeźba przedstawia postać Matki Bożej w koronie, stojącą na półksiężycu, odzianą w długie, obszerne szaty zapięte na piersi. Dzieciątko trzyma złote jabłko królewskie. Całość jest zwieńczona baldachimem.


Fot. Fragment zdjęcia [CYRYL] Figurka Matki Boskiej z Dzieciątkiem z XVI wieku na narożu probostwa farnego przy ul. Gołębiej, Autor/Twórca: Bogdan Celichowski, Sygnatura: CYRYL_73_2_3_105_0037
#poznan1908 #gołębia #klasztorna #świątkipoznańskie