24 listopada

Lektura na zimowe, poznańskie wieczory

Na razie zima nie za bardzo nam dokucza, bo przecież wielu z nas pamięta i więcej śniegu i mroźniejsze temperatury, utrzymujące się na dodatek przez wiele długich dni i nocy. Wysokie kopczyki zgarniętego śniegu na poboczach, ślizgawki na chodnikach, tworzone przez niesforne dzieciaki, lodowiska na szkolnych boiskach, wylewane na cały sezon zimowy...



Czy jednak zima śnieżna, czy nie - warto zająć wygodny fotel, czy też najbliższą kanapę, przygotować sobie rozgrzewającą herbatę lub jak ktoś woli kawę (polecam z cynamonem!) i poświęcić trochę czasu przyjemnej lekturze.

W tym roku Prawnuczka Marianny przygotowała mały spis tekstów z bloga o zimowej i świątecznej tematyce. Może jeszcze nie czytałaś/czytałeś któreś z opowieści? Życzę zatem miłej lektury i inspirującego oglądania materiału ilustracyjnego, którym starałam się uzupełnić nie zawsze pełny przekaz słowny...
❄❄❄❅❄❄❄🏂⛄
Czy można zafascynować się... uszczelnianiem okien? Mnie tak wzięło w grudniu 2020 roku... Ale może jeszcze ktoś lubi podglądać okna na dawnych zdjęciach... i nie wiadomo, czy ta wiedza nie przyda się jeszcze i w XXI wieku ;)

Opatrywanie okien, poznański stolarz-wynalazca i kit, który zadecydował o życiu pewnego prałata
Opatrywanie okien, poznański stolarz-wynalazca i kit, który zadecydował o życiu pewnego prałata (poznan1908.blogspot.com)

❄❄❄
W naszym mieście bywało kiedyś mroźniej. Na wszelki wypadek dowiedźcie się, czego nie należy robić wtedy robić (szczególnie pewien artylerzysta miał pecha i niebyt rozgarniętych kolegów)

Ech... kiedyś to były mrozy...
Ech... kiedyś to były mrozy... (poznan1908.blogspot.com)

❄❄❄
Jakie słodycze bożonarodzeniowe gościły na poznańskich stołach? Pewnie kiedyś napiszę o tym więcej. Na razie musi Wam wystarczyć oferta gwiazdkowa od Antoniego Pfitznera:

Gwiazdka u Pfitznera
Gwiazdka u Pfitznera (poznan1908.blogspot.com)

❄❄❄
oraz filmik o piernikach (ach te reklamy Markiewicza)

Piernikowe szaleństwo w Poznaniu
Piernikowe szaleństwo w Poznaniu (poznan1908.blogspot.com)

❄❄❄
Gwiazdor poznański, czyli postrach na dzieci, czy dobrotliwy święty Mikołaj wprost z amerykańskiej ciężarówki pewnego gazowanego napoju? Jak obraz Gwiazdora ewoluował w poznańskiej prasie, a dokładniej reklamie na początku XX wieku?

Gwiazdora transmutacja - od pakuł do śnieżnobiałej brody
Gwiazdora transmutacja - od pakuł do śnieżnobiałej brody (poznan1908.blogspot.com)

❄❄❄
A może trochę przaśnej poznańskiej poezji z 1909 roku?

W oczekiwaniu gwiazdora:
W oczekiwaniu gwiazdora (poznan1908.blogspot.com)

❄❄❄
Jest też trochę reklamowej "poezji", czyli rady dla męża, któremu zbytnio nie udała się niespodzianka:

Rozczarowaniu gwiazdkowemu zapobiega Magazyn Kapeluszy Damskich BRETON
Rozczarowaniu gwiazdkowemu zapobiega Magazyn Kapeluszy Damskich BRETON (poznan1908.blogspot.com)

❄❄❄
A jak świętowano tutaj Sylwestra? I czym był niemiecki trubel? Co koniecznie trzeba było zjeść w Nowy Rok? A co pijano? Szampana czy specjalny poncz? Czy tradycyjny okrzyk >>Prosit Neujahr<< mógł skończyć się tragicznie? Dlaczego w 1913 roku w sylwestrową noc sterczała "co dziesięć kroków pikielhauba, czuwająca nad bytem państwa pruskiego"?

Niemiecki trubel, „puncz sylwestrowy”, bocianie gniazda i nogi wieprzowe. Jak Poznaniacy świętowali nadejście Nowego Roku na początku XX wieku?
Niemiecki trubel, „puncz sylwestrowy”, bocianie gniazda i nogi wieprzowe. Jak Poznaniacy świętowali nadejście Nowego Roku na początku XX wieku? (poznan1908.blogspot.com)

❄❄❄
Zima to też śniegowe szaleństwo. A jak śnieg - to też lepienie bałwana. Tekst o historii i równych przypadłościach bałwanach traktuje zjawisko lepienia nieco szerzej i znajdziecie tam nie tylko śniegowych ulepieńców z poznańskich podwórek. jednak warto dowiedzieć się, że bałwan retro palił fajkę, czasem miał nocnik na głowie, ale bynajmniej nie był postacią tak sympatyczną jak radosny bałwanek z bardziej współczesnych dziecięcych kreskówek. Dlaczego palono bałwana na stosie lub przynajmniej toczono z nim walkę i jak wykorzystano tę postać politycznie możecie poczytać tutaj:

Nie taki miły ten bałwan, jak go… lepią
Nie taki miły ten bałwan, jak go… lepią (poznan1908.blogspot.com) 

❄❄❄
Czy narciarstwo było popularne w Poznaniu? Jeszcze na początku XX wieku raczej słabo się tu przyjmowało.

Łyżwy skandynawskie "ski" zwane czyli pierwsze narty w Poznaniu
Łyżwy skandynawskie "ski" zwane czyli pierwsze narty w Poznaniu (poznan1908.blogspot.com)

❄❄❄
Za to lubianą rozrywką były ślizgawki. Niebezpiecznie bywało na zamarzniętych stawach czy skutej lodem rzece, ale powstawały też lodowiska bardziej zorganizowane. Niestety nie zawsze pogoda sprzyjała amatorom tej rozrywki:

Pogoda ponura dla lubowników ślizgawki
Pogoda ponura dla lubowników ślizgawki (poznan1908.blogspot.com)

❄❄❄
O produkcji i sprzedaży świec gromnicznych w Poznaniu, ale również o tym, dlaczego panowie wypalali sobie kosmyk włosów na skroni, a nawet o polskim święcie świstaka... tfu... borsuka - poczytacie w lutowym tekście:
Gdy w Gromnice z dachów ciecze, zima długo się powlecze: Gdy w Gromnice z dachów ciecze, zima długo się powlecze (poznan1908.blogspot.com)
❄❄❄

Mam nadzieję, że każdy znajdzie coś dla siebie ciekawego. A kolejne zimowe teksty w przygotowaniu...




















21 stycznia

Zapomniana kamienica z Wrocławskiej

 A dziś –  nieistniejąca kamienica na ulicy Wrocławskiej (według dawnej numeracji 16).


Fotografia (kolorowana) z Kuriera Poznańskiego z 1937 roku.

Nieruchomość została zbudowana pod koniec XVIII wieku dla Fryderyka Pietscha, później  odkupiona przez gminę miasta Poznania. Nie miała kamieniczka ta szczęścia do lokatorów.  Przez chwilę funkcjonowała tu szkoła wieczorowa dla uczniów kupieckich, szkoła miejska, szkółka niedzielna dla uczniów szewskich i krawieckich, a nawet królewska szkoła budowlana. Prowadzono też w niej popołudniowe zajęcia dla chłopców z podstaw stolarki. Na początku XX wieku do I wojny światowej, znajdował się tu Instytut Higieny, w którym odbywały się wykłady o zdrowiu, przeznaczone zarówno dla szerszej publiczności, jak i kursy bardziej specjalistyczne, uzupełniające – dla lekarzy. Jednak już wtedy planowano  budynek rozebrać i w tym miejscu przeprowadzić drogę do Zielonego Ogrodu, celem ożywienia ”spokojnej […] ulicy Wrocławskiej wskutek czego cierpi tamtejsze kupiectwo”. Wówczas projekt upadł, ale temat wyburzenia budynku powrócił w okresie międzywojennym. W czasie pierwszej wojny światowej magistrat urządził tu punkt oddawania i wydawania odzieży dla weteranów wojennych, można było tu też odebrać znaczki na żywność, czy naftę (w tym okresie reglamentowano prawie wszystko). Po odzyskaniu niepodległości kamienicę odrestaurowano. Tutaj, w 1923 roku, swoją działalność rozpoczęło Państwowe Konserwatorium Muzyczne.  Z budynku korzystała również żeńska szkoła handlowa. Narzekano jednak na warunki lokalowe. W 1924 roku zaczęto narzekać, że brakuje tutaj… miejsca ustępowego.  Wówczas jednak nie doszło do uzupełnienia braków w tej ważnej kwestii, gdyż uznano, że nie warto w kamienicę-staruszkę inwestować, przecież budynek przeznaczony jest do rozbiórki. Ostatecznie jednak przetarg na rozbiórkę kamienicy ogłoszono kilkanaście lat później, w 1937 roku.

#ulicaWrocławska #PoznańWrocławska #KonserwatoriumMuzycznePoznań #dawnyPoznan #historiaPoznania #StareMiastoPoznań

03 stycznia

Co za zima!


Cóż za zima! – wołają „przysłowiowi” najstarsi ludzie, dodając, że czegoś podobnego nie pamiętają. Każdego poranku idzie taki człowiek do okna, patrzy przez szyby na zamglone niebo, rzuca spojrzenie na termometr i mruczy: znowu dwa stopnie ciepła, co za zima! Rzeczywiście, dotąd zachowuje się zima zupełnie śmiesznie. Nie ma ani siły, ani woli. Zaledwie parę razy zdobyła się na kilku stopniowy mrozik i zaraz osłabła, przechodząc w zamgloną, ani gorącą ani zimną apatyę. Słusznie oburza się na nią wielu ludzi. Dzieci, że nie mogą obrzucać się kulami śniegowymi, starsze dzieci, że nie mogą ślizgać się lub saneczkować. Skarżą się także handlarze futer , jeszcze bardziej skarżą się handlarze węgla i drzewa.

Dziwna jednak rzecz, że skarżą się także ludzie, których to wszystko nic nie obchodzi, bo ani futer nie noszą, ani się nie ślizgają, a powinni być zadowoleni, że oszczędzili parę marek na węglach. Ale obecnie zima bez zimy irytuje ich dlatego, że człowiek chce mieć porządek i w zimie powinien być mróz i śnieg. Poczekajcie jednak, grożą, a będzie wam skrzypieć pod nogami i co chwila będziecie chwytać się za uszy, czy z mrozu jeszcze nie odpadły. I wtenczas „przysłowiowi” najstarsi ludzie będą znowu mówić, iż tak wielkich mrozów nie pamiętają.



Dziennik Poznański 1910 r. 

#kiedyśtobyło #najstarsiludzie #takazima #dawnypoznań #dawnezimy #ciepłazima #mroźnazima #jakapogoda #historiaPoznania


12 maja

Ogród surowego prawnika i balony szpiegowskie z Poznania



1914 r. Jeśli poprawnie odczytuję to ogród przy willi Paula Ueckera. Jeśli tak - są to ogrodowe altany nieruchomości przy obecnej ulicy Berwińskiego 5 (na początku XX wieku Barthstrasse – ulica Barska).

"Aus der Posener Lande" Mai 1914 r. 

Zdjęcie pochodzi z 1914 roku. Trzeba przyznać, że budynek ten z pewnością sporo „widział”. Pierwszym zapewne właścicielem willi był asesor sądowy, a później sędzia okręgowy Paul Uecker, który zamieszkał w willi w lutym 1913 roku. W okresie międzywojennym mieszkał tutaj właściciel znanej fabryki wódek i likierów, Artur Gaede, a potem mieścił się tu konsulat francuski. W czasie okupacji rezydował tu gauleiter Arthur Greiser. Po wojnie willa została siedzibą rozgłośni poznańskiej Polskiego Radia.

Wróćmy jednak do wspomnianego Paula Ueckera, bo przecież najbardziej interesuje nas, co się działo na tym fyrtlu

przed I wojną światową. Uecker urodził się w 1870 roku w Mokronosach (?) koło Wągrowca. Około 1898 roku zamieszkuje w Poznaniu. W 1900 roku żeni się z Luizą Motte (ur. 1881 w Schönebergu, dziś dzielnicy Berlina).

Zapewne sędzia Uecker nie był zbyt lubiany przez Polaków, gdyż w 1907 roku przewodniczył kilku sprawom związanym ze strajkami szkolnymi.

Natomiast pan radca miał całkiem ciekawe hobby - kochał sport balonowy. Został nawet prezesem poznańskiego towarzystwa aeronautów (zwanego też towarzystwem żeglugi powietrznej) i brał udział w wielu wzlotach balonowych w naszym mieście. Przykładowo w kwietniu 1913 roku wraz z dr. Wittem i radcą prokuratorii Guradze przebyli balonem „Wilms” spory odcinek, lądując szczęśliwie w Jeleniej Górze. Nie była to z pewnością najdłuższa wycieczka poznańska. Ooprócz „Wilmsa” wspomniane towarzystwo dysponowało również balonem „Posen” i to właśnie ten, w październiku 1912 roku dotarł nawet do Danii.


Niezwykle odważną musiała być żona Ueckera. Dla Luizy Uecker podniebne wyprawy nie były pierwszyzną, ale lot z 18 czerwca 1913 roku skończył się nieco niefortunnie. Na powietrzną wyprawę wybrała się tym samym balonem „Wilms”, co dwa miesiące wcześniej jej mąż. Tym razem odważnej damie towarzyszyli kierownik balonu nadporucznik Meyer z 47 pułku piechoty i pan Jaffe. Wzlot dwóch balonów odbył się równolegle z uroczystością oddania do użytku nowego mostu na Miasteczko. Jako miejsce startowe wykorzystano plac przy kościele Bożego Ciała. Po 9 godzinach lotu balon zniosło aż za kordon, bo do Kalisza. Ponoć promienie słoneczne sprawiły, że ów powietrzny statek wzniósł się nadzwyczajnie wysoko, bo aż na 3 tysiące metrów. Wówczas – kierownik balonu stracił nad nim panowanie i gondola musiała opaść na teren zaboru rosyjskiego, więc wszystkich aeronautów zatrzymano pod zarzutem szpiegostwa. Niefortunnych wycieczkowiczów uwięziono w tamtejszym Hotelu Europejskim, a dopiero wstawiennictwo konsulatu pruskiego w Warszawie i zarządu niemieckiego związku aeronautów w Berlinie, sprawiło, że zwolenników balonowego sportu zwolniono i pozwolono wrócić do Poznania. 
Ciekawe, czy po takich przeżyciach pani Luiza marzyła jedynie o tym, by odpocząć w swoim ogrodzie przy Barthstrasse, czy jako „zwolenniczka wypraw balonowych” marzyła o kolejnej nieco awanturniczej wycieczce?
Niestety – już wkrótce miała wybuchnąć I wojna światowa, podczas której zapewne o takich cywilnych podróżach można było jedynie pomarzyć. Trzeba jednak oddać, że pan Uecker w czasie wojny wspierał dość znacznymi kwotami rodziny powołanych do wojska, angażował się również pomoc w rozdzielaniu żywności. Państwo Ueckierowie wraz z dziećmi opuścili Poznań w 1920 roku.

Sportem balonowym żyli wszyscy. Nie dziwi więc, gdy motyw balonu pojawiał się nawet w reklamie. Tu reklama poznańskich papierosów Dubec poznańskiej fabryki Droste. (Kurier Poznański 1907)




01 kwietnia

Słonica Dora, ostatni kieł i przechadzka po Jeżycach


W 1937 roku za sprawą Nowego Kurjera Poznaniacy dowiedzieli się o słynnej ucieczce słonicy Dory z poznańskiego Ogrodu Zoologicznego. To jedna z moich ulubionych primaaprilisowych opowieści.




----------------
Z okazji Prima Aprilis Prawnuczka Marianny wyszukała kilka żartów, jakie bawiły dawniejszych Poznaniaków.  Postanowiła jednak  nie ograniczać się tym razem wyłącznie do lat sprzed I wojny światowej, wybierając za to primaaprilisowe psikusy, związane z naszym miastem.

28 marca

Atelier Rubens przy Placu Wilhelmowskim



Rzadko możemy zajrzeć do wnętrza dawnego atelier fotograficznego. Tym razem zaglądamy do bardzo renomowanego Atelier Rubens, mieszczącego się przy Placu Wilhelmowskim 3 (obecnie Plac Wolności). Jest rok 1909. Właścicielem studia jest tu Bolesław Samoliński.





Mimo dość miernej jakości ówczesnego druku, jeśli się przyjrzycie dość uważnie, ujrzycie kilka charakterystycznych mebli, na tle których chętnie się fotografowali nasi przodkowie. A może macie w swoich zbiorach fotografie z tego Atelier? Może Wasza prababcia została sfotografowana ma tle charakterystycznego krzesła, stolika? Zajrzyjcie do albumów i pochwalcie się.


Tu macie całą reklamę z 1909 r.





Warto też spojrzeć na sufit atelier i sposób rozpraszania światła. Domyślam się, że w ten sposób uzyskiwano miękkie światło, dzięki którym portrety z Atelier Rubens cieszyły się takim uznaniem. No i raczej, w 1909 roku, stosowano już tutaj światło elektryczne.

Wcześniej atelier należało do słynnej poznańskiej fotografki Emmy Mirskiej. W "Leksykonie fotografów" Leksykon Fotografów - www.fotorevers.eu czytamy: 

    "Emma Mirska z domu Zwierzchlejska, ur. 08.10.1818 w Krotoszynie, zm. 01.01.1896 w Poznaniu.          Przejęła atelier w 1875 roku po B. Filehne. Uczyła się fotografowania w Paryżu. Po powrocie                  dawała lekcje paniom w sztuce fotografowania."

Po śmierci Mirskiej zakład przejął J. Cieśliński. 
"ur. się 01.09.1855 w Lubaniu. Do Poznania przybył z Insbrucku i po Emmie Mirskiej przejął atelier fotograficzne. Wykonywał akwarele, portrety i powiększenia do naturalnej wielkości człowieka, widoki i zdjęcia architektoniczne. W 1900 roku wyjechał do Rosji i do Poznania więcej nie wrócił. źródło j.w."

 Kolejny właściciel atelier - Samoliński reklamował się nie tylko jako fotograf, ale i malarz. Fotografia wnętrza atelier pochodzi właśnie z okresu Samolińskiego.






10 lutego

„Top 10” czyli wpisy, które cieszyły się największą poczytnością od momentu powstania bloga


Co warto przeczytać i obejrzeć na blogu? Najlepszą rekomendacją będzie chyba popularność konkretnych artykułów wśród Was - moich Czytelników. Uważam, że taki ranking przyda się też, jeśli dopiero polubiliście moją stronę i nie czytaliście wszystkich artykułów. Zatem miłej lektury! A przy okazji, czy coś Was zaskoczyło w opisanych historiach? Nie wiedzieliście czegoś o Poznaniu? Może miasto odsłoniło przed Wami swoje całkiem nowe, nieznane wcześniej oblicze?




Jesiotry pod mostem chwaliszewskim czyli kawior po poznańsku




„Osławione podwórze Barlebena – siedlisko mętów poznańskich”




Dorożką po dawnym Poznaniu




Restauracje automatyczne




Litfasy czyli słupy ogłoszeniowe w Poznaniu




Co się stało z dawnym krzyżem chwaliszewskim?




Z cyklu: „Poznańskie rozrywki” – Lionel- Człowiek Lew w Poznaniu



Pałacyk fabrykanta mydeł, cygara i… kiszki wieprzowe czyli Chwaliszewo nr 1



Tatuaż kobiety-szpiega, czyli jak Elza sprzedała Rosjanom plany poznańskich fortyfikacji



#dawnypoznań #poznańskieopowieści #historiaPoznania #poznan1908 #bloghistoryczny #blogoPoznaniu #miastoPoznań


02 lutego

Gdy w Gromnice z dachów ciecze, zima długo się powlecze


2 lutego – święto Matki Bożej Gromnicznej (dziś oficjalnie Święto Ofiarowania Pańskiego) w polskiej kulturze ludowej zaliczano do ważniejszych świąt maryjnych. NMP Gromniczną wyobrażano sobie często w leśnej, zimowej scenerii, jak z gromnicą w ręku odpędza wilki od siedzib ludzkich. Wiecie o tym, że mamy w Poznaniu taką rzeźbę? Znajdziecie ją na terenie parafii pw. Ofiarowania Pańskiego przy ulicy Bluszczowej. To już co prawda nowszy przykład rzeźby sakralnej, ale obejrzyjcie ją, jak będziecie w okolicy. Figurę wykonała w 2004 roku Aleksandra Piasecka.



Wróćmy jednak do samej świecy. Odgrywała ona swoją rolę w ludowych obchodach tego święta. W tym dniu gromnicą, przyniesioną z kościoła, wypalano krzyż (lub trzy) w tragarzu, czyli nośnej belce sufitowej albo nad drzwiami. Taką właśnie scenę utrwalił Michał Andriolli.

Wypalony znak miał chronić dom od nieszczęścia, a przede wszystkim od pożaru. Mężczyźni wypalali też sobie kosmyk włosów na ciemieniu – miało to ponoć zapobiegać bólowi głowy. (Mimo wszystko – nie próbujcie tego u siebie w domu.)



Gromnica towarzyszyła człowiekowi przez całe życie, trzeba było ją mieć podczas Pierwszej Komunii, ale towarzyszyła człowiekowi aż do konania. Świeca powinna palić się jeszcze jakiś czas po śmierci, aby „rozjaśnić ciemności grobowe”.

Złamanie świecy uważano za zły omen – zapowiadało rychłą śmierć jej właściciela. Przy obrzędzie ślubnym świadkowie powinni przyjrzeć się palącym się na ołtarzom gromnicom. Z czyjej strony światło było żywsze, ten z małżonków dłużej miał żyć.


Wierzono, że zapalona i ustawiona w oknie podczas burzy ochroni dom przed uderzeniem gromu – stąd właśnie jej nazwa. Używano gromnic dość często, niekoniecznie udawało się je zachować aż do śmierci właściciela, więc tuż przed 2 lutego, w poznańskiej prasie pojawiały ogłoszenia zachęcające do ich kupna. Oczywiście najlepsze były z czystego wosku pszczelego, białe, ale lubiano też atrakcyjnie dekorowane. Bogatą ofertę (także wysyłkową) z mnóstwem dekoracyjnych obrazków do gromnic miał na przykład Klarowicz w swojej Drogerii Pod Kotwicą na Placu świętego Piotra. Białe woskowe i cerezynowe (cerezyna to materiał ropopochodny) proponował Czepczyński w swojej drogerii na Starym Rynku. Sobecki, do którego należała Fabryka wyrobów woskowych i bielnik  wosku  na Szerokiej (czyli dzisiejszej Wielkiej), produkował nawet gromnice malowane w kwiaty.



Było jeszcze kilka innych przesądów dotyczących samego święta. Swoje przesądy mieli owczarze, których było kiedyś w Wielkopolsce też sporo, bo hodowla owiec była tu bardzo popularna. Zamykano bowiem starannie wrota owczarni, bo wierzono, że tego dnia promienie słońca są zabójcze dla zwierząt, bo „na Matkę Boską Gromniczną, lepiej, że wilk wpadnie do owczarni, niż kiedy słońce przez drągi zaświeci”.






Powtarzano sobie sporo przysłów związanych z tym dniem, prognozujących dalszą pogodę. Gromnica – zimy połowica. Spodziewano się w tym dniu przejściowej odwilży, bo „w Gromnice (sic!) z dachów ciecze” i „na święto gromnicy napije się bydlę na ulicy”. Chociaż „gdy na Gromnicę roztaje, rzadkie będą urodzaje”, a „gdy w Gromnice z dachów ciecze, zima długo się powlecze”. Duże sople w tym dniu zapowiadały urodzaj na marchew i jeśli „jest jasno i wiele sopli na dachu, będzie uroda wielka na len”. Wierzono, że „jeżeli na Gromnice pięknie i jasno jest, tedy borsuk zostaje w jamie, ponieważ czuje, że jeszcze zimna na będą”, a „ jeżeli zaś powietrze burzliwe z deszczem i śniegiem pomieszane, wtedy wyłazi i już się więcej zimy nie boi”. Myśliwi powtarzali, że „przed Gromnicami niedźwiedź budę swoją poprawia, albo też rozrzuca”.

U mnie w domu za to, był to ostatni dzień… na rozbieranie choinki (oczywiście, o ile wcześniej się nie rozsypała). A może pamiętacie jeszcze inne zwyczaje czy wierzenia?

A do obejrzenia? Odbitka z rysunku Michała Andriollego, zamieszczona w poznańskiej „Pracy”, nieco poznańskich reklam, i… odrobina czarnego humoru.




#MatkiBożejGromnicznej #gromnica #zwyczajepoznańskie #drogeriepoznańskie #dawnyPoznań #historiaPoznania #Czepczyński #Klarowicz #DrogeriapodKotwicą #fabrykaświecSobeckiego

------------

Uzupełnienie:


No i pisząc ten post, a dokładnie wspominając o borsuku i niedźwiedziu… dopiero następnego dnia skojarzyłam, że przecież 2 lutego to Dzień Świstaka. Czyli mieliśmy własnego, rodzimego świstaka, przepowiadającego pogodę, znaczy się borsuka (lub niedźwiedzia). I rzeczywiście! Sprawdziłam. W niemieckich zwyczajach ludowych właśnie w ten dzień z zachowania zwierząt (borsuka/lisa/niedźwiedzia w zależności od regionu) prognozowano dalszą pogodę. W języku niemieckim funkcjonowało powiedzenie „Sonnt sich der Dachs in der Lichtmeßwoche, so geht er auf vier Wochen wieder zu Loche”, które można przetłumaczyć mniej więcej tak: „Jeśli borsuk będzie się wygrzewał w słońcu podczas Święta Gromnicznego, powróci na cztery tygodnie do swojej nory”. Podobne wierzenia dotyczące niedźwiedzi notowano też na Serbii i w Chorwacji. No to w końcu ciekawe: Gdzie się to zaczęło?  Jak święto to dotarło do najbardziej znanego obchodu w miasteczku Punxsutawney (stan Pensylwania w USA). Znaczy się legendarny Phil najprawdopodobniej miał dziadka borsuka albo niedźwiedzia, a do tego był emigrantem z Europy?





31 stycznia

Poznański Titanic

 

Posener Provinzialblätter 1914, Nr. 21 [WBC]



Wiecie, że mieliśmy poznańskiego Titanica? I że skończył on podobnie jak jego oryginał? Czyli na dnie?



Taka różnica, że oryginalny Titanic zatonął w nocy z 14 na 15 kwietnia 1912 roku , nasz… w kwietniu 1914 roku. Tragedia oryginalnego Titanica rozegrała się na pełnym oceanie… nasz „Tytanik” utknął na Warcie w okolicy Puszczykowa. No i najważniejsze, a to niebagatelna różnica – oryginał RMS Titanic był luksusowym transaltantykiem, największym (po innym gigancie Olympicu) parowym statkiem pasażerskim na świecie, nasz „Tytanik” był szkutą czyli barką do przewożenia żwiru. Jednak historia poznańskiego Tytanika przypomina, ze może pewnych nazw… lepiej nie nadawać? Może po prostu przynoszą pecha.

O szkucie z Małej Starołęki dowiedziałam się z poznańskiego czasopisma Postęp, które 1 maja 1914 roku donosiło lakonicznie, że „w sobotę [t.j. 25 kwietnia -przyp. własny] zatonęła we Warcie szkuta „Tytanika” p. Toeppra z Małej Starołęki, naładowana żwirem. Znajduje się dotąd w głębokości 4,50 mtr. Wczoraj miano się zająć jej wydobyciem”. Więcej informacji znalazłam przy innej okazji, przeglądając jedną z niemieckich gazet Posener Provinzialblätter z tego okresu. Mamy zatem i zdjęcia naszego swojskiego Tytanika. Co dalej się stało z owym rzecznym statkiem do transportu żwiru? Może ktoś podąży śladem naszego poznańskiego Titanica?

Posener Provinzialblätter 1914, Nr. 21 [WBC]

#poznańskiTitanic #żegluganaWarcie #Warta #rzekaWarta #dawnyPoznań #historiaPoznania #poznan1908 #puszczykowo #starołęka @Puszczykowo






28 stycznia

Zgraja bębnów na Nowym Rynku...

Plac w sąsiedztwie Królewskiej Rejencji i Kolegiaty Marii Magdaleny w dni targowe zamieniał się w hałaśliwe miejsce. Ilustracja z "Albumu pamiątkowych widoków miasta Poznania" z ok.1884 r. [Polona]

Bębny... nie... nie chodzi o orkiestrę wojskową. Tak często, mianem bębna określano dziecko, berbecia. Oj, dały się we znaki pewnemu księdzu te rojbry z Nowego Rynku.

Plan Pharus-Plan Posen ok 1909 roku. Neuer Markt to Nowy Rynek, dziś Plac Kolegiacki

Jestem zawsze ciekawa relacji osób, które żyły w dawnym Poznaniu. W takich opowieściach przychodzi do mnie Poznań, jakiego nie było mi dane poznać.

Dziś fragment książki księdza Kazimierza Zimmermanna. Wspomnę tylko, że książka ta stała się pretekstem do zamieszek studenckich, kiedy jej autora powołano do Krakowa, by objął on Katedrę Chrześcijańskich Nauk Społecznych na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. Obecność Zimmermanna na uczelni i wprowadzenie wykładów z „socjologii chrześcijańskiej” wywołały niezadowolenie studentów, którzy odebrali to jako „klerykalną agitację". A do tego… wyśmiewano Zimmermanna, że jedynym (co nie do końca było zgodne z prawdą) jego dorobkiem naukowym była właśnie pewna książka. Chodziło o wydaną pod pseudonimem Tektander, pracę pod wdzięcznym tytułem: Moja Pani. Studium z natury. Przyczynek do psychologii księżych gospodyń.. Dziełko ukazało się w 1911 roku. W rzeczywistości nie jest to praca naukowa, a napisana ze specyficznym poczuciem humoru opowieść o jego poznańskiej gospodyni. A może nawet bardziej jest to stadium o tym, jak księża traktowali swoje służące?

Mnie jednak zaciekawiły wzmianki o Poznaniu, obserwacje Zimmermanna o toczącym się życiu na Nowym Rynku, czyli dzisiejszym Placu Kolegiackim. Zimmermann mieszkał w Poznaniu już w 1900 roku. Był wówczas prebendarzem kościoła podominikańskiego i pw. Pana Jezusa. Nas jednak bardziej interesuje okres, kiedy został działał w Kolegiacie św. Marii Magdaleny. Od października 1902 roku do września 1910 roku mieszkał przy Nowym Rynku 13.





Zimmermann tak opisywał swoje miejsce zamieszkania:

 „Dom mój stał niedawno. Na jego miejscu przed kilkunastu laty wznosiły się kurye kapituły. Budowane w XVII. wieku miały ten nastrój na zewnątrz, który zaraz bierze wyobraźnię, wskrzesza ludzi, jacy tam mieszkali, przedstawia zwyczaje dawne. Każdy dom miał za sobą ogród. I gdybym jeszcze był przybył lat temu kilka, byłbym dostał taki domek. Ale się spóźniłem z urodzeniem, i zburzono tymczasem stare budowle. Na ich miejsce postawiono koszary, celem stworzenia lepszych mieszkań dla beneficyatów i podniesienia ich dochodów przez czynsz dzierżawny lokatorów.”



Przyjrzyjmy się dokładniej, co widział, a przede wszystkim słyszał Zimmermann zza okien kamienicy na tym rynku. Oddaję zatem głos autorowi:

„Z daleka o mil kilkanaście, z wszystkich stron prowincyi na noc ciągnęły [furmanki zaprzężone w konie] do Poznania i przybywały około trzeciej, czwartej z rana na rynek. A wycieczki te rozpoczynały się wiosną, gdy dojrzewały pierwsze czereśnie, agrest i pożeczki (sic!), kończyły zaś późną jesienią resztkami zamarzłych jabłek. […]

Gdy nie było targów, harcowały po rynku dzieci, — dzieci bezdomne. Takie co nie mają nie tylko dziecinnego pokoju, ale w ogóle domu, których ojciec bywa w domu tylko w nocy, a których matka dom zamyka idąc rano na posługę, aby dzieci nie zdemolowały lub nie podpaliły sprzętów, zostawszy na opatrzności boskiej. Ponieważ nikt na nie nie uważa na ulicy i nikt ich nie uczy, jak się mają bawić, więc się bawią po swojemu wedle swoich instynktów i odwiecznej tradycyi ulicy. Nigdy więc nie mówią, zawsze tylko krzyczą, zwykle się wyzywają, prawie nieustannie potrącają i biją. Żeby taki dzieciak mówił spokojnie, nie zauważyłem nigdy.

Mam takie usposobienie, że, gdy deszcz pada, jestem smutny i przynajmniej 66 2/3 °/o niezdolny do pracy. Najchętniej leżałbym takiego dnia, jak to robi pies, skulony w kącie kanapy i spał. A jednak wobec tego wrzasku, beku i krzyków jedno tylko miałem pragnienie przebywając w domu, aby deszcz zaczął padać i powpędzał dzieciaki do sieni domów. Do tych hałasów dołączały bowiem jeszcze dzieci te osobne swoje pomysły.


Dla osób pracujących umysłowo straszną stanowi klęskę ubijanie kamieni przy kładzeniu bruku. Gdy przekładano bruk z jakiejkolwiek okazyi na rynku — a zdarzało to się dość często — i robotnicy zostawili materyał odchodząc na obiad, na spoczynek lub na niedzielę, wtedy przybiegała zgraja bębnów i rzucać poczynała jeden kamień na drugi. Siły zaś miała herkulesowe. Przez całe godziny trudniły się bębny tym sportem, póki pod noc nie przybiegły matki i nie zabrały ich do łóżka. W pewnych odstępach czasu odbywała się parada na rynku. Uświetniano ją odgłosami instrumentu wprawdzie tylko jednego, ale odpowiadającego swemu wybitnemu zadaniu: do wielkiej puszki blaszanej od śledzi marynowanych przytwierdzano szpagat i ciągnięto ją w pospiesznym marszu po barokowym bruku rynku wśród tryumfalnych wrzasków pospolitego ruszenia.

W najbliższym sąsiedztwie mojem zaś usadowił się detaliczny handlarz węgli. Państwo wiecie, co znaczą węgle, które się godzinami sypią z wozów. Obok w podwórzu była większa kuźnia. Zawsze miałem to wrażenie, że sztaby żelazne spadają na moją głowę, a młotem w nią wbijają gwoździe. Naprzeciw zaś mych okien osiadł szewc mający tę właściwość, że tylko w nocy kuł na kopycie i bardzo rano, a więc wtedy, gdy najlepiej się go słyszy. Ale nie brakło i idyli: wśród tego chaosu wołały u odwiecznej Rozalii Sternal wpośród garnków zapamiętale i konsekwentnie synogarlice: cukru, cukru, cukru…


Z miejsca zaś, na którem stał przez wieki długie nasz kościół, zrobił magistrat, jako patron, rynek i wybudował na nim kąpiel natryskową dla ludu, a w miejscu presbiteryum ustęp publiczny. Zamiast kadzideł, wydobywających się ongi spoza barwnych witraży kościoła, tłukł się więc dym węglany z niskiego komina kąpielni i wchodził do okien moich, a w cieplejsze noce kłóciły się z nim wyziewy z ustępu. [...]


Zdjęcia pochodzą z przewodnika „Poznań”, wyd Lwów-Warszawa 1922 – dostęp [Polona] domena publiczna

Plan miasta jest fragmentem Pharus-Plan der Provinzial-Hauptstadt Posen ok. 1909 r., wyd. Leszno [Polona] 

-----------

Serwis informacyjny Gminy Trzemeszno - ZIMMERMANN Kazimierz, https://web.archive.org/web/20090120173245/http://trzemeszno.pl/content.php?mod=sub&cms_id=77&lang=pl&p=p3&s=s3 (dostęp: 28 stycznia 2022).

Kazimierz Zimmermann - Wielkopolscy Księża od XVIII do XX wieku, http://www.wtg-gniazdo.org/ksieza/main.php?akcja=opis&id=5332 (dostęp: 28 stycznia 2022).

Zimmermaniada | Dziennik Polski, https://dziennikpolski24.pl/zimmermaniada/ar/2893094 (dostęp: 28 stycznia 2022).

Moja pani : studyum z natury : przyczynek do psychologii księżych gospodyń - Zimmermann Kazimierz | Polona, https://polona.pl/item/moja-pani-studyum-z-natury-przyczynek-do-psychologii-ksiezych-gospodyn,ODk3NjU0Nzk/8/#info:metadata (dostęp: 28 stycznia 2022).

Poznań - Pajzderski Nikodem | Polona, https://polona.pl/item/poznan,ODM1NjA0NDk/ (dostęp: 28 stycznia 2022).domena publiczna



26 stycznia

Na Wolnicę po ryby i mięso

Na Wolnicy około 1934 roku. Czasopismo Światowid




Wolnica. Plac Wroniecki. Wronkerplatz. Tu zachodziło się by kupić mięso i ryby. Akurat przeglądając dawne czasopisma zauważyłam zdjęcie z 1934 roku. Chyba dość rzadkie, bo chyba niewiele zachowało się zdjęć z tego targowiska.


Usytuowanie targowiska według planu z 1929 roku ( Księga pamiątkowa miasta Poznania)

Ten teren zabudowany był na początku XV wieku. Wówczas funkcjonował już tu Szpital Świętego Ducha i kilka mniejszych zabudowań. Plac powstał w tym miejscu pod koniec XVIII wieku, gdy usunięto część fortyfikacji (wg Zaleskiego). Targowisko właściwie stanowiło przedłużenie istniejącego rynku na Placu Sapieżyńskim (obecnie Wielkopolskim).

W czasach prababci Marianny, czyli „za Niemca” urzędową nazwą tego targu był Wronkerplaz, czyli po polsku Plac Wroniecki. Polacy używali też dawnej, polskiej nazwy placu – Wolnica, o czym dobitnie świadczy notatka z Wielkopolanina z 1885 roku. Nazwa ta miała pochodzić łacińskiego forum liberum (prawo wolnego handlu mięsem poza kramami). Nazwę Wolnica zaczęto znów stosować oficjalnie po 16. czerwca 1919 roku.

Redaktor "Wielkopolanina" w 1885 roku wspomniał o genezie nazwy Wolnica