Moja prababcia Marianna osiedliła się w Poznaniu w 1908 roku.
Jak wyglądało jej życie? Jaki był też Poznań w tamtych latach? Kim byli ludzie, których spotykała na ulicach tego miasta? Jakie sprawy ich interesowały?
Poznaj Poznań lat 1888-1914.
„Co dzień podziw wzbudzające przedstawienie” – tak reklamował się przebywający w Poznaniu w 1904 roku „Orginalny (!) cyrk pchli”. Reklamę, zamieszczoną w jednej z poznańskich, ówczesnych gazet, okraszono rysuneczkiem cudacznego zaprzęgu – powozu, powożonego przez pchlego lokaja. Do bryczki zaprzężono dwa insekcie rumaki. Nie brak tam też pchełki z gustowną parasolką, która rozsiadła się we wnętrzu tego mini pojazdu.
Reklama pchlego cyrku z 1904 roku, Wielkopolanin [WBC]
W 1904 roku pchli cyrk występował w parterowych lokalach przy ulicy Rycerskiej 36, czyli dzisiejszej ulicy Franciszka Ratajczaka. Poznaniacy mieli szanse oglądać występy pchlej menażerii już od 3 po południu aż do 9 wieczorem.
Obecna ulica Franciszka Ratajczaka (czyli dawna Rycerska, Ritterstrasse) już w 1914 roku była dość szczelnie zabudowana. Owe parterowe lokale pod numerem 36 zapewne były usytuowane dalej, w głębi ulicy. Tu widok od strony obecnej ulicy 27 Grudnia.
Nie była to jednak jedyna okazja, kiedy Poznań mógł zobaczyć takie miniaturowe widowisko. Kilka lat wcześniej, bo w 1899 roku, podczas uroczystości strzeleckich (podczas tradycyjnego strzelania Bractwa Kurkowego w czasie Zielonych Świątek) wystąpił już „słynny na cały świat rzeczywisty oryginalny cyrk pchieł Joh. Günthera”. Czy był to ten sam? Możliwe. Dyrektor cyrku (nota bene odznaczony różnymi cesarskimi i królewskimi dyplomami) wykorzystał wówczas ten sam rysunek ilustracyjny przy reklamie. Wówczas miało wystąpić 300 żywych artystów ze „znakomitemi nowościami pod względem zadziwiającej dresury [zapewne chodzi o tresurę pcheł, o czym jeszcze będzie mowa]”. Według publikacji Herberta Weidnera "Der Flohzirkus und seine vierhundertjährige
poesiereiche Geschichte" ów Günther pokazywał, oprócz wielu innych sztuczek, popularnych w innych pchlich teatrzykach
Jeszcze kilka lat wcześniej, bo w grudniu 1890 w Hotelu Francuskim obok bardziej poważnej wystawy cesarskiej z pocztem figur (woskowych?) ówczesnych niemieckich osobistości (począwszy od Wilhelma I, poprzez rodzinę cesarską aż po Bismarcka) i pokazem fonografu Edisona na terenie hotelowej wystawy… można było podziwiać też „wielkie przedstawienie w wyższej tresurze pchieł, gdzie się popisuje 300 (czyżby też dyrektor Günther?) pchieł”. Budynek Hotelu Francuskiego (dziś nieistniejący) mieściłby się przy Alejach Karola Marcinkowskiego 13.
reklama cesarskiej wystawy z 1890, Wielkopolanin [WBC]
Pchle cyrki były bardzo popularne w całej Europie a nawet w Ameryce. Pchły, niegdyś znacznie częściej spotykane i to nie tylko na zwierzętach domowych (bo skąd by zatem odrębny gatunek pchła ludzka - Pulex irritans obok szczurzej, psiej, kociej) wzbudzały swoiste zainteresowanie. Poświęcano im sporo miejsca w literaturze, a nawet poezji. Bardziej zainteresowanych odsyłam do Histoire de la puce, avec notes et observations, niejakiego L. Bertolotto, wydanej w Sankt Petersburgu. A przy okazji: czy twórca tej broszurki to nie zapewne słynny Włoch Bertolotto, sam właściciel cyrku pcheł, z którym zawędrował aż do Ameryki?
"Rusałka", wydawana w Wilnie w roku 1841 przytacza odpis afisza Teatru Pcheł Bortolotto
Ilustracja z Histoire de la puce, avec notes et observations
Niezwykle „urocza” jest też nowelka „Z pamiętnika pchły” Klemensa Weitza z 1908 roku, w którym to opowiadaniu można zapoznać się peregrynacjami pewnej pchły, która w swym życiu niejedną krwią się uraczyła (nawet błękitną). Z nowszych i pewnie wielu Czytelnikom znana jest zapewne „Pchła Szachrajka” Jana Brzechwy. Inspirowały pchły nie tylko dyrektorów cyrków.
ilustacja z ksiażki "Almanach astrologique : magique, prophétique, satirique et des sciences occultes : annuaire du monde élégant pour... / rédigé par une société d'astrologues, de magiciens et de sorciers" 1884 [Gallica]
Jednak fascynacja pchlimi cyrkami miała jeszcze i inne podłoże – dyrektorzy takich mikroprzybytków przechwalali się, że pchły można tresować, a jeden owad rzeczywiście dysponował wielką siłą.
Tygodnik "Oświata" 1885
A poza tym - każda okazja była dobra, by zarabiać na takich dziwach – jarmarki, zawody strzeleckie, miejscowe święta i odpusty ściągały gawiedzie ciekawskich, chętnych by zobaczyć coś niecodziennego.
Ilustracja z Le Sanctuaire : revue hebdomadaire pour les enfants de chœur, 1934 [Gallica]
Insekty były na tyle częstą ludzką i zwierzęcą zmorą, by szybko uzupełnić szybko zmieniający się skład cyrkowej trupy. Dekoracje, rekwizyty, potrzebne podczas wystąpienia, jak i nawet (bywało!) ubiory pchlego asamblu mieściły się w małej, poręcznej skrzynce. Nie to, co całe wyposażenie prawdziwego cyrku. Jeździły zatem po świecie pchle zespoły ze swoim dyrektorem, który był zarazem i trenerem, jak i… karmicielem całej tej ekipy.
Ilustracja z książki książce Bolesława Londyńskiego (1855-1928) „I ja to potrafię : rozrywki naukowe bez przyrządów”
Taki opis pchlego cyrku (który występował co prawda w Krakowie, ale poznańskie występy zapewne były zbliżone do tego scenariusza) znajdziemy w książce Bolesława Londyńskiego (1855-1928) „I ja to potrafię : rozrywki naukowe bez przyrządów”:
Areną pchlego cyrku była niewielka taca, na której każdy z członków trupy mógł być dojrzany gołem okiem. Przede wszystkiem wprowadzono drobniutką karetę, prawdziwy majstersztyk miniaturowych cacek. Cztery, zaprzężone do niej pchły sporego gatunku przywiązane były do hołobli pasami; piąta siedziała na koźle jako stangret wymachując cienkim jak włosek biczykiem, przyczepionym do jej nieustannie poruszającej się łapki, i wreszcie szósta siedziała po za karetą, w charakterze lokaja.
Pierwsze cztery pchły, starały się oczywiście, wydobyć z niewoli, ale ponieważ przytrzymywały je hołoble całe ich wysiłki ograniczały się na tern, że szły wolno posuwając się naprzód i pociągając za sobą maleńką karetę. Tuż obok karety dwie pchły odbywały pojedynek, podobnie jak chrabąszcze, któremi bawią się dzieci, przyczepiając te owady pionowo do kawałków miękiego wosku. Pchły były przywiązane do prostopadle stojących drobniutkich pręcików, a na łapkach miały umocowane kawałeczki drzewa, które, wskutek ruchu owadów, krzyżowały się lub zadawały ciosy, tak jak rapiry w rękach uczestników fechtunku.
alej, mały wiatrak, któremu ruch obrotowy nadawała praca jednej pchły; przyczepiona za grzbiet wewnątrz budynku, obracała łapkami cylinder, który z kolei, obracał skrzydła wiatraka. Na uboczu jeszcze jedna członkini towarzystwa. Do jej łapki przymocowano łańcuszek, kończący się małą kulką. To więzień, skazany na galery. Nieszczęsny bądź szarpał łańcuchem, chcąc zrzucić go z siebie, bądź ciągnął go za sobą, ledwie dysząc z wysiłku.
Jednakże przedstawienie na tern się nie kończyło. Właściciel cyrku pcheł posiadał jeszcze małą studnię, z której wiadro z wodą wyciągała pchła, czepiająca się łapkami cienkiej nitki, przeciągniętej przez blok i zastępu. Następnie ukazała się pchła w roli konia wyścigowego; oglądając ją przez lupę, nie trudno było zauważyć maleńkiego jeźdźca, harcującego na siodle, a wyciętego z jakkiegoś lekkiego materjału. [...]
Przedstawienie zakończył wystrzał armatni, wykonany także przez jedną z bohaterek trupy. Widać stąd, że przedstawienie było nadzwyczaj zajmujące, jako dowód nietuzinkowej zręczności i ciekawego spożytkowania siły owadu, do którego ludzie nie mają osobliwej sympatji.
Oczywiście pchły te, wbrew zapewnieniom ich właściciela, bynajmniej nie były tresowane i nie mogą wcale uchodzić za pchły uczone: są one po prostu przywiązane i wykonywują zadaną sobie pracę jedynie wskutek wysiłków, czynionych dla wydostania się z niewoli.”
A tak wygląda przedstawienie na archiwalnych taśmach
Była jeszcze inna strona przedstawień z pchłami. Ponoć zdarzało się, że któraś z aktorek… zwiała ze sceny. Cóż… była to swoista kara za oglądanie widowisk, na których męczono te biedne (?) stworzenia. Tak, tak… zdarzały się i dawniej protesty w obronie tych zwierząt.
żart rysunkowy z Kurjera Świątecznego z roku 1874
Niezwykłą personą w kulturze popularnej był sam dyrektor pchlego cyrku. Powstawało na jego temat mnóstwo dowcipów, naigrywano się z jego profesji, a sam Charlie Chaplin sparodiował go niezwykle udanie w swym filmie „Światła rampy” z 1952. Choć do historii przeszła, pochodząca właśnie z tego filmu pantomina, to warto też obejrzeć znacznie wcześniejszy, nieco zapomniany obraz, w którym Chaplin wykreował po raz pierwszy postać brzuchatego dyrektora pchlego cyrku. W nieukończonym filmie z 1919 „The Professor” Chaplin wcielił się w profesora Bosco, brzuchatego właściciela pchlego cyrku.
Skecz z filmu "Światła rampy" 1952
A tu zachowany fragment filmu "The Professor" 1919
----------------------
Tak czy inaczej ... zdecydowanie wolę pograć w pchełki. (dla młodszych nieco: to gra zręcznościowa, która polega na wstrzeleniu do miseczki mniejszych krążków przy pomocy większego. Wygrywa ten gracz, który pierwszy umieści w miseczce wszystkie swoje krążki. Jednemu graczowi są przyporządkowane "pchełki" w jednym kolorze. )
------------
O nietypowych poznańskich rozrywkach poczytaj też:
W
kwietniu 1927 roku Poznaniacy licznie zgromadzili się przed Odwachem na Starym
Rynku. W napięciu oczekiwali pojawienia się żołnierzy w historycznych mundurach
z okresu powstania listopadowego. Zgodnie bowiem z zarządzeniem Ministra Spraw
Woskowych o reprezentacji zewnętrznej armii, poznańskie DOK otrzymało kilkaset
(!) kompletnych historycznych mundurów wojskowych wraz z rynsztunkiem. Tak
ubrani żołnierze mieli odtąd pełnić wartę przed Odwachem. Warty przed odwachem w strojach historycznych
W 1930 roku zawiało grozą. Nowy Kurier donosił: Pożar lasu w Puszczykowie! Jak
to? Ulubione miejsce wypoczynku Poznaniaków? Czy uda się coś uratować z cennego
drzewostanu? Czy straż pożarna opanuje rozszalały pożar? Pożar puszczykowskiego lasu
W 1937 roku
za sprawą Nowego Kurjera Poznaniacy dowiedzieli się o słynnej ucieczce słonicy
Dory z poznańskiego Ogrodu Zoologicznego. Ucieczka słonicy Dory z poznańskiego zoo
Taka zima jak ta, zachęca do zabawy na świeżym powietrzu.
Niektórzy przypominają sobie przyjemność jazdy sankami, a inni porzucają się śnieżkami lub ulepią
bałwana. Wyrośliśmy w kręgu wyobrażeń o okrąglutkim i sympatycznym bałwanku z
utoczonych śnieżnych kulek, z marchewkowym nosem i w starym zniszczonym
kapeluszu. Takim jak ten z bajki
Andersena, co zakochał się w piecyku. Co prawda, jak to z sympatycznymi
stworzeniami bywa, twórcy horrorów próbowali nam nieco odsłodzić ten wizerunek. Tak powstał an przykład
bohater dwóch części horrorów o Jacku Frost – skazanym na śmierć więźniu, który
pod wpływem mutagennych substancji staje się śniegowym bałwanem i zaczyna
mordować mieszkańców miasteczka Snowmonton. Eeee… I kto by się na to nabrał…
Bałwanki są słodkie, są uroczym symbolem zimy i jeśli ich miejscem nie jest
zaśnieżone podwórko, to niech chociaż zawiśnie jako ozdoba na świątecznej
choince.
Ilustracja z bajki H.C. Andersena ok. 1871 Lorenz Frølich -[Wikipedia]
I to miał być zwykły tekst o retro bałwanku z czasów
prababci, a dokładnie jej dzieci: dziadka i jego sióstr, dzieciństwa
przypadającego na początek XX wieku, mniej więcej o latach 1905-1914. Tekst o zimowych
zabawach na śniegu dzieciaków przed I
wojną światową. Wpis okraszony reklamami bałwanków z ówczesnych reklam
świątecznych i ilustracji z dawnych gazet i książek dziecięcych. Kilka
szczegółów przykuło jednak moją uwagę na tyle, żeby jednak uważniej się
przyjrzeć postaci bałwana, jego ewolucji i jego… hmm… nieco mroczniejszej
stronie charakteru. Wszystko wskazuje na to, że to właśnie na przełomie XIX i
XX wieku usposobienie tej śnieżnej postaci złagodniało, coraz bardziej
zacierając pierwotne znaczenie tej zimowej zabawy, a może raczej jednak
magicznego pradawnego obrzędu? Nie uprzedzajmy jednak faktów.
Ilustracja z książki Jadwigi Warnkówy, Wiejskie uciechy Władzia i Zosi, 1899
Słownik języka polskiego pod red. W. Doroszewskiego
Czy bałwan mógł chodzić?
Na większości ilustracji z tego czasu widzimy zwykle już
klasycznego bałwana, składającego się z trzech kul, z których największa
przedstawia jego dolną część, środkowa, nieco mniejsza – jego tułów, a górna najmniejsza stawała się
jego głową. Czasem jednak toczenie kul służyło jedynie zebraniu odpowiedniej
ilości śniegu, by zbudować olbrzymią postać, najwyraźniej wyposażoną w nogi.
Czasem te nogi symbolizowane były przez dwie, oddzielne mniejsze kulki, ale
czasem rzeźbiono całkiem wyraźne dwie nogi, sugerujące, że bałwan… może
chodzić, a zatem może i nawiedzać ludzkie domostwa.Może dlatego bałwana niszczono po zbudowaniu? Tak, tak… bitwa z bałwanem
na śnieżki była kiedyś ważnym elementem tej zabawy. Nie zawsze bowiem poczciwy
Bouli (to taki sympatyczny bałwanek z francuskiej kreskówki dla dzieci) miał
szansę doczekać ocieplenia i po prostu zniknąć z powierzchni ziemi, roztapiając
się w promieniach wiosennego słońca.
Śnieżki i bałwan ok. 1882 roku
[Wikipedia]
bałwan, ‘słup, bryła (soli)’, łac. bancus, przeniesione (późno) na ‘nieruchomych, ciężkich’, ‘głupich’; przed wiekami na ‘słupy-bożyszcza’, stąd bałwan, ‘bożek, idolum’, bałwochwalca (skrócone z bałwanochwalca); tak samo w węgierskiem; przeniesione i na ‘fale morskie’, bałwany (a te dowolnie na bałchany przekręcone, od gór bałkańskich, — jeśli nie raczej odwrotnie, z gór na fale?). Słowo zagadkowe, powszechne u Słowian, u Serbów i Słowieńców: ‘bożek’ i ‘belka’. U Czechów nigdy ‘bożkiem’ nie bywał, tylko ‘kłodą’. Na Rusi w 18. w. franc. idole przez bałwanczik oddają, zresztą bołwan, ‘kloc, kłoda, głupiec’; w cerk. tylko ‘kłoda’; stąd węg. bálvány, ‘bożek’, ‘słup jego’. Wyraz przybył ze Wschodu, ale jak i skąd? Jedni wywodzą go z starotursk. balbal, ‘słup zwycięstwa nad zabitym wrogiem’; drudzy z pers. pahlawan, ‘bohater’, przez kirgiskie palwan, balwan, ‘bohater’, ‘słup na cześć jego (bożek)’, ‘kloc, głupiec’. Z tegoż perskiego pahlawan ma pochodzić i turec. bałaban, ‘wielki’ i nazwa ‘sokoła’, znane u południow. Słowian (u Serbów: ‘wielki’, ‘czapla’) i na Rusi (‘sokół’, ‘bałwan’, ‘wielki garnek’), a w dziejach Lwowa jako imię osobowe znaczne (jepiskop Bałaban, przeciwnik unji r. 1595; w 19. w. kupiec Bałaban); u nas z wszelką pewnością od Rusi, jak i bałabuchy, ‘ciasta’; bałaburki, ‘ziemniaki’, co od bałabana, ‘wielkiego’, przezwane. -Aleksander
Brückner, Słownik etymologiczny języka polskiego, 1927, Kraków
Walka z bałwanem, Moje Pisemko: tygodnik obrazkowy dla dzieci 1920
Uzbrojenie
Klasyczny bałwan jest uzbrojony. Czasem jest to zniszczona miotła, łopata, a czasem po prostu uschnięta gałąź.
Elementarz polski poznański, ułożony podług mięszanej metody pisania i czytania, Poznań 1899
Reklama z tamtego okresu w ręce bałwana zamiast broni wkłada w jego ręce (jeśli je ma) po prostu choinkę. Bałwan był wygodnym narzędziem ówczesnego marketingu. Nie odwoływał się do symboli religijnych, a stawał się jakby łącznikiem pomiędzy światem przyrody (lasem) a światem ludzkim a na dodatek przynosił choinkę, zieloną, do ubrania. W tej roli często towarzyszył Gwiazdorowi czy świętemu Mikołajowi.
Stary szapoklak, czy nocnik?
Głowa bałwana musiała mieć nakrycie głowy. Zwykle przybierano ją tym, co było pod ręką. W mieście mógł temu służyć stary cylinder czy kapelusz, na wsi zepsuty koszyk lub dziurawe wiadro. Na ilustracjach widzimy też mniej codzienne ozdoby, takie jakie nocnik, czy metalowy lejek. W braku czegokolwiek lepiono imitację czapki czy kapelusza ze śniegu. Bałwany z gołą głową są znacznie rzadsze. Szalik pojawia się później.
Tu na rycinie z 1899 według obrazu E. Kronbergera widzimy na głowie bałwana... lejek
A tu stare wiadro. Przyjaciel Dzieci. 1915 r.
Natomiast na ilustracji Gertrud Caspari z 1925 roku czyżby stary czajnik?
Czasem… na bałwaniej głowie pojawiają się… hmmm….. włosy? Wykonane z jodłowych gałązek, czy patyczków sprawiają dość dziwne wrażenie, tak jak na tej poznańskiej reklamie z 1909 roku. Co ciekawe podobne przybranie głowy znalazłam na rosyjskiej kartce z…1917 roku.
fragment poznańskiej reklamy z okresu Bożego Narodzenia. Skład żelaza, lamp, szkła i porcelany Z.Mazurkiewicza z ul. Wrocławskiej [Dziennik Poznański 1909 r.]
fragment rosyjskiej pocztówki z 1917 r.
Węgielki i marchewka
Do przybrania postaci wykorzystywano to, co znalazło się zimą pod ręką. Oprócz węgielków i marchewki mogły temu służyć kamienie, ziemniaki, kawałki patyczków. Ponoć też na początku XX wieku można było kupić w sklepach specjalne zestawy do przybrania bałwana. Na pewno jednak bałwan miał cechy człowieka, albo postaci przypominającej ludzką, i to zazwyczaj ubranej, bo symbolicznie „ubierano go” w guziki. Czasem jednak rzeźbiono mu twarz, próbując mu nadać ludzkie cechy. Na niektórych pocztówkach widać dzieci z kopystkami, które służyły uplastycznieniu bałwaniej fizjonomii.
Na bałwani nos, nieważne czy z marchewki czy z buraka, często czaiły się zające. Ilustracja Polska 1931 r.
Alkoholik i nikotynista
O ile w Stanach wykorzystywano bałwana do reklamy alkoholu, o tyle u nas jego nieodłącznym atrybutem była fajka lub (w wersji nowocześniejszej) cygaro. Fajka, czy to stara i przepalona od dziadka, czy zrobiona z gałązki z szyszką, to częsty atrybut bałwana w tym okresie. Ten motyw powtarza się często na ilustracjach i w opisach lepienia bałwana w ówczesnych czasopismach dla dzieci czy opowiadaniach. Współczesne bałwany, jak widać, wykazują się większą wstrzemięźliwością. A może wspomniana fajka miała służyć jako atrybut męski? Bałwan bez wątpienia był facetem.
Pocztówka noworoczna, 1910 r. [Polona]
Bałwan z cygarem i kominiarz pocztówka wyd, Niemcy,ok.1931 r. [Polona]
Olbrzym
Jeżeli warunki pogodowe temu służyły to budowano śnieżnego olbrzyma. Im większy, tym lepszy i zabawa przedniejsza. Nierzadko widać, że bałwan jest olbrzymem, więc do jego budowy potrzebna była nawet… drabina.
ilustracja z książki Elwiry Korotyńskiej , Wesoła zabawa. 1931
Przyjaciel Dzieci 1875 r.
W kręgu
Zabawa z bałwanem nie kończyła się zwykle na jego budowie. Tańczono wokół niego, trzymając się za ręce, śpiewając zwykle wesołe, wymyślone na miejscu piosenki. Czy to echo jakiś dawnych obrzędów? A potem… przystępowano do destrukcji.
Bałwan, drzeworyt z 1511 r. [Wikipedia]
Le Courrier français, 1908 r.
Zniszczyć, rozwalić, ugotować…
Cała ta misterna robota nie zawsze służyła budowie ozdoby podwórka, czy postawieniu swoistego, zimowego stróża, który miał pilnować obejścia. (Spotkałam się z też z bałwanem z latarnią, który bardziej przypominał stróża). Bałwana należało zniszczyć. W wielu opowiadaniach dla dzieci zetknęłam się z opisem bitwy na śnieżki, staczanej z bałwanem. Oczywiście stroną przegraną był właśnie bałwan. Resztę zniszczenia dokowały już rączki i nóżki ówczesnych milusińskich. Jakże doskonały i intuicyjny sposób na odreagowanie złości dla dzieci. Dzisiejsza psychologia byłaby przyklasnęła tylko temu pomysłowi. Poza tym można następnego dnia można było zacząć zabawę od nowa. Czy jednak tylko to? Na najstarszej, zachowanej ilustracji z Godzinek Getijden-en gebedenboek z roku 1390 widzimy bałwana na ruszcie… a zatem idea zniszczenia śnieżnego potwora okazuje się znacznie starsza.
Najstarszy, dotychczas znany wizerunek bałwana ( i to bałwana na ruszcie) z ok. 1390 r. Getijden-en gebedenboek; [Wikipedia]
Wszystko wskazuje na to, że zniszczenie bałwana miało zagwarantować wcześniejsze nadejście wiosny, urodzajne lato. Pamiętajmy – zima była okresem trudnym, niebezpiecznym i choć dawni ludzie tłumaczyli sobie jej istnienie jako naturalny porządek rzeczy, pozwalający przyrodzie odpocząć i odrodzić się wiosną na nowo, to jednak ta pora roku wymagała od człowieka wielu wyrzeczeń, przygotowań i dużej siły przetrwania. Im krócej trwała, tym lepiej. Szczególnie dokuczliwa była tam, gdzie trwała najdłużej i była najsroższa. Istnieją hipotezy, że w rosyjskiej mitologii bałwany były wyobrażeniem duchów zimy, które proszono o miłosierdzie i skrócenie czasu trwania zimna i mrozu. Szybkiemu odlotowi w niebo służyć miała trzymana w rękach miotła (tak jak i czarownicom?) Rzeźbiono tam także śnieżne baby, a niekoniecznie śnieżniki, czyli postacie męskie.
Ilustracja Adriana Ludwiga Richtera (1803-1884),
Posener Jugendkalender
W Zurychu zachował się wyjątkowy rytuał niszczenia bałwana. W święto Sechseläuten (kiedyś obchodzone w dzień równonocy wiosennej, dziś w trzeci poniedziałek kwietnia) spala się postać bałwana Böögg, symbolizującego zimę. Bałwan jest szmaciany, ale nadziany materiałami wybuchowymi. Tradycja głosi, że czas pomiędzy podpaleniem stosu a wybuchem jest wskaźnikiem nadchodzącego lata. Im to krótszy czas tym cieplejsze i bardziej słoneczne lato się zapowiada. A tak na marginesie - szwajcarski Böögg zachował swoją fajkę.
Podobne zwyczaje spotkamy i w innych krajach. W tzw. Różową Niedzielę (Laetare) czyli IV niedzielę Wielkiego Postu, gdy kapłan w kościele katolickim może ubrać ornat koloru różowego, w niektórych niemieckich miejscowościach, świętuje się tzw. Sommertagszug, podczas którego pali się bałwana ze słomy. Zaś w Segedynie, na Węgrzech, pod koniec zimy bałwanki spychano do rzeki Cisy.
Bałwan polityczny
Bałwana kojarzono z osobą głupią, nierozgarniętą, a wyzwisko "Ty bałwanie" raczej nie należy do uprzejmych. Nie tylko w Polsce określenie bałwan ma zabarwienie pejoratywne. Na Litwie bałwan nazywany jest bezmyślnym. Na znak protestu przeciwko litewskiemu rządowi, zimą 2005 r., Litwini ulepili 141 bałwanów w pobliżu swojego parlamentu - po jednym dla każdego posła. Historia politycznego lepienia bałwanów jest znacznie dłuższa. Ot choćby podczas wyjątkowo śnieżnej zimy w 1511 r. w Brukseli mieszkańcy ulepili ponad 100 bałwanów. Część z nich była satyryczna, część przedstawiała nawet sceny dość obsceniczne, ale znalazły się i takie o charakterze politycznym.
W 1909 roku w Berlinie, w Tiergartenie ulepiono bałwana, który stał się obiektem wycieczek berlińczyków. Otóż zręczny artysta w śniegowej postaci wiernie odtworzył postać ówczesnego kanclerza Bűlowa. Spór artysty z fotografem, który chciał zarobić na odbitce pocztówki ze śnieżnym księciem Bülowem stała się zarzewiem procesu o prawa autorskie, o którym chętnie wspomniała poznańska prasa, jako że książę Bernhard von Bülow, niemiecki polityk, dyplomata, kanclerz II Rzeszy oraz premier Prus w latach 1900-1909 nie był zbyt lubiany w Poznaniu ze względu na swoją antypolską politykę.
Postęp styczeń 1910 r.
Motyw bałwana był często wykorzystywany przez satyryków. Tak jak w poniższej satyrze na koalicję Niemiec i AustroWęgier na początku 1915
Satyra na sojusz Niemiec i Austrio-Węgier na początku I wojny światowej. Czasopismo Mucha 1915 r.
Poznańskie Sokolice w roku 1902. Zdjęcie znalezione wraz z informacją o poznańskich sokolicach w krakowskiej Ilustracji Polskiej
Droga do równouprawnienia kobiet wiodła nie
tylko przez prawa wyborcze, ale również coraz większy udział kobiet w różnego
rodzaju stowarzyszeniach czy szeroko rozumianej działalności społecznej. W
Wielkopolsce chyba panowie nie mieli kompleksów i nie bali się współuczestniczenia
w wielu działaniach z paniami, bo wielkopolskie kobiety były niezwykle przedsiębiorcze.
Prowadziły własne interesy, brały czynny udział w samodzielnych działaniach na
rzecz osób słabszych, chorych, dzieci. Propagowały rękodzieło domowe organizując
wystawy robót kobiecych. Doceniano też ich udział w krzewieniu świadomości
narodowej i to nie tylko w ramach wychowania dzieci, ale i na szerszym polu. To
tutaj szły do aresztu nauczycielki za zabronione potajemne uczenie języka
polskiego. Już w lipcu 1909 roku na walnym zebraniu „Sokoła” poznańskiego
uchwalono, by przyjmować do organizacji także kobiety na równych prawach z
mężczyznami.
Poznanianki już wcześniej, bo od 1900 roku, miały co prawda już
swoją sekcję kobiecą w organizacji, ale pełnoprawnymi Sokolicami stały się
właśnie w 1909 roku. Wcześniej, przed 1908 rokiem, nie pozwalały na to
niemieckie przepisy. Gorzej, ćwiczenia i prezentowanie swoich umiejętności
przez poznańskie gimnastyczki było zwykle blokowane przez policję. Tak na
przykład było w 1904 roku w Poznaniu podczas zlotu Sokoła. Gnieźnianki, które również
szybko stworzyły własną sekcję, były w czasie swych ćwiczeń – nadzorowane nawet
przez panów policjantów.
Przypomnijmy, że pod nazwą „Sokół” działały towarzystwa
sportowe, powstałe w XIX wieku w wielu krajach słowiańskich. Celem Sokoła było podnoszenie
sprawności fizycznej i duchowej oraz rozbudzanie ducha narodowego. Szczególnie
tu, w Wielkopolsce, działalność Sokoła, choć niemile widziana przez zaborcę, odegrała
znaczącą rolę w krzewieniu postaw patriotycznych.
A w Jarocinie, jeszcze w 1912 roku tak policja uprzykrzała ćwiczenia Sokołów... podobne akcje zresztą działy się i w innych wielkopolskich miejscowościach.
Nie trafiłam jeszcze niestety na żadną większą publikację,
poświęconą konkretnie poznańskim druhnom z poznańskiej organizacji. Może ktoś
rozwinie temat? Chętnie poczytałabym więcej o tych dzielnych młodych kobietach,
a także o ich dalszych losach. A może macie wśród domowych pamiątek jakąś
prababkę w takim niecodziennym stroju i zastanawiacie się, do jakiej to organizacji
należała?
Tu o początkach poznańskich sokolic z Ilustracji Polskiej z 1902 roku.
Wszędzie głośno o najstarszym rogalowym ogłoszeniu z „Dziennika Poznańskiego” z 1860 roku. (Notabene zapewne ktoś podejrzał dyskusję na forum Wielkopolskiego Towarzystwa Genealogicznego "Gniazdo", którego też mam przyjemność być członkinią).
Inni wspominają o cukierniku Józefie Melzerze z 1891 roku.
Prawnuczka Marianny ma dla Was najstarszą wzmiankę o rogalach z... 1854 roku. Tylko dla Was, drodzy Czytelnicy, najstarsze ogłoszenie o rogalach!!! 1854 rok Cukiernia Pfitznera.
Może jednak znajdzie się starsze? Nie ustaję w poszukiwaniach.
--------------------
edit...
A jednak...
Śpieszę donieść, że świętomarcińskie rogale reklamowano jeszcze wcześniej...
A zatem...
1853 rok... cukiernie Pfitznera oraz Szpingiera
Jednak prawdziwym rekordzistą w reklamowaniu
świętomarcińskich rogali
jest piekarz Lorenz (Wawrzyniec) Smelkowski...
Oto 1847 rok !!!
Może któremuś z wiernych Czytelników znajome się zdaje to nazwisko? A i owszem. O rodzie Smelkowskich, a dokładnie o Antonim Smelkowskim pisałam przy okazji adresu Chwaliszewo 3
Czy Antoni to syn Lorenza? Może kiedyś ktoś się skusi na przebadanie korzeni tej piekarskiej rodziny. Zdradzę, że jeszcze był Józef Smelkowski, też piekarz. Lorenz jakiś czas działał na narożniku Starego Rynku i Sierocej, potem prowadził piekarnię przy Dominikańskiej nr 1. Smelkowscy uchodzili za solidnych piekarzy. Ich firmy wymieniane były wśród tych, o których urzędowo potwierdzano, że wypiekają największe bułki i chleby, a zatem rzetelnie traktowali swoich klientów. Rogale też pewnie były smakowite.