19 marca

Zajrzymy czasem w lata trzydzieste...

Miejsce chyba każdemu Poznaniakowi znajome :) Niestety - o piesku podpis zdjęcia nie wspomina ;) "Kabryoletka model ,,Polski Fiat 518” przy niej oparta urocza artystka Teatru Polskiego p. Zasadzianka w płaszczu podróżnym z materjału angielskiego z kołnierzem i mankietkami skórzanemi z magazynu Malinowski, Stary Rynek. — Kapelusik brązowy z firmy Janiszewska, ul. Nowa. — Buciki zamszowe bardzo modne z firmy Guzejka, Pasaż Apollo. — Pudło do kapeluszy — walizka i torebka z firmy Czysz, ul. Szkolna. Kwiaty z kwiaciarni W. Kaźmierczak, ul. Fredry 1. Zdjęcia atelier ,,Rubens" — Plac Wolności"




Ciekawi mnie ta willa? Chopina? Wieniawskiego? Noskowskiego? Sołacz? Ktoś rozpoznaje? Oryginalny podpis pod zdjęciem: "Wspaniała limuzyna ,,Polski-Fiat 518“ z uroczą artystką p . Zasadzianką z Teatru Polskiego. Sukienka z zielonego crep-marocain z firmy ,,Femina" ul. Fredry. — Czółenka z bronzowej (!) skórki z magazynu Grzegorzewski, Plac Wolności. — Kapelusik z brązowego filcu z firmy Janiszewska, ul. Nowa. — Pudło do kapeluszy z firm y Czarnota, ul. Pierackiego. — Walizka, neseser i torebka skórzana do podróży z firmy Czysz — ul. Szkolna.
------------


Źródło: Rewia Mód 1935
-----------------
Encyklopedia Teatru Polskiego:

"ZASADZIANKA Ada, właśc. Adelina Gertruda Zasada, 1° v. Nowomiejska, 2° v. Relska (10 III 1913 Berlin - 2 II 1967 Szczecin), aktorka. Była córką piekarza, Stanisława Zasady i Heleny z Ma­tysiaków, żoną kier. kina i agencji koncertowej w Poznaniu, Juliana Nowomiejskiego (od 1939), po­tem aktora Zdzisława Relskiego. Od 1919 miesz­kała w Poznaniu. Po zdaniu matury we Włocławku wstąpiła w 1931 na scenę T. Nowego w Poznaniu. W 1932-37 występowała tam w T. Polskim, a także w kabaretach - Różowa Kukułka i Klub Szyderców pod Kaktusem. " więcej: Ada Zasadzianka ::: Osoby ::: Encyklopedia teatru polskiego


10 marca

Dorożką po dawnym Poznaniu



Wodopój dla koni przy pomniku Hygiei, ul. Marcinkowskiego.
Wielkopolska Ilustracja 1928r.
Dorożki, chociaż nie były najtańszą formą przemieszczania się, były bardzo popularne. Miały kilka miejsc postoju. Oczywiście najwięcej zwykle ich stało na Dworcu Głównym (Hauptbahnhof) oraz przy Tamie Garbarskiej (Gerberdamm). W centrum miasta też były wyznaczone miejsca postojowe dla dorożek na przykład przy Placu Wilhelmowskim (Wilhelmplatz – Plac Wolności) – obok głównej policji i teatru niemieckiego, na ulicy Rycerskiej (Ritterstrasse –  Ratajczaka), na Jeżycach. W 1903 roku  podjęto decyzję, że przy Placu Wilhelmowskim postój dorożek zostanie ograniczony do przystanku przy Bibliotece Raczyńskich, a jak zgryźliwie zauważył dziennikarz "Postępu" "by widoku Fryderyka III nie zasłaniały". (Chodzi o nieistniejący monument, przedstawiający cesarza, wystawiony w 1902 roku).


Cena za przejazd była kontrolowana za pomocą zegara taksometrowego, więc można było sprawdzić, czy przypadkiem dorożkarz nie próbuje żądać za kurs za dużo. Często jednak się zdarzało, że klienci przez omyłkę płacili więcej niż dorożkarz żądał. Działo się to szczególnie często podczas nocnych kursów, co wiele przecież tłumaczy. Jednak albo kary za zatrzymanie niesłusznie naliczonej taksy były duże, albo poznańscy dorożkarze byli nad wyraz uczciwi, bo potulnie zanosili niezasłużone nadpłaty na policję. Wzmianki o podobnych zdarzeniach są bowiem bardzo częste w ówczesnych gazetach.  Dorożki i konie musiały przechodzić co jakiś czas swoiste "badania techniczne". Policja sprawdzała sprawność pojazdów, czystość a także zdrowie koni. Większość poznańskich dorożkarzy bardzo dbało o swoje koniki. Niemniej jednak Towarzystwo Ochrony Zwierząt premiowało najlepszych woźniców: "wypełniających wiernie swe obowiązki i otaczających szczególną opieką ich pieczy powierzone konie". Dużą konkurencją dla dorożek stały się tramwaje, szczególnie gdy nastał czas elektryfikacji poznańskiego transportu miejskiego. Większość dorożek należała do Polaków, dlatego, gdy w tramwajach zlikwidowano w 1900 roku polskie napisy, nawoływano, żeby bojkotować niemieckie przedsiębiorstwo kolei elektrycznej i chodzić po mieście na piechotę lub korzystać z dorożek. 
Dorożkarskim koniom zawsze towarzyszyły wróble, które mogły zawsze liczyć na odrobinę owsa, "futru", jak mawiali dorożkarze. Pewną ciekawostką jest fakt, że dorożkarze byli bardzo zabobonni, i tak na przykład w 1928 roku, po urzędowym przenumerowaniu dorożek, najwyższym numerem było 83, mimo, że w rzeczywistości było ich 82. Nikt nie chciał bowiem pechowej trzynastki.  

Koło studzienek poznańskich musiało się także znaleźć koryto dla koni. Przez jakiś czas wodopój znajdował się przy posągu Hygei przy Alejach Marcinkowskiego (dopiero od 1971 roku studzienka znajduje się przed Biblioteką Raczyńskich). Jak pisał jeden z redaktorów Wielkopolskiej Ilustracji:


Powoli pojawiały się także taksówki, ówcześnie jeszcze nazywane „dorożkami automobilowymi”. Przewodnik z 1909 roku wspomina o… czterech takich pojazdach, których każdy miał swoje miejsce postoju. Owe „wozy automobilowe” można było znaleźć przy teatrze niemieckim, na Starym Rynku, na dworcu głównym i przy Hotelu Rzymskim (Hotel de Rome). Wraz z popularnością taksówek samochodowych powoli znikały dorożki z ulic Poznania. Podobny proces miał miejsce także w innych miastach, co zwykle działo się za przyzwoleniem władz, które nawet przymuszały dorożkarzy do zmiany profesji. Już w 1913 roku w Berlinie zabrano się do wycofywania z ruchu dorożek konnych. Przedsiębiorca za wycofanie 10 dorożek otrzymywał jedną koncesję na taksówkę. W Poznaniu podobny proceder miał miejsce i tak na przykład w czasie PeWuKi. Kto wykupił koncesję na dorożkę konną - otrzymywał jednocześnie pozwolenie na dwie automobilowe. Koncesję można było z zyskiem odsprzedać, więc dorożkarze sprzedawali je często, wycofując się z fachu. W 1928 roku zaniechano wydawania nowych koncesji.


Dorożkarstwo przestało być opłacalną profesją. Automobilowe dorożki potrzebowały tylko benzyny, kiedy były w ruchu. Dorożki konne... cóż... koń potrzebował "futru", nawet jeśli nie jeździł. Na domiar złego dorożkarze płacili nadal wysokie podatki, w pewnym momencie znacznie wyższe niż właściciele taksówek.  W 1928 w lipcu było  już zaledwie 135 pojazdów, zaś sześć lat później, w 1934 roku, po ulicach Poznania jeździło (a raczej stało na postojach) zaledwie 82 dorożek.  Nie na wiele zdały się akcje, by ocalić ten zanikający fach. W 1934 roku zorganizowano na przykład "Dzień Propagandy Dorożek Poznańskich". Nowoczesność wyparła konie z miasta. 

01 lutego

Opatrywanie okien, poznański stolarz-wynalazca i kit, który zadecydował o życiu pewnego prałata

 


Czy wiecie na czym polegało opatrywanie okien na zimę?

Oczywiście nie chodzi o zaklejanie okien plastrem, czy innymi materiałami opatrunkowymi, chociaż dużo w tym „opatrywaniu” rzeczywiście kleju, a dokładnie kitu. Tak dużo, że czasem okna dawniejszych Poznaniaków zaklajstrowane bywały na amen. Przynajmniej na kilka miesięcy.

Dziś wiatr nam nie hula przy byle przeciągu, ani nie gwiżdże poprzez szpary okienne. W erze nowoczesnych okien plastikowych zapominamy nawet o gumowych i gąbkowych samoprzylepnych uszczelkach, które jeszcze niedawno były potrzebne przy bardziej tradycyjnych drewnianych oknach. Dawniejsze okna sprawiały jednak niemało problemów. Używany do uszczelniania kit trzeba było wymieniać, bo po jakimś czasie się kruszył i przestawał spełniać swoją rolę. Poza tym, dawniejsza konstrukcja okien nie zapewniała odpowiednią izolacji od zimna. Udogodnieniem było zastosowanie okien dubeltowych, czyli podwójnych, ale długo jeszcze dzielono okna na mniejsze kwatery, bo taka konstrukcja ułatwiała wstawianie i ewentualną wymianę mniejszych szyb. Drewniane ramy po prostu nie mogły udźwignąć ciężaru wielkich szyb. Stad też na starych zdjęciach częściej widać okna podzielone. 


Okna na Starym Rynku nad winiarnią Leopolda Goldenringa, w czasie obchodów Provinzial-Sangerfest in Posen 1887 , fragment [WBC]

Poznański stolarz-wynalazca i jego „okno przyszłości”

O tym, jak wielkiej rewolucji wymagały zwykłe okna najlepiej świadczy wynalazek poznańskiego (!) stolarza Adolfa Possekela, zamieszkałego przez jakiś czas na ulicy Zwierzynieckiej. Swój wynalazek nazwał on oknem przyszłości.  A chodziło o to, że według innowacyjnej, jak na ówczesne czasy, konstrukcji można było zlikwidować wszelkie wewnętrzne wzmocnienia (tzw. krzyże czy słupy okienne), a okno można było wyposażyć jedną taflę szyby, tak aby „światło dzienne całym swym otworem bez rzucania cieni ramnych wpadać może do pokoju”. Okno Possekela pozwalało uchronić się też od tak zwanego „zugu” (czyli przewiewu, ale to słowo raczej znane wszystkim Poznaniakom). Niestety nie udało mi się zbyt wiele dowiedzieć o tym naszym zapomnianym wynalazcy i jego.  Wyjechał do Berlina, opatentował swój wynalazek w Austrii, wynalazł również okno ewakuacyjne, którym można było uciec na wypadek pożaru, a które wystawił na specjalistycznej wystawie pożarnictwa w 1903 roku w Londynie. Może warto by ktoś powędrował szlakiem tego wynalazcy, któremu najwyraźniej dopiekł chłód na ulicy Zwierzynieckiej?

 

Mrok i chłód za miejskimi oknami

Wróćmy jednak do okiennych dylematów prababki.  Wiemy, że wpuszczały one mało światła, co w rozbudowującym się mieście, zwykle czteropiętrowych kamienic, mogło być uciążliwe.  W ciasnej, miejskiej zabudowie do najlepszych, bo położonych na pierwszym piętrze mieszkań światło słoneczne docierało z utrudnieniem. A pamiętajmy, że długo oświetlano mieszkania lampami karbidowymi, naftowymi i świecami.  Nawet wprowadzenie elektrycznego oświetlenia nie dawało wcale takiego efektu, do jakiego jesteśmy dziś przyzwyczajeni. Ówczesne żarówki nie miały dużej mocy.  Wykorzystywano odpowiednie kształtem abażury, by światło skupić w określonym miejscu, by nie rozpraszało się „bezużytecznie” po całym pomieszczeniu.   Cóż – cerowanie skarpetek w takim oświetleniu lub czytanie nie było komfortowe, ale jesienią czy zimą nie było możliwości wykonania wszystkich domowych prac za dnia i przy naturalnym świetle.  Najgorzej mieli jednak mieszkańcy budynków odpodwórzowych, mających mieszkania oknami skierowanymi do wnętrz studniowych podwórek.  A lokatorzy suterenowych ciasnych klitek? Chociaż Poznań akurat nie obfitował w dużą ilość półpiwnicznych mieszkań, ale i takie się zdarzały, szczególnie na ulicach o dużym kącie nachylenia. Więcej naturalnego światła docierało do niedrogich mieszkań na trzecim lub czwartym piętrze frontowych budynków, jednak tu bardziej dokuczały przeciągi. Do tego węgiel trzymano w piwnicy i trzeba było codziennie dźwigać węgle po mniej lub bardziej wygodnych schodach.  A i im wyżej, tym ostrzej przez wszystkie szpary wdzierał się lodowaty wiatr. Warto przyjrzeć się starym zdjęciom, jak wiele poznańskich okien wyposażanych było w słomkowe (?) zasłony, dodatkowe markizy i inne zewnętrzne rolety. Latem chroniły one przed nadmiernym słońcem, zimą stanowiły dodatkową izolację przed utratą ciepła.

Po prostu – bywało zimno, mrocznie i depresyjnie.


okna ma Świętym Marcinie 43? (destylacja Wilhelma Ludwiga) w czasie obchodów Provinzial-Sangerfest in Posen 1887, fragment [WBC]

W ruch idzie kit… i gwoździe

To co można było zrobić, to dobrze „zaopatrzyć” okna na zimę. W ruch szedł przede wszystkim kit. Ten wyrabiano ręcznie lub kupowano w drogerii. W Poznaniu kit kupowano na przykład w drogerii Czepczyńskiego, na Starym Rynku.

Przepis na kit

Słowniczek przemysłowy, zawierający krótkie objaśnienia najpospoliciej w przemyśle używanych wyrazów. autorstwa Tytusa Budzynowskiego

Tygodnik Ziemianin,przepis na kit z 1870 roku

Nie myślcie tylko, że kitowanie polegało na wypełnianiu szczelin. Tzw. zapatrywanie (opatrywanie) okien na zimę często kończyło się po prostu zaklajstrowaniem nie tylko szpar, ale całych okien. Czasem zostawiano tylko maleńki lufcik, aby móc wywietrzyć pomieszczenie. Dopiero po wielu miesiącach, na wiosnę, podczas mycia okien dopiero usuwano kit i otwierano okna na oścież. Bardziej zapobiegliwi… sięgali nawet po gwoździki, którymi zabijano okna na amen. W ruch szły też wszelkiego rodzaju uszczelniacze: mech, filc ze starych kapeluszy, warkocze plecione z słomy, wata, woreczki, wypełnione szmatkami i co tam komu wpadło do głowy.  



Lekarze i higieniści bardzo potępiali takie praktyki, słusznie zwracając uwagę, że takie dokładne uszczelnianie i brak wentylacji są szkodliwe dla zdrowia. Właśnie w braku wietrzenia pomieszczeń upatrywano większej podatności na infekcje, choroby zakaźne, w tym także na influenzę, czyli grypę. Do tego perswadowano, że „zgniłe” powietrze wolniej się ogrzewa, niż świeże (o wyższej zawartości tlenu), że powietrze w pomieszczeniu musi się mieszać (ciepłe spod sufitu, zimne przy podłodze), czego nie ułatwia zbytnie zakitowanie i tym bardziej zwyczaj nieotwierania okien w czasie zimnych miesięcy.

Ileż jest domów, w których nie tylko okna szczelnie zamykają, zalepiają, ale nawet zabijają na zewnątrz gwoździami, ażeby broń Boże, nie zaleciał najmniejszy wiaterek! Dziwne pojęcia tych ludzi o zdrowotności i higienie! Czyż może człowiek dobrze wyglądać żyjąc bez świeżego powietrza?

Poradnik dla młodych osób w świat wstępujących: ułożony dla użytku tychże/przez Wielkopolankę. Twórca: Wanda Reichsteinowa, 1891


Gdyby nie odbił kitu na wiosnę, czyli anarchiści, którym w „zbrodniczym zamachu” przeszkodziła piękna pogoda

Skoro już wiemy, co nasi przodkowie wyrabiali z tymi oknami możemy przejść i w pełni zrozumieć historię, która wydarzyła się w kwietniu 1892 roku w kujawskim Kościelcu. Prałat Alfred Poniński dał się uwieść pięknej wiosennej pogodzie i w przeddzień zamachu kazał usunąć kit z okien. Ratując się ucieczką przez okno, ksiądz Poniński został co prawda ciężko zraniony kulami rewolwerowymi, a napastnicy ponieśli śmierć w wyniku samosądu dokonanego przez przybyłych z pomocą okolicznych mieszkańców. Zresztą poczytajcie relację z Dziennika Poznańskiego.

relacja z Dziennika Poznańskiego, 1892

Gdyby wspomnieni berlińscy anarchiści na dzień zamachu wybrali wcześniejszą datę, zapewne by prałat nie uszedł z życiem, bo okna byłyby zakitowane (nomen omen) na amen, no i sami uniknęliby nędznego losu.  A przy okazji prałat Poniński kilka razy o mało nie został arcybiskupem. Więcej o tej postaci możecie przeczytać np. tu: http://www.koscielec.pl/Koscielec/osoby-kosc/osoba25.htm

I jeszcze dodamy kilka ozdóbek

Okna tzw. dubeltowe, czyli podwójne oprócz kitu wypełniano też piaskiem, mchem lub wałeczkami z waty. Zbyt szczelne okna generowały sporo wilgoci, którą piasek lub mech miały za zadanie zatrzymać.  Parowanie szyb bywało wówczas częstym utrapieniem. Czasem parapety wyposażano w rowek, w którym gromadziła się woda. Może gdzieś w jakimś starym pałacu lub kamienicy zobaczycie jeszcze takie rowki?

Skrzętne gospodynie, opatrując okna, wykorzystywały okazję do ich udekorowania, oprócz mchu przybierając okno jesiennymi liśćmi, trwałymi owocami, kasztanami, kamykami. Tam, gdzie konstrukcja pozwalała takie skrzynkowe, wewnętrzne okno otwierać do wewnątrz, można było jeszcze w trakcie zimy całość uzupełniać innymi, świeżymi ozdobami. Dawne, podwójne okna nieraz miały wewnątrz tyle przestrzeni, że można było w nich nawet przechowywać żywność i służyły nawet czasem jako podręczna chłodnia.

"Dobra Gospodyni"


A swoją drogą, moja babcia, rocznik 1905 bała się wręcz panicznie cugu/przeciągu. Czyżby to było echo tamtych czasów sowicie kitem zapchanych?

 

okna Placu Królewskiego (ob. Cyryla Ratajskiego) z albumu Kunstverein Posen 1890, fragment [WBC]

 


09 stycznia

Sanna na rodelkach, czyli sport saneczkowy w Poznaniu





Rodle, rodelki to gwarowa, nieco już zapomniana, nazwa sanek. Pochodzi ona z języka niemieckiego – od Rodel. Co ciekawe, używano jej na początku XX wieku przede wszystkim do określenia drewnianych saneczek, bo w ogłoszeniach prasowych wyraźnie rozróżniano metalowe (żelazne) sanki od drewnianych (Rodel).

Kiedy pojawiły się sanki i od kiedy „saneczkowano się” (jak ówcześnie mówiono) w Poznaniu? To zimowe zajęcie musiało być tutaj bardzo popularne od wieków, świadczy o tym znaleziona przez archeologów na Zagórzu kościana płoza sanek dziecięcych o długości 30 cm.

Anons Domu Towarowego Kajetana Ignatowicza z 1911 roku


Na przełomie wieku XIX i XX wystarczyło trochę śniegu, by na mieście pojawiła się zaraz liczna dzieciarnia z sankami, próbując zjeżdżać ze wszystkich okolicznych górek, a nawet ze stromych poznańskich ulic, jak na przykład Podgórną w kierunku placu św. Piotra. Bardziej odważni (i lekkomyślni) wiązali cichaczem sanki do wozów, karet i dorożek. Z braku górek – dzieci woziły się nawzajem. Ta rozrywka była też niebezpieczna, bo ze względu na brak śniegu wykorzystywano do zabawy zamarznięte stawy, a nawet Wartę. Tu łatwiej prowadziło się saneczki, ale i niebezpieczeństwo pęknięcia lodu pod takim pojazdem było ogromne. Zabraniano więc takich zimowych igraszek, szczególnie na zamarzniętych zbiornikach wodnych, dopóki policja nie wydała pozwolenia na wejście na lód. Wraz z coraz większym ruchem ulicznym (wszakże pojawiały się już pierwsze automobile i na wielu ulicach kursowała elektryka, czyli tramwaje), zabroniono nie tylko jazdy po stromych miejskich ulicach, ale nawet… prowadzenia sanek.
Aby zapobiec wypadkom i jakoś „zorganizować” te zimowe igraszki (nie tylko dzieci zresztą) Dyrekcja Ogrodów Miejskich w 1907 roku przekształciła duży plac zabaw dla dzieci w okolicy Teatru Wielkiego. Dosadzono tam wówczas drzewa, posiano trawę, a na dość stromym zboczu (wówczas o wysokości względnej 8 metrów) zbudowano tor saneczkowy. 

Koloryzowana fotografia z Kuriera Poznańskiego z 1933 roku


Co ciekawe, już w pierwszych latach I wojny światowej - policja zabroniła tam zjeżdżać osobom powyżej 14 roku życia! Dlaczego? Czy starsi powodowali więcej wypadków, nie zachowując wystarczającego rozsądku w czasie zabawy? A może nieco światła rzuci tutaj tekst (co prawda blisko dwadzieścia lat starszy, ale dokładniej opisujący, co się działo na górce za Teatralką) z Gońca Wielkopolskiego z 1931 roku?



Kolejny tor saneczkowy powstał w 1909 roku na Cytadeli za zgodą władz wojskowych, a miasto wzięło na siebie część kosztów. Jednak na samym początku, aby korzystać z rodelbahnu (kolejki saneczkowej) w zagajeniach Kernwerku trzeba było wykupić specjalną legitymację za 10 fenygów. W późniejszym czasie chyba zniesiono ten obowiązek, jednak władze wojskowe utyskiwały, że amatorzy sanek nie trzymają się wyznaczonych torów. Sypały się srogie mandaty dla mniej zdyscyplinowanych. Problemem było także korzystanie przez saneczkarzy z dróg kołowych, prowadzących od cmentarzy do Cytadeli. Zamieszanie i wyślizgiwanie drogi miało nieraz przykre następstwa dla wojskowych koni, które kaleczyły się, upadając skutkiem poślizgu na takiej drodze.

Ilustracja z Pracy z 1914 roku


Około 1913 roku w lasku golęcińskim uporządkowano teren w części należącej do miasta. Przerzedzono drzewostan, poszerzając stare i tworząc nowe ścieżki do spacerów, zlikwidowano dopływ ścieków z pobliskiej gorzelni. Miejsca bagniste zniwelowano, stwarzając dogodne tereny dla całorocznych przechadzek dla mieszkańców Poznania. Na naturalnym wzniesieniu powstał wówczas tor saneczkowy. Był on wysoki, o drewnianej konstrukcji i pozwalał ponoć na bardzo długie zjazdy.

Saneczkowicze przy ul. Jarochowskiego w 1949 roku

 
Inne popularne miejsca saneczkowe znajdowały się na Szelągu, czy na ulicy Saperskiej. Tam na wysokiej skarpie, koło koszar saperów wojskowi urządzili dla dzieci trzy tory saneczkowe.

Ilustracja z Pracy z 1914 roku


Oczywiście rodelbany (Rodelbahn – niem. kolejka saneczkowa) powstawały także poza Poznaniem, szczególnie w miejscowościach, licznie odwiedzanych przez Poznaniaków w wolne dni, jak na przykład w Puszczykowie.




Nie bez znaczenia dla rozwijania saneczkowego sportu miał… spadek znaczenia poznańskich fortyfikacji. Zniesienie fortów nie oznaczało jednoczesnego niwelowania terenu. Górki i stoki pozostałe po fortyfikacjach (a nawet tereny zlikwidowanych cmentarzy) stawały się z czasem atrakcyjnym miejscem zabawy. W centrum „modnym” miejscem był na przykład Grolmann. Sama zresztą też „saneczkowałam” na stokach pofortyfikacyjnych - akurat na osiedlu Kopernika. No... ale to już inna historia.

A Wy? Dokąd chodziliście na rodelki?

Kurier Poznański 1938 r.


24 listopada

Lektura na zimowe, poznańskie wieczory

Na razie zima nie za bardzo nam dokucza, bo przecież wielu z nas pamięta i więcej śniegu i mroźniejsze temperatury, utrzymujące się na dodatek przez wiele długich dni i nocy. Wysokie kopczyki zgarniętego śniegu na poboczach, ślizgawki na chodnikach, tworzone przez niesforne dzieciaki, lodowiska na szkolnych boiskach, wylewane na cały sezon zimowy...



Czy jednak zima śnieżna, czy nie - warto zająć wygodny fotel, czy też najbliższą kanapę, przygotować sobie rozgrzewającą herbatę lub jak ktoś woli kawę (polecam z cynamonem!) i poświęcić trochę czasu przyjemnej lekturze.

W tym roku Prawnuczka Marianny przygotowała mały spis tekstów z bloga o zimowej i świątecznej tematyce. Może jeszcze nie czytałaś/czytałeś któreś z opowieści? Życzę zatem miłej lektury i inspirującego oglądania materiału ilustracyjnego, którym starałam się uzupełnić nie zawsze pełny przekaz słowny...
❄❄❄❅❄❄❄🏂⛄
Czy można zafascynować się... uszczelnianiem okien? Mnie tak wzięło w grudniu 2020 roku... Ale może jeszcze ktoś lubi podglądać okna na dawnych zdjęciach... i nie wiadomo, czy ta wiedza nie przyda się jeszcze i w XXI wieku ;)

Opatrywanie okien, poznański stolarz-wynalazca i kit, który zadecydował o życiu pewnego prałata
Opatrywanie okien, poznański stolarz-wynalazca i kit, który zadecydował o życiu pewnego prałata (poznan1908.blogspot.com)

❄❄❄
W naszym mieście bywało kiedyś mroźniej. Na wszelki wypadek dowiedźcie się, czego nie należy robić wtedy robić (szczególnie pewien artylerzysta miał pecha i niebyt rozgarniętych kolegów)

Ech... kiedyś to były mrozy...
Ech... kiedyś to były mrozy... (poznan1908.blogspot.com)

❄❄❄
Jakie słodycze bożonarodzeniowe gościły na poznańskich stołach? Pewnie kiedyś napiszę o tym więcej. Na razie musi Wam wystarczyć oferta gwiazdkowa od Antoniego Pfitznera:

Gwiazdka u Pfitznera
Gwiazdka u Pfitznera (poznan1908.blogspot.com)

❄❄❄
oraz filmik o piernikach (ach te reklamy Markiewicza)

Piernikowe szaleństwo w Poznaniu
Piernikowe szaleństwo w Poznaniu (poznan1908.blogspot.com)

❄❄❄
Gwiazdor poznański, czyli postrach na dzieci, czy dobrotliwy święty Mikołaj wprost z amerykańskiej ciężarówki pewnego gazowanego napoju? Jak obraz Gwiazdora ewoluował w poznańskiej prasie, a dokładniej reklamie na początku XX wieku?

Gwiazdora transmutacja - od pakuł do śnieżnobiałej brody
Gwiazdora transmutacja - od pakuł do śnieżnobiałej brody (poznan1908.blogspot.com)

❄❄❄
A może trochę przaśnej poznańskiej poezji z 1909 roku?

W oczekiwaniu gwiazdora:
W oczekiwaniu gwiazdora (poznan1908.blogspot.com)

❄❄❄
Jest też trochę reklamowej "poezji", czyli rady dla męża, któremu zbytnio nie udała się niespodzianka:

Rozczarowaniu gwiazdkowemu zapobiega Magazyn Kapeluszy Damskich BRETON
Rozczarowaniu gwiazdkowemu zapobiega Magazyn Kapeluszy Damskich BRETON (poznan1908.blogspot.com)

❄❄❄
A jak świętowano tutaj Sylwestra? I czym był niemiecki trubel? Co koniecznie trzeba było zjeść w Nowy Rok? A co pijano? Szampana czy specjalny poncz? Czy tradycyjny okrzyk >>Prosit Neujahr<< mógł skończyć się tragicznie? Dlaczego w 1913 roku w sylwestrową noc sterczała "co dziesięć kroków pikielhauba, czuwająca nad bytem państwa pruskiego"?

Niemiecki trubel, „puncz sylwestrowy”, bocianie gniazda i nogi wieprzowe. Jak Poznaniacy świętowali nadejście Nowego Roku na początku XX wieku?
Niemiecki trubel, „puncz sylwestrowy”, bocianie gniazda i nogi wieprzowe. Jak Poznaniacy świętowali nadejście Nowego Roku na początku XX wieku? (poznan1908.blogspot.com)

❄❄❄
Zima to też śniegowe szaleństwo. A jak śnieg - to też lepienie bałwana. Tekst o historii i równych przypadłościach bałwanach traktuje zjawisko lepienia nieco szerzej i znajdziecie tam nie tylko śniegowych ulepieńców z poznańskich podwórek. jednak warto dowiedzieć się, że bałwan retro palił fajkę, czasem miał nocnik na głowie, ale bynajmniej nie był postacią tak sympatyczną jak radosny bałwanek z bardziej współczesnych dziecięcych kreskówek. Dlaczego palono bałwana na stosie lub przynajmniej toczono z nim walkę i jak wykorzystano tę postać politycznie możecie poczytać tutaj:

Nie taki miły ten bałwan, jak go… lepią
Nie taki miły ten bałwan, jak go… lepią (poznan1908.blogspot.com) 

❄❄❄
Czy narciarstwo było popularne w Poznaniu? Jeszcze na początku XX wieku raczej słabo się tu przyjmowało.

Łyżwy skandynawskie "ski" zwane czyli pierwsze narty w Poznaniu
Łyżwy skandynawskie "ski" zwane czyli pierwsze narty w Poznaniu (poznan1908.blogspot.com)

❄❄❄
Za to lubianą rozrywką były ślizgawki. Niebezpiecznie bywało na zamarzniętych stawach czy skutej lodem rzece, ale powstawały też lodowiska bardziej zorganizowane. Niestety nie zawsze pogoda sprzyjała amatorom tej rozrywki:

Pogoda ponura dla lubowników ślizgawki
Pogoda ponura dla lubowników ślizgawki (poznan1908.blogspot.com)

❄❄❄
O produkcji i sprzedaży świec gromnicznych w Poznaniu, ale również o tym, dlaczego panowie wypalali sobie kosmyk włosów na skroni, a nawet o polskim święcie świstaka... tfu... borsuka - poczytacie w lutowym tekście:
Gdy w Gromnice z dachów ciecze, zima długo się powlecze: Gdy w Gromnice z dachów ciecze, zima długo się powlecze (poznan1908.blogspot.com)
❄❄❄

Mam nadzieję, że każdy znajdzie coś dla siebie ciekawego. A kolejne zimowe teksty w przygotowaniu...




















21 stycznia

Zapomniana kamienica z Wrocławskiej

 A dziś –  nieistniejąca kamienica na ulicy Wrocławskiej (według dawnej numeracji 16).


Fotografia (kolorowana) z Kuriera Poznańskiego z 1937 roku.

Nieruchomość została zbudowana pod koniec XVIII wieku dla Fryderyka Pietscha, później  odkupiona przez gminę miasta Poznania. Nie miała kamieniczka ta szczęścia do lokatorów.  Przez chwilę funkcjonowała tu szkoła wieczorowa dla uczniów kupieckich, szkoła miejska, szkółka niedzielna dla uczniów szewskich i krawieckich, a nawet królewska szkoła budowlana. Prowadzono też w niej popołudniowe zajęcia dla chłopców z podstaw stolarki. Na początku XX wieku do I wojny światowej, znajdował się tu Instytut Higieny, w którym odbywały się wykłady o zdrowiu, przeznaczone zarówno dla szerszej publiczności, jak i kursy bardziej specjalistyczne, uzupełniające – dla lekarzy. Jednak już wtedy planowano  budynek rozebrać i w tym miejscu przeprowadzić drogę do Zielonego Ogrodu, celem ożywienia ”spokojnej […] ulicy Wrocławskiej wskutek czego cierpi tamtejsze kupiectwo”. Wówczas projekt upadł, ale temat wyburzenia budynku powrócił w okresie międzywojennym. W czasie pierwszej wojny światowej magistrat urządził tu punkt oddawania i wydawania odzieży dla weteranów wojennych, można było tu też odebrać znaczki na żywność, czy naftę (w tym okresie reglamentowano prawie wszystko). Po odzyskaniu niepodległości kamienicę odrestaurowano. Tutaj, w 1923 roku, swoją działalność rozpoczęło Państwowe Konserwatorium Muzyczne.  Z budynku korzystała również żeńska szkoła handlowa. Narzekano jednak na warunki lokalowe. W 1924 roku zaczęto narzekać, że brakuje tutaj… miejsca ustępowego.  Wówczas jednak nie doszło do uzupełnienia braków w tej ważnej kwestii, gdyż uznano, że nie warto w kamienicę-staruszkę inwestować, przecież budynek przeznaczony jest do rozbiórki. Ostatecznie jednak przetarg na rozbiórkę kamienicy ogłoszono kilkanaście lat później, w 1937 roku.

#ulicaWrocławska #PoznańWrocławska #KonserwatoriumMuzycznePoznań #dawnyPoznan #historiaPoznania #StareMiastoPoznań

03 stycznia

Co za zima!


Cóż za zima! – wołają „przysłowiowi” najstarsi ludzie, dodając, że czegoś podobnego nie pamiętają. Każdego poranku idzie taki człowiek do okna, patrzy przez szyby na zamglone niebo, rzuca spojrzenie na termometr i mruczy: znowu dwa stopnie ciepła, co za zima! Rzeczywiście, dotąd zachowuje się zima zupełnie śmiesznie. Nie ma ani siły, ani woli. Zaledwie parę razy zdobyła się na kilku stopniowy mrozik i zaraz osłabła, przechodząc w zamgloną, ani gorącą ani zimną apatyę. Słusznie oburza się na nią wielu ludzi. Dzieci, że nie mogą obrzucać się kulami śniegowymi, starsze dzieci, że nie mogą ślizgać się lub saneczkować. Skarżą się także handlarze futer , jeszcze bardziej skarżą się handlarze węgla i drzewa.

Dziwna jednak rzecz, że skarżą się także ludzie, których to wszystko nic nie obchodzi, bo ani futer nie noszą, ani się nie ślizgają, a powinni być zadowoleni, że oszczędzili parę marek na węglach. Ale obecnie zima bez zimy irytuje ich dlatego, że człowiek chce mieć porządek i w zimie powinien być mróz i śnieg. Poczekajcie jednak, grożą, a będzie wam skrzypieć pod nogami i co chwila będziecie chwytać się za uszy, czy z mrozu jeszcze nie odpadły. I wtenczas „przysłowiowi” najstarsi ludzie będą znowu mówić, iż tak wielkich mrozów nie pamiętają.



Dziennik Poznański 1910 r. 

#kiedyśtobyło #najstarsiludzie #takazima #dawnypoznań #dawnezimy #ciepłazima #mroźnazima #jakapogoda #historiaPoznania


12 maja

Ogród surowego prawnika i balony szpiegowskie z Poznania



1914 r. Jeśli poprawnie odczytuję to ogród przy willi Paula Ueckera. Jeśli tak - są to ogrodowe altany nieruchomości przy obecnej ulicy Berwińskiego 5 (na początku XX wieku Barthstrasse – ulica Barska).

"Aus der Posener Lande" Mai 1914 r. 

Zdjęcie pochodzi z 1914 roku. Trzeba przyznać, że budynek ten z pewnością sporo „widział”. Pierwszym zapewne właścicielem willi był asesor sądowy, a później sędzia okręgowy Paul Uecker, który zamieszkał w willi w lutym 1913 roku. W okresie międzywojennym mieszkał tutaj właściciel znanej fabryki wódek i likierów, Artur Gaede, a potem mieścił się tu konsulat francuski. W czasie okupacji rezydował tu gauleiter Arthur Greiser. Po wojnie willa została siedzibą rozgłośni poznańskiej Polskiego Radia.

Wróćmy jednak do wspomnianego Paula Ueckera, bo przecież najbardziej interesuje nas, co się działo na tym fyrtlu

przed I wojną światową. Uecker urodził się w 1870 roku w Mokronosach (?) koło Wągrowca. Około 1898 roku zamieszkuje w Poznaniu. W 1900 roku żeni się z Luizą Motte (ur. 1881 w Schönebergu, dziś dzielnicy Berlina).

Zapewne sędzia Uecker nie był zbyt lubiany przez Polaków, gdyż w 1907 roku przewodniczył kilku sprawom związanym ze strajkami szkolnymi.

Natomiast pan radca miał całkiem ciekawe hobby - kochał sport balonowy. Został nawet prezesem poznańskiego towarzystwa aeronautów (zwanego też towarzystwem żeglugi powietrznej) i brał udział w wielu wzlotach balonowych w naszym mieście. Przykładowo w kwietniu 1913 roku wraz z dr. Wittem i radcą prokuratorii Guradze przebyli balonem „Wilms” spory odcinek, lądując szczęśliwie w Jeleniej Górze. Nie była to z pewnością najdłuższa wycieczka poznańska. Ooprócz „Wilmsa” wspomniane towarzystwo dysponowało również balonem „Posen” i to właśnie ten, w październiku 1912 roku dotarł nawet do Danii.


Niezwykle odważną musiała być żona Ueckera. Dla Luizy Uecker podniebne wyprawy nie były pierwszyzną, ale lot z 18 czerwca 1913 roku skończył się nieco niefortunnie. Na powietrzną wyprawę wybrała się tym samym balonem „Wilms”, co dwa miesiące wcześniej jej mąż. Tym razem odważnej damie towarzyszyli kierownik balonu nadporucznik Meyer z 47 pułku piechoty i pan Jaffe. Wzlot dwóch balonów odbył się równolegle z uroczystością oddania do użytku nowego mostu na Miasteczko. Jako miejsce startowe wykorzystano plac przy kościele Bożego Ciała. Po 9 godzinach lotu balon zniosło aż za kordon, bo do Kalisza. Ponoć promienie słoneczne sprawiły, że ów powietrzny statek wzniósł się nadzwyczajnie wysoko, bo aż na 3 tysiące metrów. Wówczas – kierownik balonu stracił nad nim panowanie i gondola musiała opaść na teren zaboru rosyjskiego, więc wszystkich aeronautów zatrzymano pod zarzutem szpiegostwa. Niefortunnych wycieczkowiczów uwięziono w tamtejszym Hotelu Europejskim, a dopiero wstawiennictwo konsulatu pruskiego w Warszawie i zarządu niemieckiego związku aeronautów w Berlinie, sprawiło, że zwolenników balonowego sportu zwolniono i pozwolono wrócić do Poznania. 
Ciekawe, czy po takich przeżyciach pani Luiza marzyła jedynie o tym, by odpocząć w swoim ogrodzie przy Barthstrasse, czy jako „zwolenniczka wypraw balonowych” marzyła o kolejnej nieco awanturniczej wycieczce?
Niestety – już wkrótce miała wybuchnąć I wojna światowa, podczas której zapewne o takich cywilnych podróżach można było jedynie pomarzyć. Trzeba jednak oddać, że pan Uecker w czasie wojny wspierał dość znacznymi kwotami rodziny powołanych do wojska, angażował się również pomoc w rozdzielaniu żywności. Państwo Ueckierowie wraz z dziećmi opuścili Poznań w 1920 roku.

Sportem balonowym żyli wszyscy. Nie dziwi więc, gdy motyw balonu pojawiał się nawet w reklamie. Tu reklama poznańskich papierosów Dubec poznańskiej fabryki Droste. (Kurier Poznański 1907)




01 kwietnia

Słonica Dora, ostatni kieł i przechadzka po Jeżycach


W 1937 roku za sprawą Nowego Kurjera Poznaniacy dowiedzieli się o słynnej ucieczce słonicy Dory z poznańskiego Ogrodu Zoologicznego. To jedna z moich ulubionych primaaprilisowych opowieści.




----------------
Z okazji Prima Aprilis Prawnuczka Marianny wyszukała kilka żartów, jakie bawiły dawniejszych Poznaniaków.  Postanowiła jednak  nie ograniczać się tym razem wyłącznie do lat sprzed I wojny światowej, wybierając za to primaaprilisowe psikusy, związane z naszym miastem.

28 marca

Atelier Rubens przy Placu Wilhelmowskim



Rzadko możemy zajrzeć do wnętrza dawnego atelier fotograficznego. Tym razem zaglądamy do bardzo renomowanego Atelier Rubens, mieszczącego się przy Placu Wilhelmowskim 3 (obecnie Plac Wolności). Jest rok 1909. Właścicielem studia jest tu Bolesław Samoliński.





Mimo dość miernej jakości ówczesnego druku, jeśli się przyjrzycie dość uważnie, ujrzycie kilka charakterystycznych mebli, na tle których chętnie się fotografowali nasi przodkowie. A może macie w swoich zbiorach fotografie z tego Atelier? Może Wasza prababcia została sfotografowana ma tle charakterystycznego krzesła, stolika? Zajrzyjcie do albumów i pochwalcie się.


Tu macie całą reklamę z 1909 r.





Warto też spojrzeć na sufit atelier i sposób rozpraszania światła. Domyślam się, że w ten sposób uzyskiwano miękkie światło, dzięki którym portrety z Atelier Rubens cieszyły się takim uznaniem. No i raczej, w 1909 roku, stosowano już tutaj światło elektryczne.

Wcześniej atelier należało do słynnej poznańskiej fotografki Emmy Mirskiej. W "Leksykonie fotografów" Leksykon Fotografów - www.fotorevers.eu czytamy: 

    "Emma Mirska z domu Zwierzchlejska, ur. 08.10.1818 w Krotoszynie, zm. 01.01.1896 w Poznaniu.          Przejęła atelier w 1875 roku po B. Filehne. Uczyła się fotografowania w Paryżu. Po powrocie                  dawała lekcje paniom w sztuce fotografowania."

Po śmierci Mirskiej zakład przejął J. Cieśliński. 
"ur. się 01.09.1855 w Lubaniu. Do Poznania przybył z Insbrucku i po Emmie Mirskiej przejął atelier fotograficzne. Wykonywał akwarele, portrety i powiększenia do naturalnej wielkości człowieka, widoki i zdjęcia architektoniczne. W 1900 roku wyjechał do Rosji i do Poznania więcej nie wrócił. źródło j.w."

 Kolejny właściciel atelier - Samoliński reklamował się nie tylko jako fotograf, ale i malarz. Fotografia wnętrza atelier pochodzi właśnie z okresu Samolińskiego.